Poetka znikła w oddali: Młynarski onewierszstand.



Jedenaście na dziesięć osób wie, o kogo chodzi w poniższym wierszu. Zajmować się będę, zatem, jego całą resztą, choć i pewnie nie całą – bo ileż reszt się zmieści w dwóch tysiącach znaków? Na pewno będzie o cieple, miękkości spojrzeń, zdolnościach do obserwacji, do bycia poruszanym i do poruszania.
A jak poruszać? Jak to umieć? Porusza szczegół, porusza nowość, nieoczywistość. Trzeba być więc nowością, nieoczywistością, być szczegółem. Być takim poetą, który te wszystkie cechy zawrze w podmiocie i najlepiej (to dla fanów), jeśli choć trochę tym podmiotem jest.

Ostatnio dużo jeżdżę, bardzo dużo, więc czytam, żeby myśleć li tylko o tym, co mam w zdobionej, czarnej okładce na książki. W tramwaju numer 8 i autobusie 106, marcowo – Melancholia Bieńczyka. Opisywane tam aspekty melancholiczne, wiążą się, moim zdaniem bardzo mocno, z poezją Młynarskiego. Jak się okazuje, w miarę zgłębiania wspomnianej książki; dobrą maską dla melancholii jest ironia, pewne przejawy humoru, które – albo; na zasadzie depresyjnych masek, skrywają nieszczęście, albo – budzą dobroczynny dystans, odkrywający coraz to szersze perspektywy zdarzeń.

Zobaczmy jak to wygląda w wierszu, na żywo. Uwaga, włączam obrazy.
nr 1 - poetka dowcipna , psotna (…) wszyscy Ją świetnie znali, wszyscy Ją strasznie kochali.
nr 2 - w środku (…) straszliwie zziębnięta, (…) samotna.

Wyczuwam kontrast. Ba, on się nawet sam maluje! Melancholia to rzecz samotna, a nie psotna  – to refleksyjne przeglądanie się w sobie, kontemplowanie utraconego, które nigdy nie wróci. Związane jest z przyjmowaniem perspektywy dystansu, który pozwala zauważać szczegół, który każe go zgłębiać i opisywać, dając w ten sposób melancholikowi tymczasową wolność, złudzenie melancholicznego końca, który de facto, końca przecież nie ma.

Wydaje się, że każdy przywołany przeze mnie wyżej obraz przedstawia zupełnie inną poetkę – logiczne, prawie jasne. Idąc jednak dalej, próbując się przebić przez Bieńczykowe treści i lekko je parafrazując, trzeba przyznać wspomnianej poetce prawo do łączenia niejako dwóch poetek w sobie. Tej, która jest urocza, kochana, śmieje całkiem wdzięcznie i drugiej – czekającej na czułość, upijającej się – jeśli już – to pewnie na smutno. To wszystko jest jej. Melancholijna (ale) całość.

Co robi wspomnienie melancholii w takim wierszu? Znów zwraca uwagę na szczegół. Uczula na niego – nie szarpie. Dotyka delikatnie.
Zadam sobie końcowe pytanie – dlaczego sądzę, że w Poetce jest (po raz dziesiąty!) melancholia? Bo Młynarski pisze niemalże humorystycznie, zadaje kilka niby łatwych (acz ciężkawych) pytań, używa nieziemsko prostych słów, równo rymuje, patrzy miękko i czule. Dałoby się powiedzieć – przez wiersz się uśmiecha. Jeżeli karci, pytając, to subtelnie – wszystko w granicach (właśnie) uśmiechu. Robi rzecz bardzo ciekawą – zamyka historię dwóch obrazów Jednej nie tylko w jej historii, ale i we własnej – poety melancholijnego, który – zza maski – nad niebieskim jeziorem, wzdycha tak, że okular się mgli.

P.S.
Marcinie, dziękuję za Bieńczyka. Oddam niebawem!

szkic: Weronika Janeczko

#chwilaprzerwy na krytykę zaangażowaną. O wierszu Kopyta i wielu innych poetów

                
#kobane 

 przewijam pasek ze zdjęciami
odciętych głów dziewczyn
które nie miały większego wyboru
niż szybko nauczyć się strzelać
i włożyć mundur
z czerwoną gwiazdą
 
 
trwa medialna noc
ale płoną oblane benzyną
domy i ulice kobane
choć śpią lotnicy bogatych państw
korespondenci jedzą regeneracyjne
posiłki wolny świat mozolnie
walczy z terroryzmem
 
 
ruchliwy jest zwłaszcza wirtualny pasek
ale nie zerwie się na pomoc
mężczyznom i kobietom
staruszkom i dzieciom
otoczonym przez amerykańskie zdobyczne czołgi
leżącym na barykadach i
ubranym w niewłaściwe mundury
z czerwoną gwiazdą
 
 
czerwona może być tylko krew
blednie flaga tureckiej wiosny
kto wspomni przyszłej jesieni
bohaterkę arin mirkan
i tysiące bezimiennych
i nieistotnych
walczących z ludźmi wielkiej wiary
 
 w naszych oczach rośnie w ciemności
finał drżących kotłów ody do radości
przeraźliwie głuchy prostokąt
odbitego ekranu
 
 tak broni się kobane
pamiętaj
kobane
 

To zupełnie naturalne, że poezja podejmuje temat aktualnie toczonych wojen – siłą rzeczy najczęściej tych, które toczą się na Bliskim Wschodzie, względnie jeszcze bliższym wschodzie. Problem w tym, że poziom tematycznych refleksji, pojawiających się u tych słynnych poetów zaangażowanych, jest żenujący. Nie tylko u Szczepana Kopyta.

Kiedy w 2003 roku wojska Koalicji po miesiącu bombardowań wkraczały do Iraku, miałem 11 lat i przekaz z telewizora był prosty: są dobrzy [Amerykanie] i źli [Irakijczycy]. Dzisiaj, czternaście lat później, gdy zaczynam dzień od rundki po stronach Al-Jazeery, gadzinówkach IS i różnych twitterach najdziwniejszych bojówek, od Hamasu po PKK, ośmielę się stwierdzić: używanie kategorii dobra [jakiegokolwiek] i zła [czyjegokolwiek] w kontekście wojny jest najlepszym dowodem na to, że cywilizacja okcydentu niczego się nie nauczyła.

Jakiekolwiek ustalanie skrajnie relatywnych stosunków między stronami walczącymi w Syrii* jest jawną deklaracją: „nie mam pojęcia, o czym właściwie mówię”. W przytoczonym wierszu Kopyta nie ma żadnej próby rozwikłania moralnego węzła gordyjskiego, jest tylko próba ustosunkowania się do problemu, do którego stosunkować się osoba żyjąca w Polsce nie ma moralnego ani logicznego prawa.

Zamiast stygmatyzować samo zjawisko wojny, stygmatyzuje się – konsekwentnie i bez żadnej żenady – zjawisko multizrelatywizowanego przekazu medialnego, który sprawia, że jako obywatele spokojnego kraju w Europie mamy w ogóle jakokolwiek dostęp do tego, co dzieje się gdzieś tam, daleko. Nie bez powodu tytuł Kopyta jest hasztagiem; nie bez powodu w poezji zaangażowanej przewija się bez przerwy motyw ekranu, streamu, protestu internetowego i tak dalej. „Wirtualny pasek nie zerwie się na pomoc”.

Polskiej poezji AD 2017 nie przeraża to, co dzieje się w Kobane, Aleppo, Al-Bab, Homs, Iłowajsku, Mosulu czy Timbuktu, tylko przekaz medialny. Twittera obwinia się o wojnę, bo wojna jest przekazywaną bajką z youtuba, podobną do Kucyków Pony. A to źle – bo trzeba patrzeć [nie można nie patrzeć] i dobrze – bo można otoczyć się bańką medialną [i wtedy X to ci dobrzy]. Widok cudzego cierpienia. Wolelibyśmy nie wiedzieć. Efekt jest podobny do kuriozalnej i chyba nie do końca świadomej refleksji Słomczyńskiego z Latakii:  odczuwam dyskomfort nie dlatego, że tam ludzie giną, tylko dlatego, że ja tu sobie jem arbuza.

Jestem bezwzględnie przeciwny kategoryzowaniu w tak wygodnicki sposób.

*- Syrii, Afganistanie, Nigerii, Mali, Republice Środkowoafrykańskiej, Somalii, Myanmarze, Ukrainie, Meksyku, Sudanie, Pakistanie, Algierii, Burundi etc. etc.


            

Nożyce do jeży; Jurczak onewierszstand.

Jeże (zamiast erotyku)                                                   

Opowiadać o miastach jak o szklance wody?     
Mówienie językami jak gubienie pinu Są
powody i jest także niebo, które pozarasta
więc trzeba być nożycami: opowiadać

o miastach jak wykreślać przypisy z nieskończonej listy
(a czysty jest ton flow i szklanka): opowiadać o ustach
jak kroić porzeczkę na osiem (obraz
czyli lustro lub ekran A dotknij) potem zjeść ją na raz

Opowiadać o rzęsach jak o wojnie: starać (się? o?
język?) Płynny jak gubienie pinu jest
rytm i przester (tu traktat orzech i łupina:

pozwolić by przester pozarastał drogę)
A jeże są arbitralne taki mogę
język: o szklance wody opowiem ci jak o miastach


Wyznaję taką zasadę, że wiersze się czuje. Mają coś budzić (i tłukę o tym nieustannie) nawet,  jeśli są niezrozumiałe. A czemu niezrozumiałe? Bo konteksty (wyjdzie, że nie znam), bo znaczące w dwie strony przerzutnie (a co jeśli fantazja pójdzie za daleko?), bo wstyd, że się nie trafi z interpretacją (kłania się szkolna maniera i gra w co autor miał na myśli).

Zalałam Pamięć zewnętrzną. A miał być post o Jurczaku. Mogłabym zrobić sobie urlop, nie prasować uparcie książki, żeby wyschła, ale ogromnie bym chciała o tych Jeżach. Przeczytałam i ciągnie. Trudny jak nie wiem. Rozgryzam w domu, rozgryzam w tramwaju, znowu w tramwaju i znowu w domu. Kawa. Black (noc, swoją drogą, też za oknem).
Przepisałam wiersz do zeszytu (ołówek by zepsuł jeszcze wilgotną książkę), podkreślam, zaznaczam, czytam współlokatorce, pytam: co ci się myśli po tym? Odpowiada, że jej się myśli znak zapytania. To jest pierwsza rzecz, która pojawiła się też u mnie po Jeżach (zaraz obok chęci rozłożenia – dorozumienia wiersza).

Opowiadanie jest domeną każdego pisarza. Wycina zdarzenia, naświetla, zbliża. Co dzieje się jednak, jeśli pisarz próbuje opowiedzieć o nieopowiadalnym, albo o tym, co mieści się jedynie poza wierszem, co nie daje się pociąć, o kimś, kto nigdy nie da się rozebrać (na cząstki), poćwiartować? Zaczyna dziać się bezsens. Albo inaczej: może się zadziać.
Procedura najwyższego ryzyka. Jak wybrać (i którą) część nieopisywalnego, żeby je opisać? Jak wybrać część, żeby nakreślić całość? Jak zrobić coś z niczego? To są pytania z gatunku; Co było pierwsze – jajko czy kura? (Chuck Norris). Wydaje mi się, że właśnie to mi się myśli w kontekście tego wiersza. Jest o nieopisywalnym.

Najpiękniejszą, według mnie, reakcją na różne emocje jest brak słów, który łączy się z pewnym rodzajem mocniejszego czucia (takiego, które ma tendencję do wychodzenia oczami). Najpełniejszym uczuciem jest takie, którego nie da się opisać. Idźmy więc dalej; najpiękniejszym wierszem o miłości, będzie wiersz, który się bije z tym, co nieopisywalne i mimo wszystko, usilnie, próbuje o tym opowiedzieć. Jeże dotykają szalonego metapoziomu. Przenosimy się do nich zamiast do opowieści o rzęso – wojnach, bo jeże są arbitralne, w miarę łatwe, dotyczą same siebie, mogą zastąpić erotyk, który dotyka dość często co najmniej dwóch osób – a jak o nich pisać, skoro się nie wie do końca, czy im opowiedzieć o miastach jak o szklance wody, czy o szklance wody jak o miastach?

W sumie, może najlepiej wykreślić wszystko i zostawić gdzieś w kąciku duży znak
zapytania.

Safona i inni

Safona - Pieśń 81b 
Spleć, Dike, wiotkie gałązki
delikatnymi rękami
i przystrój bujne kędziory
zielonym pachnącym wieńcem!
Z radością patrzą Charyty
na strojne w kwiaty dziewczęta,
lecz nie obdarzą spojrzeniem
tych, które wieńców nie noszą. 

Antyczna Grecja. Monumentalne, śnieżnobiałe świątynie na klifach. Melorecytowane, patetyczne lamenty tragicznego chóru. Wielkie wojny złotego okresu, marmurowi ludzie i brązowe pancerze, legnący bohatersko w Termopilskim wąwozie, umięśnieni żołnierze i majestatycznie sunące okręty o purpurowych żaglach i rzędach wioseł. Tak?  Otóż nie.

Więc co? Brudne, śmierdzące miasta, pełne żebraków i uchodźców, ludzi chorujących na najokropniejsze zarazy? Ciemne, zasłonięte kamiennymi żebrami zaułki pełne śmiecia i ekskrementów? Bezsensowne rzezie o skrawki skalistej ziemi? Seksualne rozpasanie, prowadzące do najgorszych dewiacji, maskowane rozmowami o głupotach? Otóż nie. Obydwie te recepcje są spłycone ad absurdum.

Jak uczą podręczniki i Zbigniew Herbert, greckie świątynie nie były białe, tylko polichromowane. Ówczesne techniki produkcji barwników były bardzo prymitywne; dziś byle paleta RGB produkuje dziesiątki tysięcy odcieni dziesiątków tysięcy kolorów, co sprawia, że te brudne, gruzłowate, przydymione barwy na zachowanych zabytkach współczesnemu odbiorcy wydają się paskudne. Ale to w żadnym stopniu nie odejmuje greckim budowlom doskonałości geometrycznej.

Czasem wydaje się, że traktujemy antyk jak odrębny wymiar, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. W związku z tym sztukę grecką odbieramy jako coś w rodzaju egzotycznego eksponatu. Chyba tylko w teatrach – i to nie wszystkich – zachowała się tradycja traktowania greckiej tragedii poważnie. Ale komedię, dla odmiany, wymazano, skazano na niebyt, a to z racji jej obsceniczności i przeraźliwie niskiego z perspektywy XXI wieku humoru, rodem z najgorszego gimnazjum.

Mało kogo też obchodzi liryka starogrecka. Trudno do niej dotrzeć, trudno się ją czyta, trudno się nad nią pochylić. A przecież to takie same wiersze, jak te, które piszą ludzie dzisiaj: wiersze o śmierci, o miłości, o pieniądzach, o seksie, o polityce. Pozbawione może językowej wymyślności, w przekładzie w dodatku spłaszczone do poziomu monotonnych wyliczeń, ale jednak boleśnie aktualne. I przypominające, że to tylko dwa tysiące lat; że na osi czasu bliżej jest Kleopatrze do pierwszego iPhone’a niż do budowy piramid. Że nie zmieniliśmy się specjalnie przez ten czas.


Oczywiście, to truizm, pewnie. Ale ilu z państwa zajrzało ostatnio do jakiegoś tomu literatury starogreckiej?

Debiut po debiucie

Zeszłoroczna premiera debiutanckiego tomu Ryszarda Krynickiego każe zadać pytanie o znaczenie tak często używanego słowa jak debiut. To, że debiutem nie musi wcale być pierwsza opublikowana książka, nie jest wcale rzeczą nową: często uznaje się za debiut Wisławy Szymborskiej Wołanie do Yeti z 1957 roku, pomijając, jako powstałe w warunkach niesprzyjających prawdziwemu debiutowi, 2 poprzednie książki noblistki.

Warunków wydania pierwszego Pędu pogoni, pędu ucieczki w 1968 roku również nie można nazwać sprzyjającymi. Wiersze Ryszarda Krynickiego są chyba najbardziej niewdzięcznymi wierszami w historii literatury polskiej do cytowania: wiele wierszy zostało zmienionych przez cenzurę lub błędy wydawnicze. Poeta wracał więc wielokrotnie do swoich wierszy, wprowadzając poprawki i zmiany; były więc one faktycznie pisane latami.

W 2016 roku zadebiutował więc jeden z najważniejszych poetów XX wieku, autor kilkunastu książek. Znaczenie tego debiutu znakomicie podsumował sam autor, mówiąc: "trudno patrzy się na młodego poetę, którym kiedyś byłem". Debiut jest zatem i gestem podsumowania, i wyrażeniem pragnienia rozpoczęcia, które do tej pory było niekompletne. Jednym z najważniejszych wierszy, do których poeta wraca w czasie spotkań, jest wielokrotnie zmieniany i modyfikowany utwór Jednogłośnie, jednomyślnie, którego nie chcę interpretować: spróbuję jedynie zasugerować, jak można na ten wiersz patrzeć.

Szalenie istotna dla poezji Krynickiego jest kategoria niekompletności. Wiersze, szczególnie wczesne, są poszarpaną, szalenie splątaną siecią metafor, podwójnych znaczeń słów, cytatów, cudzych głosów, prawda splata się z fałszem, rzeczywistość - z propagandową atrapą rzeczywistości. Ich zawiłość jest odmienna od poezji Barańczaka: czystszej, ostrzejszej, wyraźniejszej. Wiersze Krynickiego znajdują się po mrocznej stronie języka; poezja Krynickiego jest brudniejsza, bardziej chropowata, ale przez to mi bliższa. Otwarcie wiersza Barańczaka wymaga rozplątania widocznych sieci; otwarcie wiersza Krynickiego wymagałoby ich zerwania, zniszczenia istoty wiersza, który uderza swoim trudną, szorstką, doskonale niekompletną idiomatycznością. 

Jednogłośnie, jednomyślnie

Z białego domu o różowych szybach. Nasz specjalny wysłannik donosi z białego domu o czerwonych
szyldach. Nasz specjalny wysłannik, kelner, donosi potrawy i trawi donosy. Donosy echa. Donośnym
głosem i głosem donosu: o armatach ukrytych w białych wierszach sieci, sieci
wszechświata, wszechświata wywiadu. Nasz specjalny wysłannik w sieci dziennikarzy i wywiadów
urojonej choroby. Zesłany na Syberię
(nowego) świata nasz specjalny wysłannik donosi, kto - jednogłośnie - wstrzymał się od
głosu ze względu na zły stan zdrowia i opieki społecznej, od głosu
sprzeciwu; oraz kto, jednogłośnie
czyli - jednym - głosem
pomylił kaganiec oświaty z oświatą kagańca, rewolucję z jednogłośną
(jednoręczną rezolucją); jednogłośnie ręcząc i
jednogłośnie głosząc, donosząc jednocześnie głos (nasz
specjalny) do wyborczej urny, do urny
z popiołów. Jednogłośnie? Jednoręcznie? Jakkolwiek unieść rękę w tym jawnym
tajnym głosowaniu
prasa
prasy
zmiażdży ci ją nazajutrz. Chociaż kościół inny i w nim jednogłośnie dzwonią na podniesienie
donosu. Donosu echa. Jednogłośnie, jednoręcznie, jednomyślnie, jednocześnie.

(II-VI 1968)

Nie mogę nie napisać o Marcinie Ostrychaczu

A miał być o nim wielki tekst, pełen szkic, podzielony na części, sto procent analizy w analizie. Może nadal będzie? Na razie – tak strasznie nie mogę się pozbyć z głowy 29 strofek o kochaniu, że nie czuję się na siłach omawiać innego wiersza.

I przyznam się szczerze, że na samym początku mam poważny dylemat – czy przepisywać te dwadzieścia dziewięć strof? Długo, nieodpowiednio na bloga. Z kolei skrót nie ma większego sensu, biorąc pod uwagę, że wiersz jest całkowicie skończony i nie da się z niego nic wykroić. Poza tym, robienie skrótu z utworu opartego na barokowym koncepcie w poincie jest trochę jak wycinanie detali z obrazów – niby coś to da, ale niewiele. Dlatego omawianego wiersza nie będzie. Szczęśliwie, jest dostępny w internecie, na stronie Wakatu: [klik]

Dodajmy – warto go znaleźć, bo ta okrutnie prosta litania ma to coś. Ja jestem początkującym literaturoznawcą, proszę państwa, zmarnowałem ostatnie lata z życia na nauczenie się, czym jest to coś i mógłbym zasypać ten tekst lawiną bełkotliwych fraz o formie i funkcji. Ba, mało tego, mam ogromną ochotę to zrobić, bo dzięki zagrzebaniu mojego wrażenia w stosie trudnych słów zamaskowałbym zgrabnie swoje pogubienie, związane z tekstem, swoje wzruszenie i emocje, które we mnie obudził. Ale umówmy się, nie ma sensu, bo wiersz i bez tego ma to coś, a to coś bez problemu każdy z państwa złapie.

Szczególnie, że w tym konkretnym wierszu ważnym elementem tego czegoś jest prostota. Cała treść utworu zawiera się już w tytule – dostajemy dokładnie dwadzieścia dziewięć strofek o kochaniu, litanię do kochania, litanię do miłości jako zbawienia. W innych miejscach tego tomu Ostrychacz popisuje się wyjątkową w dzisiejszych czasach, bo dziecinną nieco i rozbrajająco szczerą naiwnością – tam mianowicie, gdzie pisze o Puszczy Białowieskiej i ginących od ropy naftowej mewach. I w zestawieniu z tą naiwnością strofki (strofki, nie strofy!) o miłości nabierają szczególnie mistycznego charakteru – przez ułamek sekundy stają się jedyną drogą, którą widzi przed sobą czytelnik.

Te cechy, objawiające się w całej książce Ostrychacza, sprawiają, że jest to książka szczególna na współczesnym rynku. Większość wierszy, o których tu we trójkę z takim godnym lepszej sprawy uporem piszemy, to wiersze, które próbują być czymś więcej, niż poezją, albo - co gorsza - być tylko poezją i niczym więcej. Pełen bezbronnego gniewu, zupełnie różnego od tarankowego wkurwu, oraz niewinnej poetyckości, która nie stara się samej siebie zachwycić, Ostrychacz, w pewnym znanym portalu literackim publikowany z pogardliwym błędem w nazwisku, jest jednym z najciekawszych zjawisk, jakie przyszło mi znaleźć we współczesnej poezji.

O kotach. Miłosz i Baudelaire (trochę pod włos).


Wiecie, co jest najlepsze w kotach? To, że ludzie poważni, a w tym szczególnym wypadku szanujący się poeci pisujący zazwyczaj o sprawach niedostępnych śmiertelnikom, mogą zostać przez sierściucha spacyfikowani. I zamiast smarować kolejny ratujący świat, etykę, miłość albo ludzkość wiersz, piszą na ten przykład wiersz o kocie. Że to po prostu kolejna inspiracja, kolejny temat? Nie. Koty sprawiają, że nawet taki smutny Julio Cortazar uśmiecha się, gdy służy swojemu kotu (nie znalazłem dobrego zdjęcia poety lub poetki z kotem, wszystkie są jakieś mroczno-pretensjonalne albo mają wiersz o kocie zamiast kota - dlatego gościnnie prozaik).


Dzisiaj jest dzień kota. To wspaniały dzień! Koty oczywiście specjalnie się nim nie przejmują, dla nich każdy dzień jest ich dniem. Ale dzień kota to okazja, żeby ich opiekunowie pomyśleli: o, dzisiaj jest dzień kota! Wrzucę zdjęcie kota na fejsa. Albo poczytam wiersze o kotach. Nie można przecież codziennie czytać o śmierci i miłości, co nie?

Dlatego wiersze będą dwa, nie będzie najbardziej sztandarowego wiersza o kocie, bo to nie do końca wiersz o kocie, za to przybędzie na białym koniu (występ gościnny) Czesław Miłosz z wierszem Do pani profesor w obronie honoru kota i nie tylko. Co prawda Miłosz kota traktuje nieco instrumentalnie, bo w wierszu raczej polemizuje z Marią Podrazą-Kwiatkowską (rzecz rozchodzi się o okrucieństwo i naturę zła - oraz zło w naturze), ale wybaczamy mu to za piękną pierwszą strofę, którą ja, osobiście, przeżywam niemal codziennie:

Mój miły pomocnik, nieduży tygrysek
Śpi słodko na biurku obok komputera
I nic nie wie, że Pani jego ród obraża.

Koty bawią się myszą czy półżywym kretem,
Myli się jednak Pani, to nie z okrucieństwa.
Po prostu widzą rzecz, która się rusza.

Bo jednak zważmy, że tylko świadomość
Umie na chwilę przenieść się w to Inne,
Współ-odczuć mękę i panikę myszy.

I tak jak kot, jest cała przyroda,
Obojętna niestety na zło i na dobro,
Obawiam się, że kryje się tutaj dylemat.
(...)

Dalej następuje już Czesław Miłosz, ale warto uchylić rąbka kapelusza za szacunek poety do kota: wyrozumiałość, pieszczotliwość, czułość. Być może mamy tu do czynienia z pewną niestosowną ludzką zarozumiałością (bo świadomość? serio? kto nie zamieniłby świadomości na ogon i pazurki?), ale nobody is perfect. Oprócz kotów, oczywiście. Te bowiem, jak przypomina nam Baudelaire w sonecie Koty, są istotami mistycznymi.

Kochankowie namiętni i sawanci chłodni,
Kiedy czas ich dojrzewa, jednako sprzyjają
Pysznym kotom łagodnym , co mieszkań są chwała,
Jak oni zasiedziałe u domowych ogni.


Przyjacioły nauki i lubieżnych chęci
W ciszę się pogrążają przez grozę ciemności;
Ereb gońców żałobnych dałby im godności,
Gdyby dumę swą służbie umiały poświęcić.


W zamyśleniu majestat mają niedościgły
Wielkich sfinksów, co w głębi pustyni zastygły,
Jakby w wieczny zapadły sen odrętwiający.


Po ich lędźwiach rodzajnych płyną skry magiczne
I gwiezdnymi pyłami, jak piach migoczący,
Połyskują ich błędne źrenice mistyczne.

(przeł. Artur Międzyrzecki)


Próba objęcia słowem fenomenu kota jest z góry skazana na niepowodzenie i /lub niedopowiedzenie wszystkiego, co winno się o kotach powiedzieć (albo wymruczeć), ale w tym sonecie Baudelaire dokonuje jedynego słusznego wyboru: przyznaje otwarcie, że kot nie jest z tej ziemi. Mistyka kota. Fenomenologia ogona. Metafizyka mruku. Koty nie są dla nas, być może my jesteśmy dla nich. Więc bądźmy dzisiaj dla nich, pogłaszczmy je ostrożnie po brzuszku i wróćmy do ponurej rzeczywistości dopiero jutro.

Zamiast czerwonych majtek Szeherezady. Kaczmarski i inne takie.

Witryny nawołują. Z okazji walentynek należy sobie koniecznie kupić czerwone majtki.  Najlepiej z koronką. Przypadł mi okołowalentynkowy post – będzie w nim jednak nie o majtkach i ciastkach w kształcie serca, chociaż przecież by być mogło.

Bardzo zależało mi na tym, żeby nie wkleić wiersza ociekającego tandetyzmami (kocham cię szalenie i się z tobą ożenię), ani takich, które są smutne jakoś dogłębnie (bo miłość jest niedostępna, odległa jak w niektórych wierszach Honeta, albo gorzka jak u Podgórnik, lub po prostu ciężka przeogromnie jak w Końcu wakacji Grzebalskiego).

Wiersze o miłości są pewnie dość trudne do pisania. Trzeba ciągle sprawdzać, czy to już nie kicz, czy już nie za dużo jest nazwane, czy przypadkiem nie cały czas mówi się ty, myślę, miłość? Może ktoś mi jakoś odpowie.

Ale nie musi. Napiszę, co myślę. Myślę sobie, że można o niej pisać mocno doznaniowo, wizualnie, bez użycia tej osoby niemalże. Miłość, czy wszelkie przejawy fascynacji, zakochania można wplatać w sytuacje z życia, w dobro, zło, niespodzianki, śróddzienne myślowe zawieszenia. Wypowiedzią chciałabym dobrnąć do momentu, w którym Wam przekażę – rozumiem to tak, że pisze się wiersze niejako przez te odczucia. A może po prostu nimi postrzega się to, co chce się potem opisać, zaznaczyć, wypunktować, uwypulić w wierszu.

Szalenie ciekawi mnie proces tworzenia, sposób postrzegania świata przez piszących. Ciekawi mnie jak widzą przez taki rodzaj odczuwania, jak im to robi wiersze, jak im to się oplata wokół głowy, wokół rąk, nóg, wszystkich pomysłów. Ten rodzaj odczuwania (miłość) ma mechanizm podobny do uzależnieniowego. W uzależnieniu najlepiej jest pod wpływem, na przykład na haju. Jeśli substancji nie ma, pojawia się craving – poszukiwanie, a później dochodzi do przykrych objawów odstawiennych. To wszystko widać w wierszach. Są takie (zmetaforyzujmy, to jasne) o haju, są o cravingu, o efektach abstynencji, o wszelkich przewrotach w życiu. I prawie wszyscy o nich piszą (mało znam poetów, którzy jakoś się do tego często nie odnoszą).  Jeden z bardzo starych filozofów twierdził, że żyjemy przecież po to, żeby się kimś opiekować, przejmować (jak zwał, tak zwał). Więc skoro to jest najważniejsze, skoro to esencja naszości, to czemu by o tym nie tworzyć sloganów w witrynach, piec serduszkowych ciastek, kręcić filmów, montować teledysków, pisać wierszy? 

Od czego się to zaczyna? Od czego zaczyna się pisanie wierszy przez/pod wpływem?
Zaczyna się najpewniej od pierwszego spotkania, od łyka, bucha, dotknięcia, spojrzenia. Pyk i działa. Do czasu, kiedy litrów, liści, rąk i oczu wystarczy. Trzeba mieć ciekawe życie lub/i ciekawą wyobraźnię. 

Rzucam kolejne pytanie - dlaczego lubimy wiersze o miłości?

Czytając smutne, możemy się w nich odnaleźć. Czytając nadziejne, również. To samo w przypadku gorzkich, wesołych, wszelkich innych. Styl może nie odpowiadać – mimo wszystko, często kupujemy jednak przekaz. Temat jest znany. Przeszliśmy już po kilka, kilkanaście uzależnień i odwyków. Rozumiemy, o co chodzi. Znane, więc  atrakcyjne.
Koniec rozważań. Planujcie sobie walentynki, jeśli chcecie. 
Zaopatrzcie się na ten czas u dobrego dealera lub lekarza, a jeśli nie ma takiego w okolicy, kupcie ciastka, czytajcie wiersze. Walentynki to tylko jeden dzień.

P.S.
Tak, wiersz też jest. Jest o tym, o czym pisałam. I jest długi, jak mój post. Dodatkowo, pozostając w tematyce, polecam Legendę o miłości Kaczmarskiego.




Trzysta słów o wazie

Czarnofigurowa waza garncarza Eksekiasa                                                                 Josifowi Brodskiemu 
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino
ku jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli
śpi i nic nie wie więc my także nie wiemy
dokąd płynie z prądami bukowa łódź lotna


Wiedzą państwo, czemu okropna jest mitologia w książce Roberta Gravesa o spektakularnie enigmatycznym tytule Mity greckie? Bo jest prawdziwa.

Oczywiście, to jest szalenie ciekawe, obserwować, jak teoria mitu obezwładnia wcześniej niepokonaną siłą historii, patrzeć, jak przypowieści, budzące przecież inspiracje setek artystów, zostają sprowadzone do treści o patriarchacie i matriarchacie, o podbitych i podbijających, o bogach wschodu wymieszanych z bogami zachodu. Fascynujące, ale upiorne, bo też taka mitologia to mitologia wyprana z pewnej romantycznej naiwności, pozbawiona misteryjnego trochę, modlitewnego, naiwnego zastanowienia nad światem i jego konstrukcją.

Wybrany przeze mnie tekst Herberta, ostatniego chyba z tytanów polskiej poezji drugiej połowy XX wieku, który się tu jeszcze nie pojawiał, nie jest wcale specjalnie dla niego charakterystyczny, nie jest też długi. Przepisałem go z pierwszej strony wydanego przez A5 Króla mrówek, zbioru zawierającego prywatną, herbertowską mitologię, którą próbował z powrotem przyoblec w treści. Nie wiem nawet, czy ten utwór trafił do jakichś innych książek poety.

Proszę zwrócić uwagę, jak skonstruowany jest tytuł tego wiersza, którego ignorować, biorąc pod uwagę proporcje, nie wolno, a jak sam wiersz. W tytule zaczynamy od zgrzytliwej czerni, kanciastej figury, przechodząc do wazy, czegoś glinianego, kruchego, ze skorup złożonego, a w dodatku stworzonego przez garncarza, stawiającego językowi naturalny opór i to Eksekiasa, wcale niełatwego do wymówienia. Wiersz z kolei jest płynny jak żywa rtęć – nie tylko mówi o wodzie, o żeglowaniu, co kojarzy się z ruchem posuwistym i miękkim, ale w dodatku sunie przez zdania, w efekcie czego końcowa inwersja nie może zdziwić.

Trzydzieści jeden słów poddanych żelaznemu rygorowi rytmu: od stóp długich po krótkie, od składni współczesnej do przestawki – opowieść o tym, czym jest świat. Najkrótsza definicja mitu.

         

K.K. Baczyński, onewierszstand. Mierzalność spojrzeń.

                                                                                        ***


Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie.
Jest mi o tyle twych spojrzeń samotniej.
Ciemniej
                Opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść

Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
Ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?

Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
Niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.

Dni ulatują w trwogę o ciebie,
Noc obca gwiazdami zarasta i blada miejską trawą.
Wiatr wspomnienia – chmurom oderwana gałąź.
A przecież te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą


Czytając ten wiersz, a czytałam go już naprawdę wiele razy na przestrzeni dobrych paru lat, często wyobrażałam sobie, że nie musi być rozumiany jako przeznaczony konkretnej osobie. Czasem można przecież odczuwać głęboki smutek, jakiś rodzaj samotności, nie wiedząc jeszcze, kto by mógł te odczucia zabrać i rozproszyć. Stawiam więc na niewiadome ty, sentyment dawnych wspomnień, na świat przypominający podmiotowi, że kogoś nie ma, ale nie wiadomo jeszcze kogo. Trwoga o ciebie nie musi być trwogą konkretną, nie musi być tez baczyńską trwogą okołowojenną. Może być, równie dobrze, strachem przed byciem samemu w mieszkaniu wieczorową porą. Może być, czym się czytającemu tylko czuje, widzi.

Czas jest wybitnie sesjowy, trudno mi się skupić na Baczyńskim, ciągle jestem rozkojarzona. Na szczęście, akurat ten wiersz działa uspokajająco, ma nocną melodię, taką gwiezdno – chmurną, roztaczającą odpodmiotową ciepłą opiekuńczość, pewien rodzaj autentyczności. Aż chce mu się wierzyć. I wierzę – że czeka, że tęskni, że widzi tę drugą jakąś osobę – jak mówił w innym wierszu dość podobny podmiot – w szybach każdego tramwaju, że ona mu ten świat robi tak, jak slangowo żart może zrobić komuś dzień, że zajmuje przestrzeń bez zajmowania miejsca.

Wiersz traktuję jako niezwykły – budzi emocje i to emocje nie nadęte. Baczyński smutek nie jest zbudowany tylko dla uzyskania smutkowej formy, nie jest pisany (najpewniej) dla dość głośnych oklasków. Kupuję taki przekaz i wracam do niego często (kiedyś umiałam na pamięć, teraz przytaczam na głos już tylko fragmenty). Uświadamia, że samotność może być mierzalna, że można ją przeliczyć na nieobecne gesty i spojrzenia, które układają się w drogę od domu do domu – teraz już  raczej nie po chodniku, a po internetowych kablach. 

obraz: Montserrat Gudiol

SAMPLE TEXT


KIEDY JA MÓWIĘ 1024 WY MÓWCIE 768
KIEDY JA MÓWIĘ 800 WY MÓWCIE 600
KIEDY JA MÓWIĘ 640 WY MÓWCIE 480
...
KIEDY JA POWIEM 1 WY POWIEDZCIE 0
I STAŃCIE WEWNĄTRZ ZERA TRZYMAJĄC SIĘ ZA TRANSFER
ZARAZ WAM TAM WGRAM PLIKI I SUBSTANCJE

Zacząć chyba powinienem od wstydliwego wyznania. Mianowicie, mimo że wyglądam na wygrywa - jestem przystojny, bystry, dobrze ubrany i lubią mnie dziewczęta - w głębi duszy jestem totalnym stulejarzem, który pierwsze osiemnaście lat życia spędził przy kompie, tylko przy okazji seriami nawalałem Dostojewskiego i dzięki temu dostałem się na studia. A ponieważ, jak wiadomo, można wyjść z piwnicy, ale piwnica nie może wyjść z ciebie, nie mogę nie darzyć chłopców z Rozdzielczości Chleba ogromną sympatią. 

NA WASZYM MIEJSCU NIE ZAZNACZAŁBYM TEJ STRZYKAWKI
PEWNIE KTOŚ SE NIĄ PRZYŁADOWAŁ |=={iiii|>----- ‘
ZAKAZANĄ COPYPASTĘ W JAKIMŚ SZEMRANYM SCHOWKU

Na którychś zajęciach na polonistyce zabrali nas do Arteteki na Rajskiej i kazali nam oglądać różne takie dziwne rzeczy Fajferów, Mallarme'ów i innych Queneau. Książki z kamienia, w butelkach albo przemielone przez niszczarkę do dokumentów. Bardzo podjarane bibliotekarki mówiły, że to jest nowoczesna literatura, że ho-ho, a ja wiedziałem, że nowoczesną literaturę to ja mam na fejsie i na wykopie, gdzie po powrocie do domu ogarnę najnowsze pasty i było mi wstyd. Na szczęście Łukasz Podgórni przychodzi z pomocą. 

Pamiętne statusy to arcyważny romans literatury (bo wydano książkę) z życiem codziennym XXI wieku (bo napisano ją na Facebooku). Oprócz mnóstwa odwołań do naturalnych dla naszego pokolenia przestrzeni doświadczeń, otrzymujemy taką dawkę hermetu, że nawet ja nie wszystko rozumiem. I bardzo, kurwa, dobrze. Nie mam wszystkiego rozumieć, skoro zdradziłem ideały i zostałem normikiem.


-----<{{@
JAK SIĘ ZESTARZEJĘ KUPIĘ SOBIE DZIAŁKĘ I BĘDĘ PRZYCHODZIŁ
POSIEDZIEĆ PRZED KOMPEM W ALTANCE
@}}>-----

Wiecie, co jest najważniejsze w tej książce? To, że tutaj wszyscy - i autor, i czytelnik - cisną sobie bekę, pozostając śmiertelnie poważni. I to jest jak w życiu. Bo jeśli myślicie, że internet ze wszystkimi pokładami śmieszkowania to mało poważna rzecz na świecie, to chyba nie wiecie za wiele o internecie, ani o świecie. Prawda jest taka, że nie ma nic poważniejszego niż internet. A nie jakieś kawiarnie, kluby i kabarety. 

Jako klasyk jestem tą książką zdruzgotany. Jako stulej - zachwycony. Jako człowiek - przechodzę obok niej, tak, jak powinno się przechodzić obok innych abominacji.

KIEDYŚ MIELIŚMY WSZYSCY JEDNO HASŁO DO INTERNETU: / PPP /
I WSZYSCY BYLIŚMY JEDNYM / UŻYTKOWNIKIEM: / PPP /
DOJONYM OCHOCZO PRZEZ TEPSĘ - 0202122 - // A DZIŚ? // KAŻDY
SIĘ DEKUJE WE WŁASNYM ROUTERZE / SKĄD WILKIEM SPOZIERA
NA ROUTER BLIŹNIEGO / ZŁOWROGO MRUŻĄC DIODY I
ZAZDROSZCZĄC STATUSU... // ŻEBY NIE PRZECIĄGAĆ BEZ SENSU
POŁĄCZENIA / POWIEM TYLKO ŻE SYTUACJA WYGLĄDA DOŚĆ
CHUJOWO / I ZANIM NALICZĄ MI NOWY IMPULS / POSTARAM SIĘ
ROZŁĄCZYĆ
***
***

PS. Przypominam, że Pamiętne statusy, tak samo jak inne książki Rozdzielczości Chleba, są do pobrania całkowicie za frajer na stronie wydawnictwa. 



Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził


Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził. 
Nie był płaczem dla niego, chociaż mógł być o nim. 
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi.

I półprzytomny wstyd: że ona tak się trudzi, 
to, co tłumione, czyniąc podwójnie tłumionym 
przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził:

ile więc było wcześniej nocy, gdy nie zwrócił 
uwagi - gdy skrzyp drewna, trzepiąca o komin 
gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi

negowały staranniej: ich szmer gasł, nim wrzucił 
do skrzynki bezsenności rzeczowy anonim: 
"Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził"?

Na wyciągnięcie ręki - ci dotkliwie drudzy, 
niedotykalnie drodzy ze swoim "Śpij, pomiń 
snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi".

I nie wyciągnął ręki. Zakłóciłby, zbrudził 
toporniejszą tkliwością jej tkliwość: "Zapomnij. 
Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził. 
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi".

Pierwsza wersja tego posta była zła, bo tłumaczyła po raz tysięczny, co to jest słowo na v. Każdy domyślny może to wygooglać, więc zostawiam formę na boku (nawet, jeśli uparcie od niej zaczynam).

Wiersze kanoniczne, te, które nawet na egzaminie z literatury współczesnej zostają w głowie, pomimo że są oznaczone etykietą "oczywista oczywistość". Płakała w nocy sąsiaduje więc z Przesłaniem Pana Cogito Herberta i z Który skrzywdziłeś Miłosza; to sąsiedztwo jest kamieniem u nogi i skutkuje prześlizgiwaniem się po słowach wiersza bez jakiejkolwiek głębszej refleksji - bo przecież to jest oczywiste, no nie? Jest z tym trochę jak ze szlagierami: obsłuchane czy obczytane, odsyłają nas ciągle w to samo miejsce i stosunkowo trudno jest przez to przyzwyczajenie się przebić. I łatwo jest uciec w banalny opis vilanelli, który każdy, kto miał styczność z poezją Barańczaka, przeczytał był tysiące razy.

Jego budzi "wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi". Ona płacze płaczem, który "nie był (...) dla niego, chociaż mógł być o nim". A między nimi brak zrozumienia, tym wyraźniejszy, że przecież noc jest porą najważniejszych rozmów: milczy się i nie śpi zazwyczaj z sercem ściśniętym przez myśli, których nie wypowiada się głośno. A jednak zrozumienie następuje: to, co pomyślane przez niego, wypowiada ona. Intymność tego wiersza jest wręcz przerażająca: w wierszu nietrudno jest przesłonić pewne prawdy, ale w tym wypadku zasłona ta jest bardzo cienka. I ściska mnie za gardło, kiedy próbuję pod nią zajrzeć.

Tym bardziej, że nie wiem, czym są te "obce sprawom ludzi": czy to rodzaj ostrzeżenia, szpila wbita metafizyce, abstrakcja nocnych myśli? A przecież to obce jest tak bardzo znane: każdy, kto doświadczył choć raz nocy spędzonej w milczeniu, doskonale o tym wie. Niezwykłość, moja osobista niezwykłość tego wiersza, leży właśnie w tym: mogę sobie tę vilanellę filologicznie rozpisać i nie zostawić nic z wiersza. Mogę też zostawić wiersz w spokoju, a samemu uporać się ze ściśniętym gardłem.

Bliskość, której nie można wymawiać. Karol Ketzer; onewierszstand.

Widziałam wiele forów internetowych, na których 13 letnie dziewczynki (albo dziewczynki zdecydowanie starsze) pytały się nawzajem jak się bliskość robi i jak to wyliczyć, żeby znaleźć się na odpowiednim miejscu; w odpowiedniej, szczęśliwej lokalizacji. Trudne rzeczy. Liczy się trudno. Rozmarzone dziewczęta miewają problemy z matematyką. Wyliczają – raz odezwie się on, raz ja, a skoro teraz ja, to nie mogę potem raz jeszcze, bo się świat zawali; a z upragnionych lokalizacji zostaną nici. Czekają aż coś się wydarzy, patrząc z deszczowych okien swoich małych pokoików. Jeśli akurat nie płaczą, to być może właśnie, ocierają łzy koleżanek (za panów się nie wypowiem, chyba nie potrafię).


Na bliskość

Anatematyka nie przestaje przeliczać na wylot,
zaleca szczególną ostrożność. W przybliżaniu
najważniejszy jest dystans.

- Każda nieskończoność ma dwa końce - anatematyka żartuje,
zanim wyzna ku toksycznym od-do.
Wyrachowani do półprzytomności
liczymy siebie jak ostatnie monety na drżącej dłoni.
Chwiejna nadzieja, że starczy,
pokazowa pewność, ze jest w sam raz.


Matematyka jest gdzieś zawsze na początku nieśmiałych bliskości. Matematyka na temat bliskości – anatematyka? Może trochę, chociaż nie przekonuje mnie to zbytnio. Najbardziej kojarzy mi się z imieniem którego nie wolno wymawiać, z nazywaniem tak dookoła – żeby nie było, że nazwę, bo jak to zrobię, rzecz pryśnie, rozleje się, skończy, albo po prostu ktoś jej zaprzeczy.
Anatematka (…) zaleca szczególną ostrożność. W przybliżaniu
najważniejszy jest dystans
– cudowna wieloznaczność wersów. W anatematyce można się zawieść samemu i zawieść kogoś, zaokrąglając (padają słowa: mylisz się, to nie to), licząc za szybko (tobie to tylko o to chodzi!), ale też dukając, gubiąc się w działaniu (można czekać wieki!). Najgorsze jest to, że w tej dziedzinie nic nie jest definitywne, nic nie jest powiedziane. Opiera się na grach w oczekiwania i domysły, wrażliwości i gniewy, opiera się na grze w obserwację, w interpretowanie dziwnych umysłowych metapoziomów. Jest to zabawa, w której nie można zadawać pytań wprost, można tylko czasami (wersja dla odważniejszych) pokazać coś nieśmiałym gestem.
Jeżeli gra w gesty się uda, można liczyć dalej aż do wyliczenia; jesteśmy odtąd dotąd – ode mnie do ciebie; odcinek bez nazwy. Więc pracuje się znowu, żeby zostało tak, jak jest, albo jeszcze lepiej . Dobrze jednak nie mówić  – jest lepiej, bo pryśnie, rozsypie się, skończy. 
Anatematyka się śmieje, a im ręce się trzęsą, marzną.  Marzną, trzęsą się, czyli pewnie jeszcze jakoś są. I tu się trzeba zgodzić – jest w sam raz. Nic nie trzeba wyliczać. 

Kaskadzimy śmiechowodziem - S. Młodożeniec, "Futurobnia"

Futurobnia
uchodzone umyślenia upapierzam poemacę
i miesięczę kaszkietując księgodajcom by zdruczyli
skieszeniłem
księgosłalnia kolejując porozwszechnia wzdaleczenia
niewieściątko z długowłosia źrenicuje umojone strofowania
wsłodyczeniu liści do mnie
    "poecicu poemacąc oblubieńczysz dziewicenie
    cudzodajesz utwojenia. licuneczek odmojony
    w fotopiśni dziękczysyłam do uramień ciebiekolnych".
uręczyłem serdeczniejąc.
ścianizuję
dzień w dzień liści.
w jednodnieniu odlistawiam:
    "tygodnieję czekająca
    gwiazdozbralnia udygatnia niebosięża
    cierpiechwili podserdecznia w plancidrzewiu
poecicu zniebaześlny siebiejawę zaziemicuj mojobytnię".
    nogoszybcę farysiejąc...
    międzydomia tylizują...
    zwyorlałem
troszeczkuję... niesmiechliwie obramieniom
przeciwiczy
    słodkowardzę... łaskawiczę...
ujednieni nóżkujemy kaskadziejąc śmiechowodziem
w wargoczwórni królewieję niebieścianie
chodzicielka uaniela skońcokola w poematni...
zbogiemłąćca ukościelnia dosięzejście...
dzieciopiskli...
    w piersiopukni jakośliwie światoradnie
    w poematni wieloiście...
    w latobiegach dzieciomnożnych poemacę
poemacę i miesięczę kaszkietując księgodajcom.


Metod na dynamizację wiersza jest tyle, ile poetów. Można stosować odpowiednie metrum, bo amfibrachy raczej spowalniają rytm niż go przyśpieszają, w przeciwieństwie do trocheju. Rymy można stosować męskie i brutalne, but, bruk, stuk, przeciwwagą akcentu obciążające końce wersów, przytłaczają czytelnika i kończą mocnym tupnięciem. Można stosować o wiele subtelniejsze metody: używać niepostrzeżenie mnóstwa czasowników albo tworzyć gradacyjne konstrukcje, w których  elementy wynikają z siebie nawzajem, kreując poczucie dynamizmu na poziomie nie brzmieniowym, a semantycznym. 

Niewielu poetów poszło drogą Młodożeńca, to znaczy totalnej czasownikacji języka. Bo, Proszę państwa, rzeczowników w tym wierszu tyle co kot napłakał – cała reszta powymieniana jest na formy czasownikowe albo odczasownikowe. Tu nie ma księgarzy, są księgodajcy, czyli ludzie, którzy dają książki. Nie ma alejki, tylko międzydomia tylizujące, czyli przestrzeń między domami rozciągająca się do tyłu. W świecie Młodożeńca, a tym samym w świecie futurystów, świecie dynamicznym, sangwinicznym i dynamicznym nie ma słodkości, jest słodyczenie, czyli bycie słodkim.

Nieco zapomniany już dzisiaj autor nie poprzestaje na tym. Do tej niezbyt w końcu subtelnej metody dodaje jeszcze neologizację, o wiele bardziej hardkorową, niż u tradycyjnie podawanego jako mistrza tego zabiegu Leśmiana – i robi erotyk. Erotyk, który mimo zasłonięcia elementu erotycznego warstwą primo neologizacji, secundo dynamizacji, tertio fabularyzacji, nadal pozostaje dosłowniejszy i bardziej erotyczny niż niektóre dziełka o wiele poźniejszych pisarzy. Bo, proszę Państwa, kto się przy królewieniu w wargoczwórni niebieścianie nie zarumienił, albo przynajmniej głupio nie uśmiechnął, jest świnią!

"Antologia hałasu", czyli jak nie pisać o klasycyzmie w tomie na wskroś klasycystycznym, dając na ten przykład postowi chwytliwy inaczej barokowy tytuł

Na początek zastrzegam się, że w kwestii klasycyzmu jestem najbardziej niekompetentny z naszej nieświętej trójcy, a ten post dużo lepiej napisałby Marcin. Dalej będzie już z górki.

Antologia halasu, tom Rafała Skoniecznego wydany w ubiegłym roku w WBPiCAKu wywołał u mnie dzisiaj dziwne wrażenia Pozwólcie, że najpierw nakreślę okoliczności lekturowe. Pojechałem z grupą podopiecznych obcokrajowców na wycieczkę, w samym zwiedzaniu nie brałem udziału i schowałem się przed zimnem na tylnym siedzeniu autobusu. Ponieważ nie potrafiłem grać w grę komunikacyjną kierowców rozprawiających o wyższości scanii nad jelczem, jak największy buc zaszyłem się pod kurtką, pozwoliłem spotifajowi puścić jakieś jazzo-bluesy (na jazzie znam się jeszcze mniej, niż na klasycyzmie, a to kolejny element przydatny w lekturze tego tomu) i zacząłem lekturę. Podstawowy problem: rytm piosenek autorów, których nazwisk nigdy nie pamiętam, sprawił, że nie byłem w stanie zrozumieć tego, co czytam. To znaczy rozumiałem, ale wiecie, bez takiego olśnienia, że wow, muszę to przeczytać jeszcze raz. Ale sam akt czytania wierszy z Antologii hałasu był przyjemny. Regularna forma sonetu, rytmiczność, powściągnięta potoczystość. I zabiegi rodem z Horacego (a to, umówmy się, konkretny poeta, z którego warto się uczyć klasycznej frazy), jak choćby powracający uparcie zwrot do adresata w pierwszym wersie.


Mnie to nie razi, przynajmniej do czasu. Razi mnie deklarowany hałas i to, jak go rozumieć w kontekście tomu na wskroś klasycystycznego. Napis z wyłamanym "ł" w "hałasie" z okładki sugeruje wyłom, ale tego wyłomu trochę tutaj nie czuć, nie widać. Z jednym wyjątkiem: wiersza, który w całej klasycystycznej, a więc, umówmy się, harmonijnej, lecz pustej melodii - zabrzmiał.


Jest co prawda znowu apostrofa na początku, ale zanim znów przewrócę oczami, autor cytuje jedno z najbardziej porażających zdań z literatury polskiej. Potem następuje charakterystyczna dla tego tomu łańcuszkowość: jeden element wyzwala kolejny: drzewa-dżungla-statki-dżuma-pięść-rodzina-modlitwa-las-zwierzęta-drzewa po raz drugi. Nic szczególnego z jednej strony, z drugiej jednak taka quasi-fabularność, trochę podobna do tej z wierszy Szymona Słomczyńskiego, nie jest czymś bardzo dla poezji typowym. Problemem jest to, że fabularność może niebezpiecznie ciążyć ku prozie poetyckiej, która pomrukuje jeszcze na obrzeżach, ale zaraz stanie się przykładem par excellence ściągania z nagradzanych autorów.

Dlaczego ten właśnie wiersz urzeka mnie najbardziej z Antologii hałasu? Dlatego, że wyłamuje się z "hałasu" klasycyzmu, w większości opartego na takim doborze słów, żeby stworzyć dobrze wyglądający sonet. Jasne, nie neguję, że Antologia hałasu opowiada pewną historię: jest tam wątek antyklerykalny, jest wątek miłosny, jest pogłębiona refleksja nad śmiercią i sensem życia. To czemu nie napisać powieści? Klasycyzm, szczególnie ten polegający nad związaniu sobie rąk formą mniej lub bardziej regularnego sonetu, jest trochę jak sonaty (nomen omen) Mozarta: słucha się ich bardzo przyjemnie, nie zaprzeczę. Resztę metafory można sobie dobudować we własnym zakresie.

Barok, barok ratuje nas przed klasycyzmem. Wyłom, przesada, jak chcieliby formaliści rosyjscy - chwyt udziwnienia. I dlatego Antologia hałasu jest tomem znakomitym: bo wśród wielu wierszy, które mogę skwitować miną not bad, może pojawić się taka Wizja lokalna, którą mam ochotę pójść i przeczytać kierowcy autobusu.