Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Świątkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Świątkowski. Pokaż wszystkie posty

Debiut mocny, a słaby - o Na koniec idą Topolskiego

widziane 
bez świata oko jest ślepe
widzi tylko biel światła
widzi samym widzeniem
stąd wyjdzie
 
ślepe oko rozgląda się w bieli
w pulsującym i niepodległym
przed podniesieniem
skąd wyjdzie
 
rzecz ciało znaczenie


Jeśli ktoś czytuje blurby, to lekturę debiutanckiego tomu Macieja Topolskiego zaczynają aż dwa, obydwa autorstwa grubych ryb dwóch pokoleń poetów, czyli Romana Honeta i Jakobe Mansztajna. Pierwszy jest mętny aż do granic nieprzejrzystości, a drugi tak przepoetyzowany, że nawet najuważniejszy czytelnik nie dowie się z niego nic. 

Sama książka to jeden z ciekawszych chyba debiutów, jakie ukazały się w ostatnim roku. Nie dlatego, że – jak większość debiutanckich książek – ustala jakąś wyrazistą dykcję, w stosunku do której autor musi się później jakoś sam ustawić, ale wprost przeciwnie, dlatego, że jej nie ustala. W tym sensie wiele ma wspólnego z bałwochwalczymi i niewiele mówiącymi zajawkami na okładce.

Na koniec idą mogłoby samo być swoim własnym blurbem, choćby z uwagi na długość – bo liczy ta książeczka zaledwie dwadzieścia liryków. Przede wszystkim jednak nie jest ona żadnym namacalnym konkretem, nie jest wyraźną deklaracją: „będę pisał tak, tak i tak o tym i o tym”. Jest raczej zajawką, obietnicą nieokreślonego. Pełna jest wątków i motywów, które mogą, ale nie muszą powracać, w wierszach wiele jest fraz, które mogą być pewnym, silnym głosem poetyckim, ale równie dobrze mogą być nieśmiałymi próbami jego ustawienia. Jest to o tyle bezcenne dla autora, że z takiej pozycji wyjściowej, jak z partii angielskiej w szachach, można zrobić właściwie wszystko.

Wielką figurą tego tomu jest powtórzenie, które w ogóle urasta na podstawowy zabieg współczesnej poezji. To ono sprawia, że książka jest doskonale skomponowana i świetna w lekturze, jednak stanowi bardzo przykrą kalkę z Tkaczyszyna-Dyckiego, opierając się nie na twórczym przetworzeniu motywu, a na obsesyjnym jego powracaniu. W połączeniu z mało stanowczą frazą daje to efekt czarnego muru liryzmu, przez który przebić się jest bardzo trudno, a który zarazem zostawia miejsce na przeżycie czytelnika; niestety, mało go zostawia na czytelniczą refleksję. 

W efekcie najlepszymi są te miejsca w książce, w których autor uderza z zaskakującą siłą w dzwon metafizyczny, jak choćby wiersz cytowany na początku tego wpisu. Tam Topolski zdaje się być najbardziej zdecydowany i najsilniej grać na swoich własnych zabawkach, nie sięgając po cudze zagrywki, riffy i solówki. Osobiście nie miałbym nic przeciwko, żeby właśnie w tę stronę rozwinął się ten debiut.

Skok przez płotki - parę słów o "Skoku w dal" Jerzego Kronholda

***   
Wybacz
jechałem
zbyt szybko
w obszarze zabudowanym
gdy wyskoczył
ten wyżeł
nie było ratunku
poszła chłodnica
widziałem w lusterku jak wił się
nie powiedziałem ci
ze strachu i że
uciekłem
że uciekam
przed tym
do dziś

Skok w dal okazał się książką wyjątkowo fortunną zarówno dla autora, jak i wydawcy, ponieważ zgarnął nominacje do większości liczących się nagród w kraju: Nike, Szymborskiej, Silesiusa, Miasta Warszawy – tylko Gdynia, pokazując kawał solidnego, historycznie chyba uwarunkowanego rozsądku, nie dała mu się uwieść.  Jest to o tyle niepojęte, że tomik nie prezentuje sobą chyba żadnej wartości, którą mógłbym kojarzyć z szeroko rozumianą dobrą poezją najnowszą.

Większość wierszy w Skoku w dal jest oparta na koncepcie; nie barokowym, ale lingwistycznym, rodem z lat 70. I można by pewnie wybaczyć tę anachroniczność, która w niektórych środowiskach staje się nawet poetycką modą, gdyby nie to, że te koncepty są najzwyczajniej na świecie słabe, żeby nie powiedzieć: cienkie jak wędkarski przypon. Bo naprawdę, oparcie wiersza na frazeologizmie „porywać się z motyką na słońce” w kontekście uprawy kwiatów pozostałych po zmarłej żonie, albo ujmowanie żałoby poprzez porównanie podmiotu do chrząszcza leżącego na grzbiecie nie sięga szczytów kreatywności, ani nawet pagórków pomysłu. Jest po prostu banalne. 

Aby oddać sprawiedliwość autorowi, można się zastanowić, czy ta banalność nie jest właśnie zaletą tomu; otóż nie. Banalność może być atutem, kiedy idzie w parze z rozbudowaną albo ciekawą, obrazową metaforyką, kiedy w wierszach „coś się dzieje”, kiedy bąbelkowa folia słowa uzupełnia pustawe pudełko konceptu, tak jak to ma miejsce np. u Katarzyny Fetlińskiej, albo – aby uniknąć oskarżenia o przeskoczenie trzech pokoleń – we wczesnych wierszach Krynickiego. Tymczasem liryki Kronholda są zupełnie zwyczajne. Kiedy oprze się wiersz z prymitywnym konceptem na uproszczonej do bólu metodzie pisarskiej, jedyne, co w nim pozostaje, to emocjonalna szczerość: ale to o wiele, wiele za mało.

Najgorsze jednak jest to, że Kronhold ewidentnie stwierdził, że z racji wieku/stażu/liczby wydanych książek/całokształtu twórczości/znajomości z Barańczakiem/czegokolwiek innego wszystko mu wolno. I okej, prawda to przecież, że starość ma swoje prawa nie gorsze od praw młodości; problem w tym, że autor przekracza granice nie poetyki, ale dobrego smaku. Mówię tu oczywiście o słynnym miłosnym wierszu o sikaniu (List), który na (znów) banalnym, ale za to skatologicznym koncepcie próbuje ugrać chyba jakiś skandal, w tym samym stylu, w którym próbują robić to poeci trzeciego obiegu, nadrabiający braki warsztatowe nadmiarem wulgaryzmów i niesmacznych metafor. Nie wspominając o tym, że w obliczu tego wiersza oskarżanie przez Kronholda Darka Foksa o pisanie „poezji klozetowej”, co miało miejsce w trakcie festiwalu Silesius, brzmi jak jakiś sardoniczny dowcip. 

Całe lato 
                                     Joannie Zach 
Całe lato pływałem
i pisałem mejle do ciebie
niekiedy wydawało się
że jest inaczej
że piszę do kogoś innego
a do ciebie płynę

A jeśli komuś w trakcie lektury tego tekstu przyszło do głowy, że przecież nie tak łatwo jest w tym wieku pisać wiersze trafiające w gusta młodych krytyków, i to jeszcze wiersze o sikaniu, odsyłam do najnowszego tomu Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, nota bene rówieśniczki Kronholda. Obydwa te argumenty szybko przestaną wydawać się zasadne. 


Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Recenza nierecenzenta - J. Żabnicka, Ogrodnicy z Marly

Pani Dalloway 
Begonie, peonie, i tak
byś pewnie nurzał się w tych krągłościach
podawanych na język, ale
weszła jakaś kobieta, mówiąc, że
Ruchard napisał powieść. Bergamoty,
tuberozy – chrzęszczący w obłości
brzeszczot; nikt jej
nie rozumie. Frezje, irysy – bukiet
rozsypuje się, nie dotknąwszy nawet
dłoni – a co dopiero ust. 
Wiesz, odszedł
właśnie ktoś bardzo mi bliski. Chciałam
to wszystko opisać, ten świat, ale
zawiodłam.
Eustomy, słoneczniki – wszystko zaszło
za daleko, umarło. Przed końcem
powieści Richard wychylił się przez grań
parapetu, ty przekroczyłeś próg; to tylko
dzwonek u przeszklonych drzwi kwiaciarni z
widokami. Po drugiej stronie
czeka wędkarz po pas w rzece; pół
pusty, pół pełny – rzekłbyś. Ale te więzy
słów naprawdę były
dla ciebie.

Bardzo trudno jest z tomu Żabnickiej wybrać wiersze ilustrujące całą książkę, dlatego głównie, że jest to książka zwarta. Nie poemat, nie zbiór wierszy, ale właśnie „książka poetycka” i to staromodna tak, jak staromodne jest to nieco wytarte już określenie tomiku, którego nie powinno się dzielić na cząstki.

Mówi się tu o dużych rzeczach, wielkich rzeczach; o samotności, śmierci. Więcej o samotności, wbrew tytułowi, bo to książka, w której  odbiorca pełni funkcję dopełnienia, a nie równoważnego elementu schematu komunikacyjnego.  Często jest tu „ja”, jeszcze częściej „my” – jako ludzie, do innych wspólnot nikt się  nie przyznaje – rzadziej „ty”, nigdy „wy”. 

Powstająca w ten sposób przestrzeń o intymnym klimacie zagospodarowana jest z zaskakującą precyzją. Poznańska poetka nie podejmuje, jak większość twórców piszących w tych rejestrach, tematu przeżycia osobistego, a przeżywania osobistego, co w ostatecznym rachunku robi ogromną różnicę. Szuka się tutaj nie tego, co trudno opisać, ale to, czego w ogóle opisać się nie da, a co zazwyczaj zmuszało autora do wyżęcia języka jak mokrą szmatę, czyli sposobu jednostkowego postrzegania świata. Ośrodkiem zainteresowania jest „ja”, ale „ja” – patrzące, słuchające, wąchające, padające ofiarą inwazji świata nawet wtedy, kiedy kryje się za maskami, rolami i innej maści wybiegami poetyckimi.

Nie kuś mieniem 
Gdyby napadł cię
złodziej o skłonnościach
egzystencjalnych 
z czym więcej wróciłby do siebie?

I chociaż z żywą niechęcią odnoszę się do instytucji recenzji, w tym konkretnym wypadku nie umiem powstrzymać się od recenzenckiego wtrętu: właśnie przez język ta misterna konstrukcja się załamuje i sprawia, że książka pozostawia po sobie poczucie irytującego niedosytu. Jest to bowiem język współczesny, ale fałszowany staromodnością, archaicznością metafory, zblakłymi od częstego prania metodami maskowania podmiotu. Jest to język wyjątkowo nieprecyzyjny, niejasny, oplątany siecią półsłówek, co było wybaczalne kilkadziesiąt lat temu u najlepszych poetów swoich pokoleń, jednak dzisiaj staje się co najwyżej drażniącą manierą. Przez ten brak rozmachu (którego nie można mylić z minimalizmem środków) książka zostawia po sobie tylko słodką, eteryczną atmosferę samotnych wieczorów i zapatrzeń w horyzont, które zna każda osoba o sentymentalnej wrażliwości. 

Paradoksalnie, to jest właśnie zaleta Ogrodników z Marly – delikatność, rozumiana jako brak wyrazistej dykcji. Wśród poezji, która wali w łeb obuchem, może właśnie tego potrzeba? Trudno mi jednak wybaczyć ten brak zdecydowania, co chyba symptomatyczne jest dla całej naszej dekady. Jeśli zaś poetka celowo swoje obrazowanie sprała aż do granicy włókien – to jest poziom kunsztu, który docenić można dopiero po latach.

Na końcu - może należałoby w końcu podziękować wydawnictwu WPBiCAK za książki, które nam podsyła.

#chwilaprzerwy na krytykę zaangażowaną. O wierszu Kopyta i wielu innych poetów

                
#kobane 

 przewijam pasek ze zdjęciami
odciętych głów dziewczyn
które nie miały większego wyboru
niż szybko nauczyć się strzelać
i włożyć mundur
z czerwoną gwiazdą
 
 
trwa medialna noc
ale płoną oblane benzyną
domy i ulice kobane
choć śpią lotnicy bogatych państw
korespondenci jedzą regeneracyjne
posiłki wolny świat mozolnie
walczy z terroryzmem
 
 
ruchliwy jest zwłaszcza wirtualny pasek
ale nie zerwie się na pomoc
mężczyznom i kobietom
staruszkom i dzieciom
otoczonym przez amerykańskie zdobyczne czołgi
leżącym na barykadach i
ubranym w niewłaściwe mundury
z czerwoną gwiazdą
 
 
czerwona może być tylko krew
blednie flaga tureckiej wiosny
kto wspomni przyszłej jesieni
bohaterkę arin mirkan
i tysiące bezimiennych
i nieistotnych
walczących z ludźmi wielkiej wiary
 
 w naszych oczach rośnie w ciemności
finał drżących kotłów ody do radości
przeraźliwie głuchy prostokąt
odbitego ekranu
 
 tak broni się kobane
pamiętaj
kobane
 

To zupełnie naturalne, że poezja podejmuje temat aktualnie toczonych wojen – siłą rzeczy najczęściej tych, które toczą się na Bliskim Wschodzie, względnie jeszcze bliższym wschodzie. Problem w tym, że poziom tematycznych refleksji, pojawiających się u tych słynnych poetów zaangażowanych, jest żenujący. Nie tylko u Szczepana Kopyta.

Kiedy w 2003 roku wojska Koalicji po miesiącu bombardowań wkraczały do Iraku, miałem 11 lat i przekaz z telewizora był prosty: są dobrzy [Amerykanie] i źli [Irakijczycy]. Dzisiaj, czternaście lat później, gdy zaczynam dzień od rundki po stronach Al-Jazeery, gadzinówkach IS i różnych twitterach najdziwniejszych bojówek, od Hamasu po PKK, ośmielę się stwierdzić: używanie kategorii dobra [jakiegokolwiek] i zła [czyjegokolwiek] w kontekście wojny jest najlepszym dowodem na to, że cywilizacja okcydentu niczego się nie nauczyła.

Jakiekolwiek ustalanie skrajnie relatywnych stosunków między stronami walczącymi w Syrii* jest jawną deklaracją: „nie mam pojęcia, o czym właściwie mówię”. W przytoczonym wierszu Kopyta nie ma żadnej próby rozwikłania moralnego węzła gordyjskiego, jest tylko próba ustosunkowania się do problemu, do którego stosunkować się osoba żyjąca w Polsce nie ma moralnego ani logicznego prawa.

Zamiast stygmatyzować samo zjawisko wojny, stygmatyzuje się – konsekwentnie i bez żadnej żenady – zjawisko multizrelatywizowanego przekazu medialnego, który sprawia, że jako obywatele spokojnego kraju w Europie mamy w ogóle jakokolwiek dostęp do tego, co dzieje się gdzieś tam, daleko. Nie bez powodu tytuł Kopyta jest hasztagiem; nie bez powodu w poezji zaangażowanej przewija się bez przerwy motyw ekranu, streamu, protestu internetowego i tak dalej. „Wirtualny pasek nie zerwie się na pomoc”.

Polskiej poezji AD 2017 nie przeraża to, co dzieje się w Kobane, Aleppo, Al-Bab, Homs, Iłowajsku, Mosulu czy Timbuktu, tylko przekaz medialny. Twittera obwinia się o wojnę, bo wojna jest przekazywaną bajką z youtuba, podobną do Kucyków Pony. A to źle – bo trzeba patrzeć [nie można nie patrzeć] i dobrze – bo można otoczyć się bańką medialną [i wtedy X to ci dobrzy]. Widok cudzego cierpienia. Wolelibyśmy nie wiedzieć. Efekt jest podobny do kuriozalnej i chyba nie do końca świadomej refleksji Słomczyńskiego z Latakii:  odczuwam dyskomfort nie dlatego, że tam ludzie giną, tylko dlatego, że ja tu sobie jem arbuza.

Jestem bezwzględnie przeciwny kategoryzowaniu w tak wygodnicki sposób.

*- Syrii, Afganistanie, Nigerii, Mali, Republice Środkowoafrykańskiej, Somalii, Myanmarze, Ukrainie, Meksyku, Sudanie, Pakistanie, Algierii, Burundi etc. etc.


            

Nie mogę nie napisać o Marcinie Ostrychaczu

A miał być o nim wielki tekst, pełen szkic, podzielony na części, sto procent analizy w analizie. Może nadal będzie? Na razie – tak strasznie nie mogę się pozbyć z głowy 29 strofek o kochaniu, że nie czuję się na siłach omawiać innego wiersza.

I przyznam się szczerze, że na samym początku mam poważny dylemat – czy przepisywać te dwadzieścia dziewięć strof? Długo, nieodpowiednio na bloga. Z kolei skrót nie ma większego sensu, biorąc pod uwagę, że wiersz jest całkowicie skończony i nie da się z niego nic wykroić. Poza tym, robienie skrótu z utworu opartego na barokowym koncepcie w poincie jest trochę jak wycinanie detali z obrazów – niby coś to da, ale niewiele. Dlatego omawianego wiersza nie będzie. Szczęśliwie, jest dostępny w internecie, na stronie Wakatu: [klik]

Dodajmy – warto go znaleźć, bo ta okrutnie prosta litania ma to coś. Ja jestem początkującym literaturoznawcą, proszę państwa, zmarnowałem ostatnie lata z życia na nauczenie się, czym jest to coś i mógłbym zasypać ten tekst lawiną bełkotliwych fraz o formie i funkcji. Ba, mało tego, mam ogromną ochotę to zrobić, bo dzięki zagrzebaniu mojego wrażenia w stosie trudnych słów zamaskowałbym zgrabnie swoje pogubienie, związane z tekstem, swoje wzruszenie i emocje, które we mnie obudził. Ale umówmy się, nie ma sensu, bo wiersz i bez tego ma to coś, a to coś bez problemu każdy z państwa złapie.

Szczególnie, że w tym konkretnym wierszu ważnym elementem tego czegoś jest prostota. Cała treść utworu zawiera się już w tytule – dostajemy dokładnie dwadzieścia dziewięć strofek o kochaniu, litanię do kochania, litanię do miłości jako zbawienia. W innych miejscach tego tomu Ostrychacz popisuje się wyjątkową w dzisiejszych czasach, bo dziecinną nieco i rozbrajająco szczerą naiwnością – tam mianowicie, gdzie pisze o Puszczy Białowieskiej i ginących od ropy naftowej mewach. I w zestawieniu z tą naiwnością strofki (strofki, nie strofy!) o miłości nabierają szczególnie mistycznego charakteru – przez ułamek sekundy stają się jedyną drogą, którą widzi przed sobą czytelnik.

Te cechy, objawiające się w całej książce Ostrychacza, sprawiają, że jest to książka szczególna na współczesnym rynku. Większość wierszy, o których tu we trójkę z takim godnym lepszej sprawy uporem piszemy, to wiersze, które próbują być czymś więcej, niż poezją, albo - co gorsza - być tylko poezją i niczym więcej. Pełen bezbronnego gniewu, zupełnie różnego od tarankowego wkurwu, oraz niewinnej poetyckości, która nie stara się samej siebie zachwycić, Ostrychacz, w pewnym znanym portalu literackim publikowany z pogardliwym błędem w nazwisku, jest jednym z najciekawszych zjawisk, jakie przyszło mi znaleźć we współczesnej poezji.

Trzysta słów o wazie

Czarnofigurowa waza garncarza Eksekiasa                                                                 Josifowi Brodskiemu 
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino
ku jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli
śpi i nic nie wie więc my także nie wiemy
dokąd płynie z prądami bukowa łódź lotna


Wiedzą państwo, czemu okropna jest mitologia w książce Roberta Gravesa o spektakularnie enigmatycznym tytule Mity greckie? Bo jest prawdziwa.

Oczywiście, to jest szalenie ciekawe, obserwować, jak teoria mitu obezwładnia wcześniej niepokonaną siłą historii, patrzeć, jak przypowieści, budzące przecież inspiracje setek artystów, zostają sprowadzone do treści o patriarchacie i matriarchacie, o podbitych i podbijających, o bogach wschodu wymieszanych z bogami zachodu. Fascynujące, ale upiorne, bo też taka mitologia to mitologia wyprana z pewnej romantycznej naiwności, pozbawiona misteryjnego trochę, modlitewnego, naiwnego zastanowienia nad światem i jego konstrukcją.

Wybrany przeze mnie tekst Herberta, ostatniego chyba z tytanów polskiej poezji drugiej połowy XX wieku, który się tu jeszcze nie pojawiał, nie jest wcale specjalnie dla niego charakterystyczny, nie jest też długi. Przepisałem go z pierwszej strony wydanego przez A5 Króla mrówek, zbioru zawierającego prywatną, herbertowską mitologię, którą próbował z powrotem przyoblec w treści. Nie wiem nawet, czy ten utwór trafił do jakichś innych książek poety.

Proszę zwrócić uwagę, jak skonstruowany jest tytuł tego wiersza, którego ignorować, biorąc pod uwagę proporcje, nie wolno, a jak sam wiersz. W tytule zaczynamy od zgrzytliwej czerni, kanciastej figury, przechodząc do wazy, czegoś glinianego, kruchego, ze skorup złożonego, a w dodatku stworzonego przez garncarza, stawiającego językowi naturalny opór i to Eksekiasa, wcale niełatwego do wymówienia. Wiersz z kolei jest płynny jak żywa rtęć – nie tylko mówi o wodzie, o żeglowaniu, co kojarzy się z ruchem posuwistym i miękkim, ale w dodatku sunie przez zdania, w efekcie czego końcowa inwersja nie może zdziwić.

Trzydzieści jeden słów poddanych żelaznemu rygorowi rytmu: od stóp długich po krótkie, od składni współczesnej do przestawki – opowieść o tym, czym jest świat. Najkrótsza definicja mitu.

         

Kaskadzimy śmiechowodziem - S. Młodożeniec, "Futurobnia"

Futurobnia
uchodzone umyślenia upapierzam poemacę
i miesięczę kaszkietując księgodajcom by zdruczyli
skieszeniłem
księgosłalnia kolejując porozwszechnia wzdaleczenia
niewieściątko z długowłosia źrenicuje umojone strofowania
wsłodyczeniu liści do mnie
    "poecicu poemacąc oblubieńczysz dziewicenie
    cudzodajesz utwojenia. licuneczek odmojony
    w fotopiśni dziękczysyłam do uramień ciebiekolnych".
uręczyłem serdeczniejąc.
ścianizuję
dzień w dzień liści.
w jednodnieniu odlistawiam:
    "tygodnieję czekająca
    gwiazdozbralnia udygatnia niebosięża
    cierpiechwili podserdecznia w plancidrzewiu
poecicu zniebaześlny siebiejawę zaziemicuj mojobytnię".
    nogoszybcę farysiejąc...
    międzydomia tylizują...
    zwyorlałem
troszeczkuję... niesmiechliwie obramieniom
przeciwiczy
    słodkowardzę... łaskawiczę...
ujednieni nóżkujemy kaskadziejąc śmiechowodziem
w wargoczwórni królewieję niebieścianie
chodzicielka uaniela skońcokola w poematni...
zbogiemłąćca ukościelnia dosięzejście...
dzieciopiskli...
    w piersiopukni jakośliwie światoradnie
    w poematni wieloiście...
    w latobiegach dzieciomnożnych poemacę
poemacę i miesięczę kaszkietując księgodajcom.


Metod na dynamizację wiersza jest tyle, ile poetów. Można stosować odpowiednie metrum, bo amfibrachy raczej spowalniają rytm niż go przyśpieszają, w przeciwieństwie do trocheju. Rymy można stosować męskie i brutalne, but, bruk, stuk, przeciwwagą akcentu obciążające końce wersów, przytłaczają czytelnika i kończą mocnym tupnięciem. Można stosować o wiele subtelniejsze metody: używać niepostrzeżenie mnóstwa czasowników albo tworzyć gradacyjne konstrukcje, w których  elementy wynikają z siebie nawzajem, kreując poczucie dynamizmu na poziomie nie brzmieniowym, a semantycznym. 

Niewielu poetów poszło drogą Młodożeńca, to znaczy totalnej czasownikacji języka. Bo, Proszę państwa, rzeczowników w tym wierszu tyle co kot napłakał – cała reszta powymieniana jest na formy czasownikowe albo odczasownikowe. Tu nie ma księgarzy, są księgodajcy, czyli ludzie, którzy dają książki. Nie ma alejki, tylko międzydomia tylizujące, czyli przestrzeń między domami rozciągająca się do tyłu. W świecie Młodożeńca, a tym samym w świecie futurystów, świecie dynamicznym, sangwinicznym i dynamicznym nie ma słodkości, jest słodyczenie, czyli bycie słodkim.

Nieco zapomniany już dzisiaj autor nie poprzestaje na tym. Do tej niezbyt w końcu subtelnej metody dodaje jeszcze neologizację, o wiele bardziej hardkorową, niż u tradycyjnie podawanego jako mistrza tego zabiegu Leśmiana – i robi erotyk. Erotyk, który mimo zasłonięcia elementu erotycznego warstwą primo neologizacji, secundo dynamizacji, tertio fabularyzacji, nadal pozostaje dosłowniejszy i bardziej erotyczny niż niektóre dziełka o wiele poźniejszych pisarzy. Bo, proszę Państwa, kto się przy królewieniu w wargoczwórni niebieścianie nie zarumienił, albo przynajmniej głupio nie uśmiechnął, jest świnią!

Przetrwanie. Zbiór liryków Waldemara Jochera


chwilowo ciepłe projekcje połykam jak własne odzienie okrywające: głowę, klatkę, stopy 

przez wydech substancji zwanej technologią, pod
słońce, przez współistnienie, mogę tylko odtwarzać
mit połykania (formy, jakie przybiera mózg, grawitują dlań).
gdzie jeszcze jest wątpliwość i kto właśnie przemówił?
obroża na ziemi i wariant pokusy: chłód, rozsyp osad
i wydaj rozkaz - a nuż odciąć się uda od drżenia
dreszcz. żarówka wycieka przez gwint (płacze): amen
mnoży się w widoku - salve regina, salve. długo 
kontemplowałem bezwład, we mnie skrzyżowały się
pod ostrzałem rytmu przeskoki kontrastów, stukot
zegarów ze wspólnym żebrem. czy tło we mnie,
obfite w brodę, jest zaledwie odpadem z wahadła?
potrajam dziś metafory; to trójka jest wnętrzem tej
cyfry, która nie rejestruje obrazu. opad ów wdycham
i wybijam witryny. oto autoportret liczby, lecz
niewidoczne są płuca trójdzielnej maszyny.

Przetrwalnik Jochera w wersji papierowej trudno zdobyć i czyta się go okropnie. Bezszeryfowa czcionka nie zdaje egzaminu, litery zlewają się w ciągi. Format zeszytu do nut z pierwszej klasy podstawówki, w dodatku wyjątkowo sztywno sklejonego, sprawia, że książka się bez przerwy zamyka, strony nieustannie wędrują po łuku dziewięćdziesięciu stopni i nie chcą za cholerę ułożyć się płasko. Spis treści to arcydzieło nieczytelności. I to wszystko rewelacyjnie do tego tomu pasuje; jego miejsce nie jest na półce, jego miejsce jest w folderze z pdfami na pulpicie, ewentualnie na kindlu (warto może w tym miejscu dodać, że jak każda książka Hubu Wydawniczego Rozdzielczość Chleba, tom w wersji elektronicznej jest dostępny za frajer na stronie wydawnictwa).

Proszę przyjrzeć się przytoczonemu wierszowi: to powinno nazywać się „poezją maszynową”, nie jakieś dziwaczne eksperymenty z wierszami pisanymi przez inteligentniejsze wersje Windowsa. Robotyczny monolog prosto z wnętrza blaszanej puszki głowy autora, bezlitosny, sztuczno-posuwisty rytm, brzmiący jak gwałtowne uderzanie w klawiaturę, takie zagęszczenie sensów, żeby wypadały z bitów fontu i wpadały w bity spacji, gubiąc się między wyrazami. Nie bez powodu w wielu miejscach tomu Jocher używa podkreślników różnej długości, żeby oddzielać od siebie pojęcia, metafory i słowa.

„a nuż odciąć się uda od drżenia / dreszcz”. Wers jak wers? Otóż nie.

A nuż, to również nóż, coś do cięcia, a więc odciąć (ale przecież odciąć nie musi znaczyć ciąć, a już na pewno nie ciąć ciało, zresztą przecież nóż to wcale nie to samo co nuż). Się uda (Andrzej Duda), uda to forma czasownika „udawać”, który sam w sobie ma dwa znaczenia (bo przecież udawać można coś i udawać może się coś), a w dodatku to przecież uda, w sensie część ciała (cięcie?). Uda często drżą, jest nawet taki związek frazeologiczny: drżące uda, tylko drżące uda się? Czy drżące uda kobiety, mężczyzny, fizyczny symbol podparcia, trochę erotyczny? Erotyczny może być przecież dreszcz, ale dreszcz może być też przerażenia, gdy nuż się uda odciąć… I tak przez cały tom. Cały, od pierwszego do ostatniego zdania.

Rzecz jasna, taka taktyka, piekielnie trudna zresztą, powoduje tyle samo czytelniczej przyjemności, co udręczeń; bo oczywiste jest, że tom ten można rozkładać na czynniki pierwsze w nieskończoność i nigdy nie zrozumie się wszystkiego. Można połknąć książkę w całości i zachwycić się konstrukcją, specyficzną rytmiką, semantyką łamaną w co drugim wersie – a potem zamknąć pdfa. Można też grzebać się w niej jak w bagnie niepojęcia. 

Taka właśnie powinna być poezja maszynowa: absurdalnie przystępna, doskonale wieloznaczna.

Z najnowszych doniesień literackich - Słomczyński, "Miliony rąk i jeszcze dwie"

Miliony rąk i jeszcze dwie 
moje, na klawiaturze, za to serce, owszem,
pojedynczo dyktuje, co trzeba – i dokąd

dosięga erzac: w marcu, rzecz najciemniejsza,
sześćdziesiątego ósmego, mój ojciec, wówczas
niespełna sześcioletni, zapisał w dzienniku:
OLEK MUSI WYJECHAĆ I JUŻ NIGDY NIE BĘDZIE MÓGŁ WRÓCIĆ. 
Z tego jeszcze nie dało się wywróżyć, że tata
Olka, Krzysztof Gruszczyński, umrze w Kopenhadze
w dziewięćdziesiątym drugim i będzie z nim kłopot,
taki jak z Mickiewiczem, kiedy jego biograf
odnalazł starowinkę z Nowogródka: był, był
taki Adaś Mickiewicz – wyjechał do Wilna
i słuch o nim zaginął
, albo trochę inny,
bo Gruszczyński czarował, poza tą rodzimą
Bandiera rossa, też rabbim Jehudą
z Toledo, jedną z wielu cudowności, które
nie jawią się bezczelnym historykom słowa,
z tak szeroką licencją na zapoznawanie,
jakby umieli poznać, co cenić, a co zło. 
Teraz Olek kręci film w Hollywoodzie,
a mój ojciec kręci głową, donuca
do monitora: wszystko nie tak, nie tak, nie to.

Efektowne otwarcie; tytuł łamany z pierwszym wersem, konieczny warunek ekonomii stylu, chociaż udawanej, bo przecież padają tutaj zdania jak drzewa cięte mechaniczną piłą. Osobisty wtręt, autora obecność w wierszu – zarysowana równie efektownie, co efekciarsko, sugestia nieznaczenia tej obecności, przerzucenie ciężaru na krewnego i ujęcie ustanawiające: kontekst historyczny, rzecz jasna mityczny, mistyczny, dla autora z przerzuconą odpowiedzialnością niezrozumiały, ale za to z obowiązkowym małym dzieckiem w tle. 

Anonimowa ofiara nazwana po nazwisku; ekstrapolacja za pośrednictwem kontekstu historycznego z pierwszej strofy, data dodana (słownie – długość wersu się zgadza), anegdota, przechodzona przez wszystkie sale krakowskiej polonistyki, równie enigmatyczna, co zabawna, dwa porządki składająca w jeden, ale natychmiast odejście od taktyki przytoczenia, szpadlem w ryj socjalistyczną pieśnią i żydowskim poetą (rozszerzenie kontekstu historycznego, och, Hiszpanio, nie jemu pierwszemu dajesz swoją egzotycznością i fascynującą gradacją moralnych szarości inspirację, porównaj Hemingway, Auden, bliżej: Libera, Broniewski), żeby efektownie rzucić czytelnikowi w twarz treścią. Treścią, która znaczy mało; ale na ratunek przychodzi pointa (mechanik poety zachwycony: zrozumiał).

A z tego wszystkiego wynika niewiele, tak strasznie niewiele. Tyle roboty, tyle chwytów, tyle intertekstualnych odwołań, a tu sartrowska mdłość do gardła podchodzi gwałtownym spiętrzeniem i już nawet ten cholerny korzeń, który widzę z okna, ta plątanina korzeni, które widzę z okna, ciekawsza się staje i nawet tych dwóch tysięcy znaków komentarza jest za dużo w tej artystycznej próżni.

Aby nie zostać gołosłownym -
widok z okna Rękawka 47
PS. W tym miejscu chciałbym serdecznie przeprosić Weronikę, która jeszcze nie wie, że upieprzyłem jej książkę pączkiem z toffi.
PS 2. Przyznaję oczywiście, że jest kilka dobrych wierszy w tym tomie, jednak ten jeden okazał się doskonały do opisania zjawiska symptomatycznego dla wszystkich trzech książek autora.

Patrząc na czereśni czerwień

Na tej czereśni czerwień, na jej krwawe włókna
kładą się oto w oczach mięśnie ćwiartowanym
pasmem, smugi bandaży rozwinięte, na nich
wyschnięte sieci ran, już gęstniejące w płótna 
gobelinów utkanych grubym zmartwychwstaniem
purpury w nadpalonych policzkami kłótniach,
ostrzach, pogoniach, ciętych nitkach tego sukna,
gdzie strumyk krwi jak w żyłach rdzawych liści zanikł 
i splątał się; w czerwieni, w tych włóknach mięsistych
za cichą kartką skóry wrą wyrwane trawy
w płonącej plątaninie, rosną w oczach iskry 
ruchu i słychać szkarłat ścieranych bezprawi
w tych gałkach żyłkowanych, kiedy patrzą, bliskie,
na tej czereśni czerwień, na jej włókna krwawe. 

To - najprawdopodobniej - jeden z najdoskonalszych wierszy, jakie czytałem w życiu. Utwór absolutnie niezwykły, zachwycający formalnie, obsypany poetyckimi zabiegami jak cesarska korona złotem, o przepięknej frazie, niesamowitej melodii, obrazowy aż do bólu w szalejących od pierwszego do ostatniego wersu źrenicach. A przede wszystkim: nie mam pojęcia, o co w nim chodzi.

Jeśli zechcę się kiedyś o coś szczerze pomodlić - będzie to modlitwa właśnie o zachowanie tego błogiego niezrozumienia. Niezrozumienia, które pozwala mi postrzegać ten wiersz w formie czystej, formie nieskażonej i tak skazaną na porażkę próbą interpretacji, wyniesienia z niego czegoś więcej poza porażającym, estetycznym zachwytem, porównywalnym tylko do proustowskiej sonaty Ventuila albo - bliżej moich własnych gustów i zapatrywań - schubertowskiego kwartetu o Śmierci i dziewczynie.

Nie wiem, co oznaczają metafory, obrazy zawarte w tym sonecie. Zaczyna się on z perspektywy zupełnej abstrakcji, bez żadnego "ujęcia ustanawiającego", które pozwoliłoby czytelnikowi odnaleźć się w rzeczywistości poetyckiej; od razu czereśni czerwień i krwawe włókna, które nie wiadomo, co oznaczają; natychmiast pasma ćwiartowane mięśni, natychmiast grubym zmartwychwstaniem tkane gobeliny. A dalej płonące plątaniny wyrwanych traw, szkarłat ścieranych bezprawi... Elementy natury mieszają się tutaj z nieodpowiednimi dla swoich desygnatów przymiotnikami, przymiotniki oznaczają nie to, co powinny, abstrakcje są konkretne, a konkrety abstrakcyjne. To straszny, okrutny świat; świat krwi i czerwieni, świat, w którym oczy - jedyna w miarę czytelna metafora w wierszu - są jedynym znanym elementem; to świat, w którym się tylko patrzy. 

Patrzmy na ten wiersz, nigdy go nie czytajmy. Nie próbujmy nawet go przeczytać; jeśli się uda, zniszczymy coś. Przeprowadzimy brutalne morderstwo na świecie, który Barańczak w tych czternastu wersach stworzył; będziemy winni semiotycznego zabójstwa. Po prostu tego nie róbmy. Patrzmy.

Z polskiego na nasze - Jakub Sajkowski, "Google Translator"



* Celem udowodnienia i podparcia przykładem zawartych w tekście tez, został on dwukrotnie przepuszczony przez Google Translator, z polskiego na angielski i odwrotnie.

The Cure 
Duński jest jak wiking pożerający drugiego wikinga.  - powiedzenie studentów skandynawistyki 
Ona powiedziała, że kiedyś jadła bobra.
Parsknąłem śmiechem, jakbym krztusił się łuskami,
jakby w piersiach opiłek, odłamek czy odłam -
smog i dym kadzidła, kłamcy i kapłani. 
Była głodna, miała wtedy wystające żebra.
Ja nie mam takich żeber, mam w piersiach żeremia,
już każdy kęs łyknięty, wszystko trzeba zebrać
jak skład na Roskilde Fest. I jak go oceniać, 
skoro na koncertach gra i hip-hop, i Cure'y?
Poezja to szampan czy korki? Awaryjne?
Mówi Pan językami, może mógłby uczyć,
szkoda, Pańska składnia jest nieintuicyjna


Przez samą definicją, Google Translator jest tylko maszyna, która umożliwia interaktywne szybko i łatwo przetłumaczyć dowolny tekst ze swojego ojczystego języka na inny, lub odwrotnie; brzmi bardzo skutecznie i pięknie, ale każdy, kto kiedykolwiek używał tego urządzenia, wie, że rzeczywistość jest mniej różowa.

Jeśli przyjmiemy interpretację, że Google Translate może być swobodnie i łatwo komunikować się z każdą inną osobą na świecie, omijając barierę językową, to byłoby morderstwo na większość dylematów współczesnej humanistyki "naprawdę możemy komunikować? Możemy naprawdę zrozumieć drugiego człowieka Co dokładnie jest komunikacja? ". Niektórzy uważają, że są to pytania źle, przestarzałych lub zbędnych; na przykład, zgodnie z teorią tłumaczenia maszynowego, tłumacz, tłumaczenia idiomów jak automatycznie przychodzi najbliżej dosłownych znaczeń języka, że ​​nie rozumieją, co daje możliwość podjęcia krok w stronę niezliczonych kontekstach, niedostępne dla innych użytkowników powiedzenia. Ba! Ha! Sztuka zrobiła wielką eksperyment, rzucając translator "Króla Ubu" Jarre. I wyszło bardzo ładnie.

Ale to wszystko nie jest dla Sajkowskiego ponieważ Sajkowskiego zainteresowanych subtelności; on jest zainteresowany tym, co kryje się w słowie, co słowo nie znaczy o wiele więcej niż to, co to znaczy. Dlatego Google Translator nie ma w nim pomocnika lub zbadane, jest głównym złem. Jest świadectwem degradacji języka, którym autor próbuje zatrzymać dyskusję o tej sprawie.
Tryb samolotowy włączony 
Tak cię kocham, że dla ciebie pewnie kiedyś skasuję konto na Sympatii,
ale na razie jadę na rowerze w deszczu,
jestem mokry jak zwierzyna łowna, jak jebany bażant smutku, 
jak kura o imieniu Giselle, co ma zielone oczy jak nie-kura,
żona Celane'a, którą ten szaleńczo zaatakował nożem.
Co poeta może zrobić z włócznią? Polować 
na okazje w mieście z największa powierzchnią
galerii handlowych na mieszkańca? Siedzę
w Poznań City Center, leki na nadciśnienie 
popijam kawą i napojami energetycznymi. Potem tłoczę się
w pociągu z innymi rowerzystami, właścicielami psów.
Pies grzeje, nie odwzajemniam uczucia, 
depcząc ogon, myląc go ze swoim paskiem od plecaka.
Dziewczynie, która stoi w tej samej odległości ode mnie,
co ty, gdy pijana przystawiałaś się do mnie poprzedniego wieczoru, 
mimowolnie patrzę w ekran; łączy nas wygląd ikonki
informującej o nieodebranych połączeniach.

To nie jest pojęciem, ani modne, ani nowe, ale Sajkowski realizuje ją z podziwu godną gracją i polotem. Skręcamy tu w świecie poezji, w której język nie jest językiem; języków, systemów gramatyki i słownictwa, nie stanowi żadnej bariery. Poligloci wyskoczyć zza narożników tutaj, i nawet gdyby ich nie było, nie jest Google Translator; i że wszyscy ci ludzie, bohaterowie tych wierszy, w tym głównym, nie rozumiem - to osobna historia, że ​​tylko Sajkowski próbuje opisać. Nie rozwiąże. Opisać. I to tworzyć zrozumienia tego, co tworzy piękną prostotę tych linii.






Dyskretny bełkot recenzenta

Nigdy nie byłem specjalnie przekonany do gatunku literackiego, jakim jest recenzja. Jednym z wyrazów tej (nie tylko mojej) niechęci jest blog, na którym czytacie Państwo ten tekst, a który od tradycji recenzenckiej odżegnuje się jak najusilniej, próbując być zarazem czymś więcej (bo platformą, w której nie tylko dzielimy się przemyśleniami, ale też odczuciami w formie nieskażonej wymogami genologicznymi), jak i czymś mniej (bo zdając sobie sprawę z ułomności przyjętej formuły nie rościmy sobie prawa do żadnego opiniotwórstwa). Z przykrością stwierdzam, że im dalej w las, pardon, im dłużej żyję i im więcej czytam, tym bardziej awersja przybiera na sile. 

Uważam, że recenzja jest w pewnym sensie formą totalną – bezwzględnie zmuszającą do zajęcia stanowiska, do powiedzenia A albo B, do wstawienia jedynki albo piątki, w ostateczności trójki, jednak do zadeklarowania pewnego konkretnego i zazwyczaj brutalnego poglądu na tekst. Bo przecież istotą każdej recenzji, jej żywą tkanką, jest ocena. I właśnie ta totalność zawsze mnie od nich odżegnywała – nie przepadam za tak wyrazistym stawianiem po którejś stronie barykady; kojarzy mi się to, przyznam szczerze, bardzo brzydko – z postępującą polaryzacją dyskursu publicznego, z wszechpanującym w polskiej (i nie tylko) rzeczywistości „wiedzeniem lepiej” i najmojszą moją racją. Zresztą - tym bardziej w bólach powstaje ten tekst, ponieważ zdaję sobie sprawę, że w dużej mierze będzie takim właśnie jednostronnym mądrzeniem się; w pełni świadom tego paradoksu, czuję jednak, że muszę te kilka słów spisać.

Zwiastowanie Brunona Jasieńskiego

Zwiastowanie 

1
pytały się raz ciszy
rogówki z twarzą modrą:
„dlaczego nocy czarny dyszel
włazi nam ciągle między biodra?
 
dlaczego, choćżeśmy ładne
i miłość dajemy tanio
nie przyjdzie nigdy do żadnej
prawdziwy biały anioł?
 
dzień zdycha na zachodzie
i z nosa sączy farbę
ach, ciężko jest chodzić co dzień
z nieba olbrzymim garbem!”





To oczywiste, że dziwka jest kobietą. Instynktownie przyzna to każdy – od samej dziwki, przez jej klienta, aż do autorów uczonych rozpraw z rodzaju Bataille'a. Pytanie, które stawia Bruno Jasieński, futurysta, skandalista, naczelny dandys II Rzeczpospolitej i komunistyczny działacz, brzmi zupełnie inaczej: czy dziwka jest człowiekiem?

Jasieński w swojej poezji prezentował, jak na tamte czasy szokujący, dziś już tylko szokująco aktualny, program wrażliwości społecznej; wrażliwości bezgranicznej, całkowitej i totalnej, wrażliwości, która nikogo nie wyklucza spod swoich niewielkich przecież i kruchych skrzydełek.

Mówimy tu o poecie, który przez całe życie, tragiczne przecież i pełne świadomych  wyborów i groteskowych pomyłek, konsekwentnie stawał po stronie herbertowskich „poniżonych i bitych”, ludzi wykluczonych, pozostawionych na marginesie społeczeństwa, które bardzo lubimy idealizować, a które bynajmniej nie należało do przyjaznych ani różowych. Jasieński to nie tylko But w butonierce; to również Śpiew maszynistów, Pieśń o głodzie, Miasto, Zwiastowanie i wiele innych wierszy o zabarwieniu społecznym. 

2
a kiedy usną grzecznie
w objęciach czyichś dłoni
śni im się, że z drogi mlecznej
archanioł schodzi do nich.
 
tuli ich ciała kruche
w mosiężnych ramion żarnach
i długo bezpłodne brzuchy
zapładnia złotym ziarnem.
 
jest wielka cisza w niebie
i słyszą w tej ciszy śpiew czyjś
i kulą nogi do siebie
niezgrabnym ruchem dziewczyn
 
a gdy wracają blade
za mgły błękitnym zamszem,
cienie do stóp im się kładą
i dzwony dzwonią na mszę.
 
jest cisza spełnionych legend
w godzinie świtu rannej.

Dziś jeszcze, po prawie stu latach, trudno znaleźć w polskiej literaturze bardziej kontrowersyjny obraz prostytutki. Oczywiście, przywykliśmy -  jako dzieci popkultury – do o wiele bardziej obrazoburczych poetów, jednak żeby w 1922 roku „rogówkom” przyznać atrybuty boskie, określić charakter ich zawodu jako religijny i zwrócić się do nich z tak bezbrzeżnym współczuciem, błękitnym zamszem empatii, trzeba mieć było mnóstwo cywilnej odwagi.

W tym sensie, jeśli rogówki są świętymi, Jasieński staje się apostołem; apostołem zjawiska, które nazywamy wrażliwością społeczną, a które dzisiaj stało się o wiele powszechniejsze, choć przez niektórych nadal niesłusznie zapominane. 

To właśnie poezja empatyczna, a nie dziwaczne eksperymenty formalne i ortografia fonetyczna jest prawdziwym spadkiem po twórczości Jasieńskiego, prawdziwym jego osiągnięciem. I upierał się będę ze świętym przekonaniem, że niewiele ma to wspólnego z tak chętnie wypominanym mu dzisiaj komunizmem; nie o komunizm tu idzie. Tu idzie o serce.

3
przez miasto długim szeregiem
wracają najświętsze panny

Prosto z mostu współczesnością - "Państwo przodem" Rafała. Różewicza

Cola Rebell 

Przepijam tu wszystkie nienapisane wiersze.
Mam bzika na punkcie własnych urojeń,
że nagle wiersz zacznie pić do mnie, siedząc przy
stoliku najdalszym z możliwych. Z tyłu głowy, 
której nie w głowie obrót, mimo że on woła
całkiem głośno: "Przysiądź się do mnie,
usiądźmy w końcu razem i obmyślmy koniec".
Na razie jest Auferstanden 
aus Ruinen, jak hymn NRD, a dokładnie z ruin
idei ten deszcz, co spadł z wysokiego konia,
czy tam zaczął spadać z wysokiego "c"
(skala tego przedsięwzięcia istotnie molowa) 
tuż za witryną. Po niewątpliwie słusznej stronie,
gdzie zagryzam wszystkie napisane wiersze
zębami mądrości wyrwanymi z nie moich stronic,
i gdzie rośnie chęć wyrwania się stąd, 
jak w czołówce "Familiady".


Call Of Duty (nie Modern Warfare, jeszcze nie te czasy): strzelamy, Niemcy padają skoszeni huraganowym ogniem, okno, spacja, skok, dół, control, przykuc, strzał, strzał, strzał, reload, bieg, sprint, dół, okno, spacja, skok, granat, raz, dwa, trzy, wyskok, strzał – 

podobnie działa poezja Różewicza, z tym, że zamiast spacji i controli mamy słowa-klucze, a efektem nie są skoki i przykucnięcia, tylko wrażenie nieustającego, ciągłego, niczym niezmąconego pędu słowa, który popycha autora do pisania. W tym zawiera się nowoczesność Państwo przodem – nie w powracających jak mantra tropach tekstualnych, które dla osób kilka lat starszych i kilka lat młodszych będą kompletnie niezrozumiałe, ale w ciągłym spidzie, pogoni za metaforą.

Czasem biega się po wydziale od rana, tylko po to, żeby iść do pracy na wieczorną zmianę; taki ciężki dzień usiany jest przypadkowymi ludźmi, z którymi zamieniamy dwa-trzy słowa, korzystając ze specjalnych kodów, ustalonych dla ludzi podobnych wiekiem, językiem i obyczajem. Książka Różewicza z kolei usiana jest delikatnymi ukłuciami, wyimkami z rzeczywistości, która nas otacza, zarówno zrozumiałymi dla każdego (World Trade Center) jak i dla wybranych ("ocean Twelve czy Eleven?"). Notabene, jest tu też obowiązkowe odwołanie do Pułki.


Polska myśl szkoleniowa (Pan z laptopem) 
Odkąd ma prawdziwy internet - z krwi i kości
(model miast dziurawej sieci Wi-Fi), do swojego baku
wlewa litry nieprzespanych nocy, które spędza na byciu
tym, kim się jest za pieniądze. Z towarzyszami z tej samej opcji: 
kawą lub herbatą - prowadzi wojnę przeciw wojnie innych,
okupując co rusz to ludniejsze portale (stopień po stopniu,
aż zostanie generałem), choć generalnie pod sobą nie ma nikogo,
nie licząc wiekowego żółwia. Jak to jest: żółw stoi czy leży, 
próbując zdobyć szczyt łóżka nie wiadomo po co, ześlizgując się
ze wspinaczkowej skały (taki dzisiejszy Syzyf - urodził się
i umrze we własnym domu, z poczuciem krzywdy;
co to za życie, gdy jego długości nie można pojąć?). 
Tymczasem nasz bohater bitwy na głosy w komentarzach
chce coś osiągnąć: strzela w stronę domniemanego agenta
serią bluzgów, aż mu się zacina ta jego polskość.
Studzona przez dostawcę z Zachodu, który nakłada limit 
wojennych wydatków, bo tamtej staje niczym ość w gardle
na granicy porządku. Wyzywa od kacapów, banderowców;
to jest wojna, na niej ofiary nie mają prawa głosu,
co najwyżej pretensje. Po czym idzie spać (ile można 
obowiązkom dotrzymywać kroku). Tam, gdzie poszedł,
oddycha równo, głęboko. Niczym żółw, któremu nie udało się wejść,
choć pracował jak mógł, by zwrócić na siebie uwagę;
nadstawiał skorupę, żeby ten w końcu miał się gdzie puknąć.

To jest męczące; to jest rażące; to jest współczesne. Nie moderne, nie postmodernistyczne, tylko właśnie współczesne, tak osadzone w rzeczywistości, w której żyjemy, że trudno tu mówić o poezji jako takiej, poezji o znaczeniu metafizycznym; nie bez powodu chyba powtarza się w tych wierszach motyw ulotki. Czegoś tymczasowego, co bierzemy do ręki, zerkamy, wywołuje w nas jakąś reakcję emocjonalną – i znika.

No i spójrzmy prawdzie w oczy – czy można uwierzyć, że Różewicz wiedział, jakiej mocy były bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki? Nie bardzo; można za to założyć zupełnie spokojnie, że w trakcie pracy nad wierszem miał pod ręką telefon, a w telefonie Wikipedię. 

To mówi mnóstwo o tym tomie. A czy to dobrze? Nie wiem.


Na podstawie: Rafał Różewicz "Państwo przodem" (Fundacja Duży Format, Warszawa 2016).
Za egzemplarz przedpremierowy dziękujemy Fundacji Duży Format.




Staroć onewierszstand: Wojaczek Rafał, "Gwiazda"


I znów jesteś bogatsza ode mnie - o tę śmierć
którą ci wymyśliłem i już się stała ważna:
w zalążkach Twoich piąstek dojrzewają chrabąszcze.
 
I jesteś ironiczna jak piszący się wiersz
a ja mam dłonie smutne jak opuszczone gniazda
i każda cząstka myśli znów ciebie żywą zmyśla.
 
I próbuję z warg zlizać niechcianą szorstką rosę
- rdza mówi językowi i język "nie" powtarza
Dłonie nie moje... Nagle gwiazda przez dłoń przecieka.
 
I choć zamknąłem oczy ugina się powieka
więc wiem już, że ta gwiazda jest twoją krwią, co rośnie
aż do nieba, najdłuższe spojrzenie twego serca.


„Rafał Wojaczek urodził się 6 grudnia 1945 roku w Mikołowie” – to sentencjonalne zdanie pada w prawie każdej książce, artykule i felietonie o Wojaczku. Wypowiadają je dziesiątki wykładowców, znajduje się w każdym podręczniku do literatury współczesnej. Nic dziwnego; twórczość Wojaczka jak żadna inna uwikłana jest w interpretacyjne problemy wynikające z mnogości zagadnień legendy, życiorysu, recepcji.

Ale szczerze mówiąc, niewiele mnie to obchodzi.

Rafał Wojaczek wiedział o tym doskonale, o tym, że mnie to niewiele będzie obchodziło, dlatego był uprzejmy rozwiązać sytuację za mnie, podejmując w swojej poezji trud, że się tak wyrażę, światotwórczy. Bo jego poezja, tak samo jak proza Kafki (Ja, Kafka!), tworzy zupełnie odrębny, alternatywny świat, w którym też jest Rafał Wojaczek. Dzięki temu ten urodzony w Mikołowie już mi do niczego niepotrzebny.

Wymyślona śmierć się staje ważna. Myśl poety, funkcjonująca teoretycznie tylko w odbiciu, zazębia się z rzeczywistością i wzbogaca adresatkę wiersza. Jest, chociaż jej nie ma, istnieje, przeraźliwie prawdziwa, a zarazem nie jest śmiercią realną, bo przecież wymyśloną, stworzoną, „staną”.

Tymczasem zamordowana pozostaje ironiczna jak piszący się wiersz, aż do bólu nadal żywa, mimo tego, że umarła. Nie pozostaje nic innego, jak zunifikować oba światy: każda cząstka myśli znów ciebie żywą zmyśla. Bez tej unifikacji świat odbity nie będzie prawdziwy. Myśl dziewczynę zabija i myśl dziewczynę wskrzesza, stając się tym samym aktem destrukcji i stworzenia, a w tym akcie ujawnia się jej istota: bolesna bezradność.

Z tej bolesnej bezradności, jak mi się zdaje, wynika przenikliwy, uderzający tragizm tej poezji, który nie pozwala się jej zestarzeć. Wojaczek w obrębie swojego świata odbitego może wszystko, w obrębie świata realnego nic nie może; i wierzę głęboko, że jego pokręcony życiorys wynika właśnie z niezgody na tę bezsiłę, a nie odwrotnie. Nie dlatego Wojaczek pisał wiersze, że żył, tylko żył, bo pisał wiersze; nie dlatego się zabił, że tworzył, ale tworzył, bo się zabił.

A chociaż zamknął oczy ugina się powieka.

C:\Paweł Podlipniak\Madafakafares\Kantyczka dla Kurtza\E-120

E-120

posuń mnie za daleko to nie jest modlitwa
kobiet zabitych cichcem w martwych od słów wierszach
może to postrzał głowy z której wciąż wypływa
koszenila jak nektar z ostatnich chwil czerwca

i okrzyk palcie ołów w dni niezamierzone
gdy świst łopat śmigłowców rozsypuje popiół
z ognisk co nagą ziemię zwęgliły pod szronem
brunatnym od dojrzałych ziaren kawy z boku

pułkownik cicho mruczy madafakafares
próbując zważyć napis namazany nocą
na drzwiach chat pierworodnych przez gorliwe straże
pilnujące dzieciaków buszujących w zbożu

posuń mnie za daleko to spóźniony lament
chórzystów czuwających z palcami na spustach
w cieniu oliwnych gajów zanim mrok poplami
rozszerzone źrenice szkliste niczym judasz  
 

Wiersz ten jest częścią części tomu. Tom to Madafakafares, a część to Kantyczka dla Kurtza, bowiem cała książka składa się z czterech odrębnych fragmentów, które równie dobrze można traktować jako cztery odrębne tomy, tak bardzo różnią się tematyką. Wspólną za to mają poetykę.

Poetykę zbliżoną do tego, co dziś najlepiej streszcza się w definicji ekspresjonizmu – poetykę krzyku i rozpaczy, sprzeciwu wobec świata, przerażenia manifestacjami okrucieństwa. Ten wrzask objawia się również w warstwie językowej, w szczątkowej interpunkcji, w leksyce, operowaniu tylko krótkimi, mocnymi  słowami, a przede wszystkim w setkach nawiązań intertekstualnych, od których tomik aż ocieka,  a które poprzez odesłanie do uniwersalnych, zastanych już obrazów – zazwyczaj przerażających i ciemnych – kreują niesamowitą atmosferę ciężkiej klaustrofobii, w której rolę ścian pełnią objawy zła i jego realizacji we współczesnym świecie. 

To właśnie dzięki tym nawiązaniom tom urasta do rangi świetnej lektury, mimo pewnych braków, wynikających z przyjętej stylistyki – ekspresjonizm siłą rzeczy oznacza pewną dawkę wzniosłości, patetyczności, która od czasu do czasu zgrzyta w zębach. 

. Proszę spojrzeć, jak gęsto jest w przytaczanym wierszu: mamy tutaj i ucztę Baltazara, i Salingera, i modlitwę w gaju oliwnym i Judasza; oczywiście „dałoby się więcej”, ale to wszystko są historie o ogromnym potencjale tekstualnym, bardzo silnie nacechowane znaczeniami, od których w tym tekście aż trzeszczy. W dodatku wszystkie te legendy są ze sobą pomieszane, zgodnie z zasadami statystyki pomnażając możliwe odczytania.

Dzięki takiemu zagęszczeniu tekstualnych tropów Madafakafares stało się jednym z moich ulubionych tomów współczesnych; i szkoda, że tak niewiele osób go zna. Szczególnie, że z uwagi na wspomnianą ekspresyjność potrafi to być lektura wstrząsająca. 

Akwarelą - "Nice" Barbary Klickiej

Wiele jest w tym tomie znaków zapytania, a to by się zgadzało, bo skoro wiele jest znaków zapytania, to wiele pytań, wiele też spostrzeżeń i próśb, mało za to stwierdzeń, mało ekskatedry, wiele, bardzo wiele niezrozumienia świata. A przecież – pozwolę sobie na ekskatedralne stwierdzenie – niewiele jest rzeczy piękniejszych niż niezrozumienie świata.  W związku z tym tomik Klickiej przekonuje mnie, mówiąc szczerze, dużo bardziej niż cokolwiek o czym już tutaj pisałem.

To książka bardzo kobieca, co jest równie rzadkie, co ożywcze. Niewiele poetek pozwala sobie na bycie poetkami – większość jest poetami, tylko piszącymi o kobiecych sprawach. Klicka o kobiecych sprawach mało, za to prezentuje nam poezję damską w pełnym wymiarze i na każdej warstwie, kontynuując całkiem bogatą w polskiej literaturze tradycję, jak dotąd zakończoną na Poświatowskiej. Tradycję poezji delikatnej, czasem przesadnej, czasem przejmująco smutnej albo czułej, a przede wszystkim obrzydliwie, rozpaczliwie szczerej.

Trudno wybrać z Nic wiersze na których można te tezy zilustrować (och, jak wygodnie!), bo to zjawisko objawia się punktowo – w pojedynczych zdaniach, sformułowaniach, powtórzeniach. Przy całej subtelności tych utworów przeprowadza się tutaj brutalną, bezpardonową wiwisekcję rzeczywistości, której wyniki wcale nie są specjalnie pocieszające, bo ta wiwisekcja nie prowadzi do niczego (!), a zostawia stertę resztek. Rozgrzebanie istnienia ma swoją cenę.

Z kobiecością kojarzy się też kompozycja, przypominająca gradient. Klicka zaczyna mocnym otwarciem, silną refleksją, którą następnie stopniowo rozmywa, rozcieńcza coraz bardziej, żeby w środku zadać pytania, których wcale nie chce się usłyszeć, a zakończyć fałszowaną tuszem farbką, ledwo kryjącą papier. 

Nawiasem mówiąc, to kolejne skojarzenie, które przychodzi mi do głowy na myśl o Nicach – akwarela. Delikatne obrazowanie, stojące w sprzeczności do filozoficznie brutalnego obrazu świata, który się za nim kryje, tworzy wspaniały dysonans: 

Zatoka 
Morze wlało się przez otwarte okna.
Słona zatoko – jesteś miękka w środku,
jesteś miękka wszędzie; unieś do mnie biodra.
Unieś do mnie biodra i poć się na srebrno.  
Gdy zanurzam palce, pachniesz mgławicami,
pachniesz jak glony, które z Ciebie zdrapię,
żeby ci je oddać. Woda w twoim pępku,
cierpka przyjaciółko, w innej opowieści 
niosłaby mnie falą na jakieś przedmieście.
Ale spójrz – patrzę, gdy zamykasz oczy
i ciągle tu jestem. Ten flesz jest święty,
zakładko na piasku, po nim stąd wyjdziemy.

Mógłbym tak pisać jeszcze długo. Tak się często mówi: „to długa historia”, „długo by opowiadać” – i raczej unikam takich frazesów  – skoro nie ma się czasu mówić, to po co otwierać usta? W tym wypadku jednak muszę się złamać i napisać szczerze: to nie jest tom, o którym powinno się pisać w trzech tysiącach znaków. Dlatego skończę teraz, już, gdy w tekście jest drobny okruch tego, co chciałbym powiedzieć. 

Dlaczego chryzelefantyna? Słów kilka o cyklu Jacka Dehnela


O Venezii albo Zuzannie i starcach, jednym z cykli poetyckich zawartych w tomie o wdzięcznym tytule Rubryki strat i zysków, miałem przyjemność pisać już kiedyś artykuł. Taki prawdziwy artykuł, naukowy, za punkty, z przypisami i książkami o wieloczłonowych tytułach w bibliografii. Nie stwierdzał on nic odkrywczego i w gruncie rzeczy nie miał większego sensu, ale dał mi okazję do refleksji: dlaczego Venezia albo Zuzanna i starcy?

Bo muszę się w tym miejscu przyznać, że właśnie od tej książeczki zaczęła się moja przygoda z poezją współczesną. Znalazłem ją kiedyś w Empiku, przeczytałem kilka wierszy z omawianego cyklu i kupiłem, po raz pierwszy w życiu kupiłem jakąś książkę współczesnego poety. Dlaczego?

Venezia…, jak sam autor twierdzi w sygnaturze, pisana była w latach 2000-2001, gdy Dehnel miał dwadzieścia lat. I faktycznie, trudno te wiersze porównywać z jego późniejszymi dziełami – są aż do przesady ufryzowane, oparte na barokowych konceptach, często rymowane, tu i ówdzie pisane nienagannym sześciostopowym amfibrachem, a tu i tam sylabiczne, słowem, doszlifowane aż do ostatniej fasetki.

Niestety, jak powszechnie wiadomo, za przerostem formy zazwyczaj idą niedostatki treści. O czym to właściwie jest, to ja nie wiem do dzisiaj, mimo wielokrotnej lektury. Coś tam na pewno jest o sztuce, jakaś refleksja nad pięknem się pojawia, nad czasem, śmiercią nawet, a więc nad przemijaniem siłą rzeczy, trochę o sakralnym wzruszeniu, a trochę o religijnej obłudzie, nie wspominając o tym, że całość może robić za rymowany przewodnik po weneckich zabytkach. Błyskotek otrzymujemy mnóstwo na wszystkich warstwach. To nie są cechy dobrej poezji.

Święta Maria Magdalena – niepokutująca

Nic w tym dziwnego, że stoi w ołtarzu - 
- rama z amorów godną jest oprawą
dla jej jedwabiów i wiotkiego ciała.

W dłoni ukryła fiolkę belladonny,
w słoju – barwiczki, wstążki, pieścidełka.
I kark schyliwszy, jak należy, wdzięcznie,
patrzy spod rzęs.

A potem, prawie się nie oglądając, 
w perłach i dąsach idzie na pustynię.
Bacząc, by sukni atłasów kwiecistych
pustynnym cierniem nie zedrzeć zbyt szybko.

Więc dlaczego? Co aż tak mnie przyciągnęło do tych kilkunastu wierszy, a potem do kolejnych cykli, kolejnych książek Dehnela? Dlaczego się tak uwziąłem na tę Zuzannę, dlaczego posiekałem ją na strzępy notatkami na temat frekwencji samogłosek? Co sprawia, że mimo pewnej archaiczności, niedzisiejszości tej frazy, ciągle do niej wracam z uporem maniaka?

Jeśli ktoś, czytając ten felieton, w oczywisty sposób oparty na koncepcie, czeka na zaskakującą, barokową pointę, to niestety mocno się zawiedzie. Długa, skomplikowana i oparta na różnych mądrych lekturach literaturoznawcza refleksja przywiodła mnie do tego tylko wniosku: te wiersze są po prostu bardzo, bardzo ładne. Naprawdę zajebiście piękne.

            

Żeby zbić szybkę - wywiad z Dawidem Mateuszem

Ciemna, pusta piwnica krakowskiej knajpy, godzina 13. W tle leci mecz Piasta z Zagłębiem. Weronika Janeczko i Marcin Świątkowski rozmawiają z Dawidem Mateuszem, autorem debiutanckiego tomu Stacja wieży ciśnień, który ukazał się w tym roku nakładem Biura Literackiego.


Weronika Janeczko: Rozpocznijmy techniką wiersza – jeżeli techniką da się to nazwać, bo może chodzi po prostu o naturalny, niezbywalny element Twojego pisania – spontaniczny, nieplanowany. Bardzo ciekawi mnie zabieg znaczących w dwie strony przerzutni – tak je sobie roboczo nazywam. Stosuje go kilku współczesnych autorów  - na przykład Sendecki, Jarniewicz, Słomczyński, ale także stosował Pułka, z którym już Cię delikatnie łączono. Takim podziałem znacząco zwiększasz głębię słów, wykorzystując wieloznaczności wyrazowe, mnożysz liczbę możliwych interpretacji. Można zapytać: dzielisz, przekładasz wersy kilkukrotnie po napisaniu właściwego wiersza, żeby osiągnąć efekt czy raczej powstaje on od razu w trakcie pisania – natychmiast i skojarzeniowo? Jak się taki efekt czuje – jak Ty go czujesz, bo to niewątpliwe odkrywanie od nowa i od nowa drugich denek znaczeń? Doskonałym przykładem tutaj może być Ligustr.


Dawid Mateusz: Szczerze mówiąc, ten tekst był pomyślany w ten sposób, żeby się zazębiał na wielu, płaszczyznach, wszędzie jest ten sekator, ucinanie, przecinanie, w przeróżnych znaczeniach. Skąd to się bierze? Nie wiem, po prostu tak ten wiersz przemyślałem i tak go napisałem. Ciężko mi teraz powiedzieć coś więcej o tym konkretnym wierszu, bo powstawał tak naprawdę przez 8 lat. Niemniej, wydaje mi się, że takie wzmocnienie odświeża język, sprawia, że to po prostu jest ciekawsze, jest lepsze, jest bardziej atrakcyjnie dla czytelnika.


W.J.: Czułości słowne, delikatne smutki, czasami bezsilność i lekko ironiczne, miękkie zdrobnienia. Nie byłam na nie przygotowana, otwierając Stację wieży ciśnień. Okazało się, że jednak są i działają. Działają mocno. Szczególnie wtedy, gdy łączysz je – na zasadzie kontrastu – z dobitnie zaznaczonymi strasznościami i nie chodzi tu tylko o wojnę. Niesamowite jest to, że słowa budzące cieplejsze nuty emocjonalne mogą łączyć się z okrutniejszym chłodem i to funkcjonuje u Ciebie, nie rażąc, nie powodując, że my – czytelnicy – nie uwierzymy w jedno lub drugie, bo któreś jest za słabe lub za silne. Zadałam sobie pytanie: dlaczego? Odpowiedź była taka: bo ten, kto do nas mówi, nie jest blisko – obserwuje z wysoka, z pokoiku Stacji, jest zdystansowany, zdaje się racjonalnie ważyć fakty i emocje.  Jak się okazuje – to, że jest daleko, że mógłby wygłaszać nam tylko suche wiadomości,  nie oznacza, że nie czuje, że to jego czucie nie jest namacalne. Jest. I to widać. Dlatego robi nam się w oczach ludzki. Zaczynamy go rozumieć, doceniać, patrzeć przez niego swoimi oczami. Czy o to chodzi?


D. M.:  Oczywiście, są to wiersze komentujące jakąś rzeczywistość, ale – tak naprawdę – one wszystkie wzięły się z jakiegoś osobistego przeżycia. Przeżycia autora, które się przekłada na teksty. Natomiast, rzeczywiście, ustawiłem podmiot w tej Wieży ciśnień  - w pewnym dystansie. To mi pomogło w jakiś sposób odsunąć się od własnych emocji i przełożyć je na tekst. Gdybym się nie zdystansował i nie zrobił takiego zabiegu oddzielenia w swojej głowie, gdybym nie pisał jako ktoś inny o swoich emocjach, to wydaje mi się, że bym tych tekstów nie napisał. Ten dystans był potrzebny jako autorski zabieg spojrzenia na siebie, na swoje emocje z zewnątrz.


Marcin Świątkowski: Powiedziałeś: „nie napisałbym tych tekstów”, a ja właśnie chciałem pytać: dlaczego? Po co Ci ten dystans? Czy nie napisałbyś ich z powodu jakiejś organicznej niemożności, przez blokadę, czy dlatego, ze obawiałbyś się zawarcia tych emocji w formie niezdystansowanej, nieprzetworzonej w żaden sposób?


D.M.: Jedno i drugie jest chyba tutaj prawdą. Ja sobie wymyśliłem tę postać – tego Dawida Mateusza (ja się nazywam inaczej). Wymyśliłem go jako bohatera książki i jako jej autora. To postać, w którą wszedłem, którą się stałem, dzięki której samego siebie w pewien sposób oszukałem. Wierzę w literaturę, która się bierze z autentycznego przeżycia i akurat mi, żeby tę książkę napisać, potrzebny był ten zabieg do zbicia szybki w sobie, Wymyśliłem bohatera, a jednocześnie autora tej książki, kogoś, kto jest kimś innym. I wymyśliłem go, bo był mi potrzebny.


M. Ś.: Taka liryka maski bez maski?


D.M.: No, teraz możemy kombinować z takimi określeniami, ale to raczej nie będzie trafne (śmiech). Ale tak, to jest ktoś, kogo sobie wymyśliłem, w kogo wszedłem i kim się w pewnym stopniu stałem.


W. J.: Ja też mam pytanie odnośnie tego Mateusza – jak się gra w coś takiego? Wydajesz książkę, jest pod jakimś tam pseudonimem, wszyscy wiedzą, że Twoje nazwisko jest inne i jak to z Tobą łączyć? Jak to wygląda? Wydaje się to bardzo bezpieczne.


D.M.: Bezpieczne? Wydaje mi się właśnie, że to zupełnie nie jest bezpieczne, gdybym pisał bezpieczne teksty, wyglądałyby zupełnie inaczej. Ja tę książkę podparłem pewną podstawą filozoficzną - chociaż “podparcie” to nie jest do końca trafne określenie – wziętą z Baudillarda, z Symulakrów i symulacji. Dawida Mateusza wymyśliłem jako symulakra, który będzie udawał mnie – ale to nie jest tak naprawdę pseudonim, w pseudonimie często chodzi o to, żeby ukryć prawdziwą tożsamość. A ja podkreślam, że tak naprawdę nazywam się inaczej. Chodzi o symulację kogoś, kto jest mną, a kto jednocześnie mną nie jest. To jest właściwie zagadnienie bardziej z psychologii literatury niż z krytyki literackiej. Do końca nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wiem, że to było mi potrzebne  - po sześcioletniej przerwie zacząłem pisać nowe wiersze dopiero wtedy, kiedy wymyśliłem sobie tego Dawida Mateusza.


W.J.: Niektórzy poeci twierdzą, że to, co zawierają w wierszach, nie ma nic wspólnego z nimi jako z osobami. A co u Ciebie? Utożsamiasz się jakoś z tymi wierszami, czy wolisz mówić, że są własnością czytelnika?


D.M.: Dotykasz tutaj dwóch ciekawych kwestii, bo autorzy faktycznie postrzegają to bardzo dualnie: albo się utożsamiam albo zupełnie mnie to nie interesuje – wiersz to własność czytelnika. Nie jestem przekonany, co do sensowności tej dualności i prawdziwości tej ambiwalencji. Wolę powiedzieć, że się nazywam Dawid Kasiarz, dzisiaj byłem na Kleparzu, kupiłem włoszczyznę, muszę jeszcze iść do apteki po leki dla dziewczyny, poza tym po śmietanę, bo będę gotował zupę grzybową – byliśmy na grzybach ostatnio,  dużo koźlarzy i borowików – i tym się zajmuję Dawid Kasiarz. A Dawid Mateusz na pewno jest autorem i bohaterem tej książki. Wiem, ze w jakimś stopniu się nim stałem, ale nie wiem w jakim. Nie wiem też, jak ich rozdzielić, nie wiem nawet, czy istnieje możliwość takiego rozdzielenia. Dla mnie samego jest to w pewnym stopniu zagadką. Nie mogę powiedzieć, że te teksty nie mają nic wspólnego z moimi emocjami, ani też, że jestem podmiotem mówiącym.


W.J.: A jeśli kolejna książka powstanie – o ile, jak wspominałeś, powstanie – na okładce podasz prawdziwe imię i nazwisko?


D.M.: Nie wiem. Może będzie drugie imię, albo trzecie, bo byłem bierzmowany. Może będzie Piotr, może Piotr Dawid, Piotr Dawid Mateusz. Może coś wymyślę. Prawdę mówiąc mam parę pomysłów na książki, których nie chcę zdradzić, bo nie jestem pewien, co z tego będzie.


W.J.: A co z tą przerwą? Mówiłeś w którymś wywiadzie, że udało Ci się założyć  Crossover i tam szybka pękła – uświadamiasz sobie, że jesteś poetą, wiesz, że to pisanie gdzieś w Tobie jest, a potem sześcioletnia przerwa. Nie miałeś wątpliwości, czy będziesz pisał dobrze? Jak to wyglądało – długa przerwa, a potem „bum”, znowu będę pisał wiersze?


D.M.: U mnie od zawsze to funkcjonuje w ten sposób,, że kończąc jeden wiersz, nigdy nie wiem, czy napiszę następny. Zawsze mi się wydawało, że – no, to tyle. Koniec. Przerwa trwała sześć lat – ale nie do końca, bo jakieś tam trzy teksty czy zalążki tekstów powstały. Ale to nie było tak, że się niecierpliwiłem, że nie piszę przez te 6 lat, Cały czas czytałem, cały czas o tym myślałem, żyłem, zbierałem doświadczenia i tak dalej. Poza tym często coś zaczynałem i uznawałem, że jest za słabe. Jestem dość krytyczny wobec siebie i bardzo dużo przeczytałem, zanim w ogóle zacząłem pisać, dzięki czemu chyba ominął mnie etap straszliwej grafomanii. Ja od trzynastego roku życia czytałem poezję współczesną, zacząłem pisać od siedemnastego i naprawdę byłem bardzo, bardzo krytyczny wobec tego, co piszę. Te sześć  lat też polegało na tym, że uznawałem swoje pisanie za kiepskie, więc szukałem dalej.


W.J.:  I się znalazło.


D.M.:  I się znalazło. Na tę książkę się znalazło. Ale co będzie dalej, nie wiem.


W.J.: Wspominałeś w którymś z wywiadów, że niektóre z Twoich tekstów są wykorzystywane do piosenek. Pytanie technicznie: czy każdy Twój wiersz, odpowiednio ograny muzycznie, nadaje się na piosenkę, czy jakoś to rozdzielasz?


D.M.: Wydaje mi się, że większość można przerobić na piosenki – ale ja tego nie rozdzielam, po prostu kończąc tekst widzę, czy to może być piosenka, czy nie. To też zależy od techniki pisania. Są teksty, które zupełnie się do tego nie nadają, bo po prostu o coś innego w nich chodziło. Teraz zresztą będę nagrywał płytę. Dogadałem się z Kordianem Trudnym – to taki strasznie dziwny muzyk z Katowic, którego nikt nie słucha. Zgadaliśmy się zupełnie przypadkowo, okazało się, że ja lubię jego muzykę, on lubi moje teksty – więc stwierdziliśmy, że spróbujemy coś zrobić razem, ale nie wiem, co z tego wyjdzie.


M.Ś.: A ja zapytam o wojnę. Zupełnie mnie nie interesuje Ukraina – Donbas, Majdan, Julia Tymoszenko – to pozostaje  poza sferą moich zainteresowań, natomiast ciekawi mnie, jakie miejsce w Twoim myśleniu zajmuje wojna jako doświadczenie, które nam jest no empirycznie obce. W tomie jest jej dużo – czasem nazwana wprost, czasem nie, ale zawsze otoczona niedosłowną metaforyką i zastanawiałem się, skąd  się wzięła ta wojna, nie licząc oczywiście wydarzeń bieżących?


D. M.: Na pewno chodzi tutaj o pewną figurę konfliktu, którego przykładem jest ukraińska wojna – czy może raczej przekaz medialny z Ukrainy. Ten obraz konfliktu jest dla mnie pewnym wyznacznikiem obecnych czasów, zwłaszcza, że każdy konflikt jest dla mnie literacko ciekawy: konflikty międzyludzkie, międzypłciowe, związkowe, klasowe, ideologiczne, terytorialne – wszystkie, które mnie bezpośrednio dotykają.


M.Ś.: Spróbuję teraz wbić kij w mrowisko. Może wiesz, że całkiem niedawno w literackim internecie wybuchła afera, kiedy Barbara Klicka wysnuła w stosunku do Biura Literackiego zarzut, że wcale nie wspierają debiutantów. W oczach postronnego obserwatora wyglądało to dosyć kuriozalnie, bo w czasie gdy trwała dyskusja na ten temat, Biuro bombardowało wszystkie kanały reklamą Twojego debiutanckiego skądinąd tomu. Jak to było? Jesteś debiutantem z ulicy, wysyłałeś książkę przez formularz na stronie głównej BL? Czy dotarłeś do wydawnictwa jakimiś okrężnymi drogami?


D.M.: Nie czytałem całego wywiadu z Basią Klicką, widziałem gdzieś tylko ten wyimek o “ścieżce zdrowia”, którą podobno muszą przejść debiutanci w BL. Szczerze mówiąc, nie wiem o co chodzi, dla mnie to nieco absurdalne – moja współpraca z Biurem polegała na tym, że pierwszą wersję książki wysłałem do Biura i do Mariusza Grzebalskiego z WPBiCAKu. Negocjowałem tu i tam, aż w końcu stanęło, że wydaję w Poznaniu. Ostatecznie nie mogliśmy jednak się dogadać. Wysłałem zatem tom Arturowi  Burszcie, który wcześniej o niego dopytywał i po dwóch godzinach miałem odpowiedź, że wydajemy, a po trzech dograne wszystkie szczegóły umowy. Dlatego ciężko mi raczej powiedzieć, żeby Biuro mnie nie wspierało jako debiutanta. Przeciwnie – nie mogę złego słowa powiedzieć, bo moja współpraca z Wydawnictwem przebiega bardzo dobrze. Nie wiem również, skąd Basia Klicka bierze informacje o “ścieżkach zdrowia” i tym podobnych historiach. Tym bardziej, że z tego, co kojarzę wcale nie debiutowała w BL i chyba nawet nie miała okazji z BL współpracować. No, ale może to zostawmy. Tylko jednego jestem w tej kwestii pewien: zaognianie sytuacji między Wydawcami poprzez wypowiedzi Autora Pierwszego Wydawnictwa na temat domniemanych zasad panujących w Drugim Wydawnictwie buduje piramidę absurdu, w której to budowie absolutnie nie chcę uczestniczyć, bo niczemu sensownemu ona nie służy.


M.Ś.: I ostatnie pytanie. W wywiadzie dla BL cytowałeś Zadurę, mówiącego, że „debiutuje się wtedy, kiedy się wie, jak się skończy. Debiutowałeś. Jak to się skończy?


D.M.: Mam nadzieję, ze dobrze (śmiech). Chodziło mi o to, żeby debiutować jako świadomy autor, wiedzący co chce robić w literaturze, jak ją dalej eksplorować. Gdybym wydał książkę trzy lata temu, to byłby straszny błąd, którego bym się teraz wstydził. Tymczasem mam pomysły na kolejne cztery – pięć książek. Muszę tylko znowu zbić tę szybkę, bo jak tego nie zrobię, to nigdy niczego już nie napiszę.