Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weronika Janeczko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weronika Janeczko. Pokaż wszystkie posty

Czy Tomasz Pułka jadł activię? [ZOBACZ WIĘCEJ]

Domki wczasowe mają to do siebie, że wieczorami robią nastrój; nic – tylko siedzieć na balkoniku (zdrabniajmy po krakowsku), przy kwiatach, przy suszarce na ręczniki, przy kiełbasce, przy winku, przy kanapeczce z plasterkiem łososia. Bajka w drewnianej otoczce. Chyba że znajdzie się grupka dymiących grillem – palących tak, że robi się z niego znicz. Wtedy myślę sobie: można by się kiedyś zdenerwować i okazać to jakoś publicznie. Na przykład ten sprzęt wywalić – niech biedne resztki różowych trupów potoczą się, gdzie pieprz rośnie.

Postawmy w tej sytuacji Tomasza Pułkę. Myślę, że zareagowałby jakoś zabawnie, albo, mówiąc popularnie, wkurwiłby się i coś sąsiadom powiedział, oczywiście w sposób godny zapamiętania. Zależy, czy byłby przed, czy po, czy w trakcie. Przy sławnym grillu, w wyobraźni, widzę tabliczkę z QR kodem.

Tak się na niego patrzy: legendarnie, wchodzi i BUM. Pułka pisał w jednym z wierszy, że chciałby być raczej postrzegany nisko, zajmować zacienione rejony. Na ulubionej przeze mnie drodze od światła do świata, umiejscawiał się – jak mniemam – w półcieniu, który konieczny jest zarówno przed naturalnym końcem, jak i początkiem światła. Zero kantów, tylko płynności. Pozdrawiam fizyków.

Zrobiło się nadęcie. To denerwujące. Mieliśmy w małym poetyckim światku taki fajny, ciemny pokój, do którego zaglądało się tylko czasem, o którym mówiło się nocnie, pokątnie, o którym miało się informacje tylko pobieżne. Książki niemalże spod lady, okładki odbijane w kserze, śledzone blogi, przewertowany internet, nieznośne niedosyty. Z Tomaszem było jak z dobrym serialem, który się kończy przed spadkiem oglądalności, powodując płaczliwe skargi widzów.  Teraz mamy jasny pokój, który wyoglądany na dziesiątą stronę, zacznie nudzić. Tego się boję.

Zostaliśmy wpuszczeni do świata, który, moim skromnym zdaniem, powinien być jeszcze przez parę lat ukryty. Poeta, jako artysta i człowiek, dysponuje prawem do pewnego rodzaju autokreacji. Nie musi mówić i pisać, jak jest naprawdę. Jeśli chce, to może, jasne. W wywiadach ma prawo stwierdzać, że to, co czym pisze, nie ma związku z jego prywatnym życiem - że to wymyśla, bo przecież kto jest na tyle głupi, by osądzać (tu wybitna anegdotka ze spotkań z poetami), dajmy na to Stephena Kinga o planowanie i dokonywanie zabójstw? Kto by sądził lidera zespołu Boys w sprawie licznych flirtów z kobietami, o których jest przecież pełno w jego tekstach, stanowiących niewątpliwą wartość kulturową? Wracając do wytartej jak modne jeansy myśli – kreuje się, tworzy na bieżąco siebie z odpowiadających mu prawd, zabiegów i półprawd, które gwarantują uzyskanie satysfakcjonującego obrazu społecznego. Człowiek piszący o rozmaitych przygodach, dzięki kreacji, społecznie stwarza pozór, który powtarzany wielokrotnie, staje się tak samo ważny, jak hasło z Wikipedii i raźno funkcjonuje. Czy byłoby fair, gdyby go z tych półprawd ogołocić?
Jestem pewna, że każdy autor i to bez wyjątku, posiada w komputerze folder „śmietnik”, który z rzadka opróżnia, albo tego folderu odpowiednik (plik z gmatwaniną szkiców, nazywający się, na przykład, „inne”) przeznaczony do szybkiego usunięcia, czy późniejszego przemodelowania polegającego, załóżmy, na pozostawieniu tylko jednej nadającej się do użycia zwrotki, paru linijek tekstu itd.
Elementem autokreacji może być nieposiadanie „śmietnika” – pisanie tylko dobrych wierszy, mówienie o przysłowiowej szufladzie z cudownie derealizującym oddaleniem. Czy powinno się pozbawiać autora takiego przywileju przez udostępnienie Plików? Upublicznianie grozi rozbiciem stale żyjącej kreacji. Czy warto było zajmować się tym aż tak wcześnie?

Z pewnością stanowiło to dylemat. Po jednej stronie huśtawki czytelnicza ciekawość (boże, publikują nieznane wiersze tego autora!), ciekawość brzydko – ludzka (znaleziono majtki Wisławy Szymborskiej [zobacz więcej], odkryto wierszowe pliki Tomasza Pułki [kliknij]) i historyczną (jak pisał, jak to wyglądało jako proces twórczy, jak powstaje geniusz łamany przez ceniony młody poeta), po drugiej –  prawo autora do kreowania siebie i dzieła wśród ludzi, którzy mają (tutaj – mieli) okazję znać go osobiście i wreszcie – prawo do zachowania siebie dla siebie. Bo, umówmy się – odkrycie szkiców Białoszewskiego czy Tuwima nie spotkałoby się zapewne z aż taką, zachłannością czysto ludzką – a dlaczego? Dlatego, że – może to głupio zabrzmi - sporo czasu minęło od ich śmierci i mało kto z żyjących znał ich osobiście, albo choć widział z daleka.

            Obecna sytuacja to nowość. Już dawno nie było w poetyckim świecie przypadku zniknięcia młodego poety (budzącego dodatkowo silną reakcję społeczną) i wydania po paru latach, tak zwanych utworów wszystkich. Środowisko się tego uczy, uczy się reakcji, więc jeszcze może (zmetaforyzujmy) błądzić. To naturalne. Jak mówi się w świecie trudnych operacji, w przypadku szansy powodzenia wynoszącej 50 na 50, osiągnięcie sukcesu gwarantuje radość bez zastrzeżeń, natomiast porażka (nawet częściowa), powoduje głębokie refleksje dotyczące tego, co i dlaczego poszło nie tak. Żyjemy w takim właśnie momencie.
W tej w patologicznej rodzinie, jak powiedział ciepło Marcin Sendecki po przyjęciu ostatniej nagrody – w otoczeniu osób, które niemalże zawodowo zadają pytania i szukają na nie odpowiedzi, nie ma szans, by nie powstały wątpliwości co do tego, czy sprawa Pułki została poprowadzona najlepiej, jak mogła.

Mam poczucie, że nasza czytelnicza ciekawość zamieniła się w ciekawość brzydko – ludzką pod tytułem zajrzyjmy mu do komputera.  Tak zwane Pliki opublikowano jako pełne wiersze. Nie ma wtrąceń – komentarzy na temat tego, skąd dokładnie pochodzą, kiedy były pisane (mnie interesowałoby na przykład – między powstaniem której, a której książki).
Mimo tego, że Pułkę należy chwalić, wypada przecież zauważyć (i z pewnością już zauważono), że jego styl na przestrzeni poszczególnych książek jest różnorodnym (krótkie i długie formy, bardziej, mniej zmetaforyzowane, bardziej, mniej otwarte/zamknięte itd.), że niektóre wiersze miałyby większe szanse na zwycięstwo w konkursach poetyckich, inne mniejsze. Z prezentowanego zbioru robi się, w moim odczuciu, zupa – misz masz: po chronologicznie ułożonych, wewnętrznie zróżnicowanych tomach, dostajemy zbiór plików z tak zwanego międzyczasu, który najzwyczajniej wprowadza pewien rodzaj chaosu.

Zajrzeliśmy mu do komputera. I co z tego? Jest lepiej? Ja czuję się źle. Mam obok siebie obłożoną w szary papier, obrzydliwie pomarańczową książkę, która kolorem – nawet, jeśli komuś podoba się odcień – wybija się na tle innych tomów poetyckich. Wybija się również jako twór artystyczny – rozciągniętą do szerokości skrzydła brązowawą twarzą autora.
Miało być zacnie – pod projektem podpisuje się Artur Burszta, szef Biura Literackiego. Burszta wziął na siebie odpowiedzialność za, najważniejszą pewnie, a przynajmniej najbardziej wyczekiwaną biurową książkę roku. Zupełnie jak kapitan dobrego statku, który dzielnie prowadzi okręt w trudny rejs, a w razie niesprzyjających okoliczności – idzie z nim na dno. (Najlepszą i zarazem najgorszą informacją jest to, że zarówno w wypadku pomyślnego rejsu, jak i zatonięcia, zawsze wspomina się nazwisko dowódcy jednostki.)  Do redagowania zaprosił znamienitych poetów, wybitnych literatów lub/i osoby bliskie autorowi wierszy. Brawo dla redakcji, dla pomagających w zebraniu tekstów. Ogromna robota, wielkie nadzieje. Gdybym miała możliwość zaangażowania się w coś takiego, z pewnością bym się tej pracy podjęła. Prowadzenie operacji z szansą 50 na 50 procent wymaga nie lada odwagi. Tę odwagę szanuję. 

Chcemy ustanowić legendę, która i tak już krąży. To jak spisanie wreszcie historii o Wawelskim Smoku czy samolocie smoleńskim. Zgadzam się, to potrzebne. Zastanawiam się jednak, czy koniecznie aż tak prędko, czy trzeba się było spieszyć. Czy legendy nie trzeba budować jak najbardziej autentycznie, osadzając ją mocno w ziarenku prawdy, którym grupowo dysponujemy? Grupa jest przecież niewielka – 1354 czytelników poezji. Nie znaczy to jednak, że nie warto się starać – a jeśli już było postarane, to może starać się tak, żeby za 100 lat w bibliotece książka nie była pamiętana jedynie ze względu na jej śmieszny kolor i delikatny bałagan w środku? Może dobrze było zadbać o opisanie szkiców oraz dopasowanie projektu okładki do stylu pozostałych tomów tak, by stanowiły w miarę harmonijną całość?

Można powiedzieć, że się nie znam, że nie warto nazywać legendy legendą (i w ogóle używać tego słowa – staram się nie korzystać, tak samo jak z wyrazu pokolenie).  Jestem od Pułki młodsza, nigdy go nie widziałam, pojęcie o sytuacji mam zapewne bledsze niż wiele żyjących osób, ale coś czuję w tym temacie. Jest mi z tym źle, inaczej bym widziała tę książkę.  Biję się ze sobą. Czekałam na tę publikację, zamówiłam w przecenie dwa egzemplarze, żeby wcisnąć szybko do ważnej okołopoetyciej ręki (dla pierwszych kupujących niezły upust). Mam poczucie niespójności Wybiegania z pozostałymi publikacjami Pułki. Coś mi się nie zgadza, umyka opisywaniu.
Jasne, wydanie w takiej formie może być też zrozumiałe. Dobrze zamykać pewne sytuacje. Dobrze mieć kontrolę. Dlatego, z tego właśnie względu, jestem skłonna pojąć pośpiech rodziny, bo przecież i tak ktoś by tego Pułkę chciał wydać, i tak by była sensacja, więc warto to skończyć, uzyskując pomoc znajomych Tomasza, wybierając za własnego życia, na co pójdą pieniądze ze sprzedaży (a tu się nadarzył naprawdę cudny cel, całym sercem jestem za!) itd. Wyżej opisałam tego cenę

Wróćmy do formy. Jest w porządku, jeśli potraktujemy oranżadkowy zbiór jako pewien rodzaj wyciągnięcia z dna szuflady, jako świadectwo literackiego muzealnictwa. Jest tam wiele utworów służących jedynie jako zobrazowanie procesu literackiego Pułki, albo po prostu nieprzeredagowanych wierszy – szkiców! Czułabym się jak dziecko z baśniowego tłumu, które mówi głośno król jest nagi, ale słyszałam już kilka podobnych opinii, więc jestem spokojna. Czy to było sensowne? Czy to będzie użyteczne? Czy to nie zawadzi legendzie, która mogła być inna? Czy legendę powinno się na siłę tworzyć (podobno najlepiej tworzy się sama i, nomen omen, właśnie się jakaś pułkowa ustala, ale zupełnie inna niż ta z preliminarza)? Znów – OK, zobaczmy sobie – to normalny gość, popełniał błędy, zmieniał treści, trzymał w komputerze pliki różnej trafności, czasami podpisane nazwiskami kolegów, czasami własnym, zbierał notatki, ale boże – przecież chyba nie szykował z nich wszystkich nowej książki?! Może warto było opatrzyć szkice kawalątkami informacji – skąd te prawie - wiersze się wzięły, podawać historie, daty, zrobić niby - patetyzujące memorandum? Przecież też rozeszłoby się jak świeże bułeczki, a byłoby coś więcej wiadomo. Teraz jest niby wszystko, a jednak nic. Znów sobie boleję. Wtedy pewnie też by były pretensje.

To szalenie ciekawe. Czekałam na tę książkę, mam ją na półce, wzięłam ze sobą na wakacje, piszę o niej jak szalona w czasie urlopu, emocjonuję się tak, że mi kawa niepotrzebna, pokazuję wszystkim jak wygląda, noszę w płóciennej torbie (tak, tej od Biura, tej z Wojaczkiem), molestuję rodzinę czytaniem na głos. Ale czekanie mi już przeszło, już nie potrzebuję. Cieszyłam się kiedyś jak mały pies z życia faktem, że miły pan w Ha!arcie sprzedał mi przykurzony Zespół szkół, że Gosia Lebda pożyczyła mi Paralaksę, bo swoją musiałam odnieść do biblioteki, że w różnych dziwnych knajpkach mogłam słuchać opowieści o wierszach, które zna Rafał Skonieczny, czy Dawid Mateusz, których nikt z nas ich nie widział.  Teraz niemal wszystko mam na tacy (i to nieładnej). Nie wiem już, co z tym zrobić.

To nie przypadek, że w świecie reklamy spotyka się często stwierdzenie sprzedajemy OSTATNIE egzemplarze tego a tego. Takie ogłoszenia znacząco zwiększają popyt na produkty z serii, nawet jeśli tak naprawdę została ich jeszcze liczba wystarczająca dla połowy populacji potencjalnych odbiorców. Pułki jest teraz pełno. Staje się dostępny, kanciasty, wychodzi z niszy, w której przykurzona niedoskonałość była jak najbardziej do przyjęcia. Zamiast niedosytu, podjudzającego apetyt, dostajemy nadmiar odpowiedzi, prześwietlenie tematu. Robimy z Tomasza celebrytę, odbierając mu tajemnice, które nierozwiązane bywają przecież niezwykle ciekawe. Na stronie Biura ma aktywny formularz kontaktowy. Czy to nie przesada?


Nie słyszałam jeszcze, żeby tak wielu znajomych masowo czytało jakąś poetycką książkę. Dzieję się coś istotnego – wydany, niemal w całości, został autor cytowany przez młodych poetów, autor – legenda, autor – inspiracja (pozwolę sobie na chwilowy słowny blichtr), więc się przyglądam. Chcę wiedzieć, o co chodzi, śledzę, zastanawiam się, chciałabym, żeby ważne działo się w jak najlepszej formie. Mam obawy, o których pisałam, a w takich sytuacjach wszelkich obaw, wątpliwości – jak wiadomo – ma się małe zaufanie do innych i może się wydawać, że samemu zadbałoby się o sprawę lepiej, że zauważyłoby się więcej –  więc tym chętniej się wtrącam. Mam szacunek do twórców książki i wierzę, że włożyli w nią wszystkie swoje siły. Może strona graficzna jest właśnie możliwie najbardziej dopracowana (przepracowana?), a redakcyjna także, mimo wszystko, przetestowana na dziesiątą stronę? Może udostępnienie Plików to świadectwo tego, że autor, po śmierci, koniecznie i w całości musi stać się własnością publiczną? W mojej opinii, nawet tych wszystkich sił, wyżej wspomnianych osób, tutaj nie wystarczyło (stąd tyle zdań o ubolewaniu!). Ale to już nieważne, sytuacja jest nie do odwrócenia. Mamy książkę. Z pewnością też sukces sprzedaży. Skupmy się na jej celu. Bo jeśli powstała po to, żeby pomóc początkującemu (i niech to nie brzmi jak potrzebujący), dobrze że powstała. A Pułka się z tej książki jakoś wykaraska. Nie z takich rzeczy wychodził cało. 

Replay - ze światem raz na zawsze. Podsiadło onewierszstand.

Magda zakłada pończochy samonośne

Jej ruchy są obiecujące jak tytuł tego wiersza,
to poruszenia zwierzęcia,
po którym już widać, że da się oswoić,
chociaż jeszcze biegnie i podrzuca głową.
Rozciąga pończochę, naciąga, puszcza
i gumka z koronką pewnie, po królewsku zaciska się na udzie.
Ten gest mówi: rozprawiłam się ze światem raz na zawsze.
O, słodyczy nieprawd! Wstaje i idzie, a światło czepia się
jej skóry. Tytuły jej e-maili też są obiecujące:
„Poszukiwacze złota”, „Z Tobą, o Tobie”,
„W czymś zupełnie innym”, „Przenoszenie uwagi”,
„Oddychanie” i ten „Bylibyśmy pierwsi”.
 

Powiedzcie dziennikarzom, że zdarzenia muszą się odstać.
Kiedy się kochamy, często nam się zdarza
długo patrzeć sobie w oczy i to daje światu jakiś
punkt zaczepienia. Gdyby jej uda oplotły moje biodra
jak korzenie kamień, gdybyśmy nie przestali, gdybyśmy
nie odpowiadali na pukania w sprawie zmiany ręczników,
gdyby nas nie znaleziono i gdyby się nie dało
oderwać nas od siebie, bylibyśmy pierwsi
.

Najgorsze jest to, że ona stale jest. Stoi i ręka po nodze, delikatnie, pod włos (którego nie ma, bo może Magda to nie tylko mżawka i światło, może Magda to gładkość?), ciągnie. A pończocha za ręką, opornie, choć ślisko, hop – układa się. Przez chwilę ścisk. Ciśnienie opada. Rozkłada wiotki ciężar. Leży i żyje, a i to tak łatwo można przerwać. (St)ale jest.

Były maile, a w nich sreberka, złotka – takie zlepki liter, którym do obrazu jest tak blisko jak do Żabki z każdej uliczki miasta (niezależnie od tego, gdzie mieszkasz, Czytelniku). Da się je przywołać – etykieta Magda. Może z nazwiskiem, ale po co , skoro Magda jest raczej jedna. Nawet, jeśli Magd byłoby kilka, w tym momencie – w momencie play włączanej obserwacji, kadr obejmuje tę naszą.

Później wstaje i idzie. 
Więc jeszcze raz. Stoi i ręka po nodze, delikatnie, pod włos (…)
Jest, bo została
obrazem, który da się odtwarzać, ciągle gwałcąc replay (języku postów, pozdrawiam!). To jest pierwsza zwrotka.
Gdybyśmy się zatrzymali jednak tylko przy niej, czy byłoby tak rzewnie? A skądże! Dobrze
jest mieć taką kobietę, która zakłada pończochy, jakby się rozprawiała z całym bożym światem. Dobrze mieć taką Magdę, o której jest w każdym zdaniu. Od której maile nie są pod Magdą. Przychodzą, gdy klikniesz odbierz. Przychodzi, gdy powiesz rozbierz. I tak dalej.
Sprawa się (od)stała. Więc zamiast i tak dalej, wspomnijmy tym podobne. Bo istnieją straty – choćby pieniędzy
w fontannach, do których się nie wraca. I w ludziach – te są podobno największe. A jak być z nimi na gładko? Łagodzić dobrym trybem. W końcu nostalgia jest łatwiejsza od twardego smutku. Bylibyśmy pierwsi – to prawie nadziejne. Bo gdyby nie jeden ruch, albo brak ruchu, to to by było już – prawie. Prawda? Bylibyśmy pierwsi?




Nie klaszczę zbyt często. O "Literach" Tomasza Różyckiego.


Znalezione obrazy dla zapytania różycki litery
Mówią mi: A, A, A, A. Moim zadaniem jest klasnąć, gdy litera się zmieni. Taki test. Wszystko mam sprawne, lecz nie klaszczę zbyt często. Brawa są rzadkie. Jeśli litery zmieniałyby się co krótszy odstęp czasu, uderzenia ręką o rękę powtarzałyby się  - już nie ważne, ile razy - ale (podkreślam) częściej, nie powodując nieznośnej nudy.

Nie odmawiam "Literom" osadzenia w bieżącej ważnej tematyce, nie odmawiam warsztatu poecie, choć mam wrażenie, że w tym tomie, który stara się być śpiewny, płynny, zgrabnie frazujący, coś nie zagrało. Ktoś podaje ci czterolistną koniczynkę (na przykład Kapituła), ty się przyglądasz wnikliwie i co się okazuje? Okazuje się, że trzeci listek rozerwał się na dwa, ktoś mu się dostatecznie nie przyjrzał (zbytnie zaufanie temu, co widać na pierwszy rzut oka?). Więc zawód trochę. 

Rytmiczna śpiewna klarowność rozbijana jest przez twarde frazy, które ją zaburzają. Może to celowe - mi przeszkadza jednak w odpowiednim zanurzeniu w tekście. Bo jeśli płynność, opływowość, to lepiej cała. Mielizny tu nie pasują - brzmią jak usypywane sztucznie lub, zwyczajnie, niezbyt fortunnie dobrane. Co to za zabieg, który się ciągnie przez 99 wierszy? Może to zabieg na temat stylu, który ktoś polubi? Niekoniecznie musi się przecież lubić filmy z wartką akcją. Można doceniać powolne kadry zupełnie tak, jak podróż po oceanie ogromnym parowym statkiem (a na nim kołysze i kołysze, kołysze i kołysze - czy do znudzenia?). Nie przeczę, że podczas podobnej podróży może przydarzyć się kilka widoków, które chciałoby się mieć na zdjęciu, które uważnie się przybliża telefonicznym, czułym zoomem, o ile da się robić cokolwiek - ta choroba morska! Może to jest po prostu uparty ciąg liter wysyłany 99 razy aż się pojawi reakcja (jakakolwiek!), aż ktoś po drugiej stronie choć trochę się poruszy, aż zwróci uwagę, aż odpisze li jedną literą, aż coś odchrząknie, odpowie, że jeszcze po tej drugiej stronie jest, choć mogłoby się wydawać, że go nigdy nie było lub już długo, długo nie ma. Pytania się mnożą. Dlaczego ciągle ten zabieg? Co ma spowodować? Nie wiem. Wysnułam kilka przypuszczeń. Wyłączam się, wyciszam. Zamykam książkę. Zostawiam trochę liter.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Nic, czyli zastępcze rozważanie o czwartej nad ranem. Grzebalski.

Pierwszy raz o wierszu w nocy, albo tak rano, że nie wiadomo, jak to rano nazwać. Ranne rano?

Są takie ranki (ranne). Mieszkanie marzło (otwarte nazbyt na oścież). Wchodzę. Dmucham. Siedzimy – kurtka (czerwona) i koc (krata). Za(k)ratowani, zak(r)atowani. Otwieram, chybił trafił, i nic. Nic. Niedomiar. Grzebalski. Książka z pułki, potrzeba wiersza, trzeba się schować. Kupiłam zeszłorocznie, na Śląsku. Tam też pewnie nic – najpewniej noc, no(c).


Nic

Chodziło o miłość.
O miłość. Języki deszczu,
kiedy miłość. Słupy
dymu, kiedy miłość.
Sen jak mury, kiedy miłość.

Chodziło o miłość.
O miłość. Stopy o podłogę,
kiedy miłość. Ciało
w ciało, kiedy miłość.
Gzyms radości, kiedy miłość.

I nic. Dym w gardle.
Języki deszczu o asfalt.
Wiatr w usta, śnieg:tarcza
ciemności. Chodziło
O miłość. O miłość.

Jeśli nie chodzi miłość, chodzi o pieniądze, o jedzenie, uwagę, nutkę zemsty (więc znowu jakąś miłość). Jeśli jednak o nią, tak naprawdę – to już nie chodzi. Albo rzadko chodzi. Raczej biega. Szaleje,  prędko się toczy (z góry z radości albo inaczej – do pojemnych czarnych, ocznie mokrych dziur idealnie mieszczących smutnych ludzi w ilości jeden na dziurę i nigdy nie znajdziesz).

Emocjonuje niezależnie od treści – pusta czy pełna. Jeśli pełna, napełnia. Jeśli pusta, zapuszcza; puszcza usta – kąciki kleją się do brody – nie odkleisz. Zmienia, rozmienia na cząstki czas – wtyka do snów słodkie/słone słowa i słone/słodkie twarze. Waży uważność, mnie pamięć, składa w samoloty i jeśli nie wyjdzie, zostaje na długi czas: przypomina miną – nic się nie wydarzyło, nie chodziło  o miłość, albo – kradnąc prawie ostatni wers:

ciemności. Chodziło
o miłość.

Wysiedziane miejsce? Pasewicz.

Po przeczytaniu nowego Pasewicza, doszłam do wniosku – nic nowego.  Kolejny rok i kolejna książka – najwyraźniej spełniło się zapisane w Miejscu: zrobię to, co zawsze, rozgadam się i nie zatrzymam wcale (Blitzkrieg).  Jak zauważył Maciej Topolski, podczas krakowskiego spotkania z Autorem, Pasewicz niespecjalnie się zmienia. Przyjmuje formy, których możemy się spodziewać, sięgając po kolejną książkę. Nie mnie oceniać, czy to dobrze. Zauważam i staram się nazywać te zauważenia. Znów pojawia się nieskrępowana biologiczność przekazu – zatopienie myśli w ciele – w każdej, nawet najmniejszej,  komórce i – znowuż, obserwacyjność małych sytuacji – w ostatnich latach czule pielęgnowana, ze stałego miejsca w Miejscu – po lewej stronie, nieistniejącego od stycznia, baru.


Zatopione w ciele myśli są jego częścią tak, jak właściwe ciało jest ich zlepkiem. Stając się ciałem, język miejscowych wierszy, nabiera konkretnego kształtu, bardziej przystępnego zwykłemu bywalcowi pubów.  Ten kształt łatwiej nam poznać, bo jest możliwy do zaobserwowania, jest realny, jest ludzki. Od śledzenia ruchów i zachowań ciał, przechodzimy do wrażeń, które te ciała przywodzą, następuje nazwanie i stopniowe wynoszenie ich, w skndensowanej wierszem formie, na coraz bardziej uniwersalne poziomy rozumienia, które mogą ulec coraz szerszej interpretacji. Można zatrzymać się na poziomie obrazka z Estery 1 (pomagając sobie WBPiCAKową okładką) i dzięki wierszom odtwarzać, już nieczynne, wnętrze. Można iść dalej, pokluczyć chwilkę i znaleźć się wyżej o kilka stopni na poziomie fascynacji procesami, które zachodzą wewnątrz każdego, kto zajmuje miejsce przy stoliku.  Są pewnie tacy, którzy powiedzą, że Edward się zasiedział, że powinien się przejść, przewietrzyć. Że dosyć już mitochondriów, piwek, posiadówek, chłopców, dziewczyn i zwierzątek. Sama byłam bliska podobnemu przekonaniu. Zasiedzenie to kwestia poetyki, którą się obierze. Jak mówił ostatnio Pasewicz – to kwestia, po prostu, widzenia świata w określony, usystematyzowany (jeden) sposób.

Może właśnie  o to chodzi, żeby na tej naszej małej poetyckiej trawce, wysiedzieć sobie własną przestrzeń, którą będzie widać nawet, jeśli się już wstanie?

Poza tym, siedzenie w miejscu może być przyjemne, może być potrzebne, może być zwyczajnie ciekawe, albo  jak mówił kiedyś Jakobe Mansztajn i (w innej sytuacji) Wojciech Bonowicz, stać się świadectwem pracy myśli. Nie musi być epokowe, nie musi stanowić przełomu. Może być ciągiem dalszym obserwacji autora, który odcina się od powszechnego obecnie egotyzmu, zwracając uwagę na wszystko inne, co oprócz niego, jeszcze się rusza. 

Dla zaintereowanych i nieposiadających ksiażki, wrzucam Weronal, o którym miałam tu pierwotnie napisać (a było to zanim skłoniłam się do generalnych pospotkaniowych refleksji).

Weronal

Najpewniej od dźwięków, gdy zaczęły znaczyć,
gdy zlepiły się z tkanka i powietrzem, gdy
umówiły się ze światłem, że też będą świecić,
wziął się strach przed ciemnością

Dlatego zawsze masz jakąś latarkę,
może paść prąd i trzeba będzie pójść do piwnicy
albo do knajpy wpadną chłopcy,
którzy nie lubią dyskutować o cielesności języka,
walą w mordę po ludzku i narodowo.
Po ich wyjściu można dać sygnał,
że jeszcze się żyje.
Pstryk, latarko, pstryk, litero, pstryk, rozmowo.
Pstryk, krwinki czerwone i leukocyty
zdezorientowane rozmową,
schnące na szarym linoleum

Róża żółta - Jeremi Przybora: onewierszstand.

Znów będzie wiersz o miłości i o kawiarni – o miłości w kawiarni, o czułości w kawiarni, o kolejnej wymyślnej, wymyślonej (?) historii.
Sprawa jest wybitnie niepatetyczna, więc może bardziej dojrzała niż niedojrzała? Państwo zrównani są pajączkową nitką.  I siedzą. Ja się im przyglądam. Przygląda im się też podmiot, więc się w niego ubiorę, na chwilę w niego zamienię.

Jestem Weronika i siedzę sobie w kawiarni. Pamiętam, że kiedyś z tatą kupiliśmy mojej cudownej pani od skrzypiec właśnie róże. Takie herbaciane, żółte. Pomyślałam wtedy że jak będę duża, może je dostanę, wyhoduję własne, albo jakoś kupię.
Najczęściej dostaję czerwone. Z innych kwiatków zdarzają się majowe konwalie, przegubiaste goździki, albo bukiety małych, polnych ze wstążeczką, którą potem wiążę na nocnej lampce. Wracając – od tamtego czasu nie dostałam żadnej herbacianej róży! Całkiem o nich zapomniałam! A teraz – do brzegu. Te kwiaty – niezależnie od koloru – mają pewne konotacje. Najbardziej niebezpieczne są czerwone. Pierwszy bukiet czerwonych, (mając z 15 lat) wrzuciłam gniewnie do bagażnika srebrnego peugeota i – już na niego nie patrząc, przytrzasnęłam. Czerwone róże się pamięta, dlatego wydawane są tylko na specjalne okazje. A inne – częściej: mniej wyrafinowanie, bardziej zwyczajnie. Czy to gorzej? Nie sądzę.


Udowodnijmy.

Podobno każda miłość ma taki czas, gdy jest już w miarę jasna i usystematyzowana. Wtedy, rosnąca wcześniej, hucząca namiętność, opada. Jak mówi autor tej teorii – Pan Sternberg, spadek namiętności nie oznacza końca miłości, końca związku. Miłość jest dojrzalsza, bardziej ugruntowana. Wtedy można siedzieć w kawiarni, chlipać zamówioną kawę (bo za gorąca!), i utrzymywać żywym bezruchem, cienką pajęczą nitkę, której nikt, oprócz mnie – podmiotu – w ogóle nie widzi. I to jest właśnie cenne – tak się ze sobą zasiedzieć, że się nie zauważy swojego zapadnięcia w pewien rodzaj nicości, nie zauważy się, że są tylko cienkie nitki i ręce, a ktoś – anioł miły i dobry – nas pielęgnuje; karmi, odkurza. Że jesteśmy w wierszu. Że, w ogóle, jest o nas wiersz. A w wazonie więdnie zapomniana herbaciana róża.




Symulacja wspomnień. Symulacja znaczeń. Sendecki: onewierszstand.

Popatrzcie na teksty porozrzucane po stronie - dedykacja, motto i wiersz nr 47. 
Marcin Sendecki, W.
Skoro je zestawiam, to pewnie po coś. Rozpoczniemy od dedykacji . 

Czytając, wnioskuję, że W będzie miało coś ze śmierci i coś z przyjaźni, a może przyjaźni ze śmiercią, która się urodziła w 2016 roku, gdy przyjaciel – Tomek zaczął zamieniać się w wiersze? Wolne przypuszczenia. Takie czynić wolno. Bo poezja. Fantazjując, idźmy dalej – drugie w kolejce jest motto. 
Noc zaczyna się łączyć, dość klasycznie, ze śmiercią. OK, można i tak,  nie posądzajmy jednak Sendeckiego o płytkie i znane banały. Hop i głębiej – wczujmy się. Przecież wcale nie znamy nocy! Wymyka się naszym zdolnościom do pełnej percepcji rzeczy. Jak mamy o niej mówić, skoro by ją opisać, potrzebujemy światła, które tę noc rozprasza?! Poruszamy się po omacku – jasne, w nocy, jednak nie wiemy w czym poruszamy się rzeczywiście i czy można to nazwać przemieszczaniem się w niej, i czy w środku (?). Nazwa to jedno, poznanie to drugie. Używanie prawdziwego imienia rzeczy stwarza złudzenie pozornej kontroli nad nią. Jesteśmy w stanie ją zobiektywizować lecz nie zoperacjonalizować (zagrajmy słowami;wyraz pierwszy – obiekt jako rzecz, urzeczowić, opisać). Tak samo jest ze śmiercią.

Jak sobie z nią poradzić, skoro jest – jak noc – nieuchwytna? Trzeba by umrzeć, żeby się przekonać (wielu próbowało, wielu nie wyszło, zdolnym się zdarza, niezdolnym podobnie). Można w niej chodzić (znów) po omacku, obijać się o kanty, ślizgać po powierzchniach gładszych, ale się nie wie, dopóki się w nią nie wejdzie, póki się nią samą samemu nie stanie, póki jest jeszcze pewien rodzaj odwrotu. Nie da się opisać śmierciowego – śmiercionośnego niebytu inaczej niż przez byt, bo tylko to jest nam znane. Sendecki w W opisuje pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia, które – może co gorsza i o boże – nie muszą być prawdziwe. (Dorzuca też kilka komentarzy o pisaniu, o książce.) Te wydarzenia układają się w pamięć, wspomnienia, w pewną wieczność dla opisywanych, w u-wiecznienie (kolekcjonujmy wyrażenia na w – wierzę, że tytuł da się jakoś rozwinąć). Podmiot oswaja się ze śmiercią, korzystając z własnej pamięci, która nie zawsze wiąże się z prawdziwym przebiegiem zdarzeń. Pamięć konfabuluje, zapisując ich emocjonalne wersje, które na stałe wszywają się w nasze postrzeganie, doświadczanie świata. Jeżeli wpuścilibyście mnie do swojej pamięci, pewnie mało bym zrozumiała ze śpiących tam „zapisków”. Nie znałabym sytuacji, w których braliście udział, Waszych przyjaciół, dziewczyn, chłopaków, mężów, żon, wujków, cioć, rodziny. Zrozumiałabym, natomiast, uniwersalną część zapisu – odczucia, pewne jasne, klarowne fakty itp. Tak samo jest z korzystaniem z pamięci podmiotu w W – wiersze wydają się niezrozumiałe, bo są świadectwem czyjejś pamięci. Możemy ją obserwować, jednak nigdy nie stanie się dla nas w stu procentach do pojęcia. Jesteśmy w stanie przyjąć uniwersalności, ciekawe zapisy, skojarzenia, słowa. Dodatkowo dorzucamy własny nastrój i sposób percepcji świata, czyli – w zasadzie; tworzymy zupełnie nowy, odrębny zapis oparty tylko (!) na bazie pamięci podmiotu. Dużo się dzieje. Bardzo dużo. Przypatrzcie się temu, przypatrzcie się książce, wierszowi nr 47 i każdemu z 49. Każdy z nich ma koncept, a nowoczesny koncept to zawsze pewnego rodzaju intelektualna prowokacja. Jest kilka nowych projektów. Może coś o tym napiszę?*


tytuł tekstu: również z książki W: wiersz nr 33

* wiersz nr 31

Poetka znikła w oddali: Młynarski onewierszstand.



Jedenaście na dziesięć osób wie, o kogo chodzi w poniższym wierszu. Zajmować się będę, zatem, jego całą resztą, choć i pewnie nie całą – bo ileż reszt się zmieści w dwóch tysiącach znaków? Na pewno będzie o cieple, miękkości spojrzeń, zdolnościach do obserwacji, do bycia poruszanym i do poruszania.
A jak poruszać? Jak to umieć? Porusza szczegół, porusza nowość, nieoczywistość. Trzeba być więc nowością, nieoczywistością, być szczegółem. Być takim poetą, który te wszystkie cechy zawrze w podmiocie i najlepiej (to dla fanów), jeśli choć trochę tym podmiotem jest.

Ostatnio dużo jeżdżę, bardzo dużo, więc czytam, żeby myśleć li tylko o tym, co mam w zdobionej, czarnej okładce na książki. W tramwaju numer 8 i autobusie 106, marcowo – Melancholia Bieńczyka. Opisywane tam aspekty melancholiczne, wiążą się, moim zdaniem bardzo mocno, z poezją Młynarskiego. Jak się okazuje, w miarę zgłębiania wspomnianej książki; dobrą maską dla melancholii jest ironia, pewne przejawy humoru, które – albo; na zasadzie depresyjnych masek, skrywają nieszczęście, albo – budzą dobroczynny dystans, odkrywający coraz to szersze perspektywy zdarzeń.

Zobaczmy jak to wygląda w wierszu, na żywo. Uwaga, włączam obrazy.
nr 1 - poetka dowcipna , psotna (…) wszyscy Ją świetnie znali, wszyscy Ją strasznie kochali.
nr 2 - w środku (…) straszliwie zziębnięta, (…) samotna.

Wyczuwam kontrast. Ba, on się nawet sam maluje! Melancholia to rzecz samotna, a nie psotna  – to refleksyjne przeglądanie się w sobie, kontemplowanie utraconego, które nigdy nie wróci. Związane jest z przyjmowaniem perspektywy dystansu, który pozwala zauważać szczegół, który każe go zgłębiać i opisywać, dając w ten sposób melancholikowi tymczasową wolność, złudzenie melancholicznego końca, który de facto, końca przecież nie ma.

Wydaje się, że każdy przywołany przeze mnie wyżej obraz przedstawia zupełnie inną poetkę – logiczne, prawie jasne. Idąc jednak dalej, próbując się przebić przez Bieńczykowe treści i lekko je parafrazując, trzeba przyznać wspomnianej poetce prawo do łączenia niejako dwóch poetek w sobie. Tej, która jest urocza, kochana, śmieje całkiem wdzięcznie i drugiej – czekającej na czułość, upijającej się – jeśli już – to pewnie na smutno. To wszystko jest jej. Melancholijna (ale) całość.

Co robi wspomnienie melancholii w takim wierszu? Znów zwraca uwagę na szczegół. Uczula na niego – nie szarpie. Dotyka delikatnie.
Zadam sobie końcowe pytanie – dlaczego sądzę, że w Poetce jest (po raz dziesiąty!) melancholia? Bo Młynarski pisze niemalże humorystycznie, zadaje kilka niby łatwych (acz ciężkawych) pytań, używa nieziemsko prostych słów, równo rymuje, patrzy miękko i czule. Dałoby się powiedzieć – przez wiersz się uśmiecha. Jeżeli karci, pytając, to subtelnie – wszystko w granicach (właśnie) uśmiechu. Robi rzecz bardzo ciekawą – zamyka historię dwóch obrazów Jednej nie tylko w jej historii, ale i we własnej – poety melancholijnego, który – zza maski – nad niebieskim jeziorem, wzdycha tak, że okular się mgli.

P.S.
Marcinie, dziękuję za Bieńczyka. Oddam niebawem!

szkic: Weronika Janeczko

Nożyce do jeży; Jurczak onewierszstand.

Jeże (zamiast erotyku)                                                   

Opowiadać o miastach jak o szklance wody?     
Mówienie językami jak gubienie pinu Są
powody i jest także niebo, które pozarasta
więc trzeba być nożycami: opowiadać

o miastach jak wykreślać przypisy z nieskończonej listy
(a czysty jest ton flow i szklanka): opowiadać o ustach
jak kroić porzeczkę na osiem (obraz
czyli lustro lub ekran A dotknij) potem zjeść ją na raz

Opowiadać o rzęsach jak o wojnie: starać (się? o?
język?) Płynny jak gubienie pinu jest
rytm i przester (tu traktat orzech i łupina:

pozwolić by przester pozarastał drogę)
A jeże są arbitralne taki mogę
język: o szklance wody opowiem ci jak o miastach


Wyznaję taką zasadę, że wiersze się czuje. Mają coś budzić (i tłukę o tym nieustannie) nawet,  jeśli są niezrozumiałe. A czemu niezrozumiałe? Bo konteksty (wyjdzie, że nie znam), bo znaczące w dwie strony przerzutnie (a co jeśli fantazja pójdzie za daleko?), bo wstyd, że się nie trafi z interpretacją (kłania się szkolna maniera i gra w co autor miał na myśli).

Zalałam Pamięć zewnętrzną. A miał być post o Jurczaku. Mogłabym zrobić sobie urlop, nie prasować uparcie książki, żeby wyschła, ale ogromnie bym chciała o tych Jeżach. Przeczytałam i ciągnie. Trudny jak nie wiem. Rozgryzam w domu, rozgryzam w tramwaju, znowu w tramwaju i znowu w domu. Kawa. Black (noc, swoją drogą, też za oknem).
Przepisałam wiersz do zeszytu (ołówek by zepsuł jeszcze wilgotną książkę), podkreślam, zaznaczam, czytam współlokatorce, pytam: co ci się myśli po tym? Odpowiada, że jej się myśli znak zapytania. To jest pierwsza rzecz, która pojawiła się też u mnie po Jeżach (zaraz obok chęci rozłożenia – dorozumienia wiersza).

Opowiadanie jest domeną każdego pisarza. Wycina zdarzenia, naświetla, zbliża. Co dzieje się jednak, jeśli pisarz próbuje opowiedzieć o nieopowiadalnym, albo o tym, co mieści się jedynie poza wierszem, co nie daje się pociąć, o kimś, kto nigdy nie da się rozebrać (na cząstki), poćwiartować? Zaczyna dziać się bezsens. Albo inaczej: może się zadziać.
Procedura najwyższego ryzyka. Jak wybrać (i którą) część nieopisywalnego, żeby je opisać? Jak wybrać część, żeby nakreślić całość? Jak zrobić coś z niczego? To są pytania z gatunku; Co było pierwsze – jajko czy kura? (Chuck Norris). Wydaje mi się, że właśnie to mi się myśli w kontekście tego wiersza. Jest o nieopisywalnym.

Najpiękniejszą, według mnie, reakcją na różne emocje jest brak słów, który łączy się z pewnym rodzajem mocniejszego czucia (takiego, które ma tendencję do wychodzenia oczami). Najpełniejszym uczuciem jest takie, którego nie da się opisać. Idźmy więc dalej; najpiękniejszym wierszem o miłości, będzie wiersz, który się bije z tym, co nieopisywalne i mimo wszystko, usilnie, próbuje o tym opowiedzieć. Jeże dotykają szalonego metapoziomu. Przenosimy się do nich zamiast do opowieści o rzęso – wojnach, bo jeże są arbitralne, w miarę łatwe, dotyczą same siebie, mogą zastąpić erotyk, który dotyka dość często co najmniej dwóch osób – a jak o nich pisać, skoro się nie wie do końca, czy im opowiedzieć o miastach jak o szklance wody, czy o szklance wody jak o miastach?

W sumie, może najlepiej wykreślić wszystko i zostawić gdzieś w kąciku duży znak
zapytania.

Zamiast czerwonych majtek Szeherezady. Kaczmarski i inne takie.

Witryny nawołują. Z okazji walentynek należy sobie koniecznie kupić czerwone majtki.  Najlepiej z koronką. Przypadł mi okołowalentynkowy post – będzie w nim jednak nie o majtkach i ciastkach w kształcie serca, chociaż przecież by być mogło.

Bardzo zależało mi na tym, żeby nie wkleić wiersza ociekającego tandetyzmami (kocham cię szalenie i się z tobą ożenię), ani takich, które są smutne jakoś dogłębnie (bo miłość jest niedostępna, odległa jak w niektórych wierszach Honeta, albo gorzka jak u Podgórnik, lub po prostu ciężka przeogromnie jak w Końcu wakacji Grzebalskiego).

Wiersze o miłości są pewnie dość trudne do pisania. Trzeba ciągle sprawdzać, czy to już nie kicz, czy już nie za dużo jest nazwane, czy przypadkiem nie cały czas mówi się ty, myślę, miłość? Może ktoś mi jakoś odpowie.

Ale nie musi. Napiszę, co myślę. Myślę sobie, że można o niej pisać mocno doznaniowo, wizualnie, bez użycia tej osoby niemalże. Miłość, czy wszelkie przejawy fascynacji, zakochania można wplatać w sytuacje z życia, w dobro, zło, niespodzianki, śróddzienne myślowe zawieszenia. Wypowiedzią chciałabym dobrnąć do momentu, w którym Wam przekażę – rozumiem to tak, że pisze się wiersze niejako przez te odczucia. A może po prostu nimi postrzega się to, co chce się potem opisać, zaznaczyć, wypunktować, uwypulić w wierszu.

Szalenie ciekawi mnie proces tworzenia, sposób postrzegania świata przez piszących. Ciekawi mnie jak widzą przez taki rodzaj odczuwania, jak im to robi wiersze, jak im to się oplata wokół głowy, wokół rąk, nóg, wszystkich pomysłów. Ten rodzaj odczuwania (miłość) ma mechanizm podobny do uzależnieniowego. W uzależnieniu najlepiej jest pod wpływem, na przykład na haju. Jeśli substancji nie ma, pojawia się craving – poszukiwanie, a później dochodzi do przykrych objawów odstawiennych. To wszystko widać w wierszach. Są takie (zmetaforyzujmy, to jasne) o haju, są o cravingu, o efektach abstynencji, o wszelkich przewrotach w życiu. I prawie wszyscy o nich piszą (mało znam poetów, którzy jakoś się do tego często nie odnoszą).  Jeden z bardzo starych filozofów twierdził, że żyjemy przecież po to, żeby się kimś opiekować, przejmować (jak zwał, tak zwał). Więc skoro to jest najważniejsze, skoro to esencja naszości, to czemu by o tym nie tworzyć sloganów w witrynach, piec serduszkowych ciastek, kręcić filmów, montować teledysków, pisać wierszy? 

Od czego się to zaczyna? Od czego zaczyna się pisanie wierszy przez/pod wpływem?
Zaczyna się najpewniej od pierwszego spotkania, od łyka, bucha, dotknięcia, spojrzenia. Pyk i działa. Do czasu, kiedy litrów, liści, rąk i oczu wystarczy. Trzeba mieć ciekawe życie lub/i ciekawą wyobraźnię. 

Rzucam kolejne pytanie - dlaczego lubimy wiersze o miłości?

Czytając smutne, możemy się w nich odnaleźć. Czytając nadziejne, również. To samo w przypadku gorzkich, wesołych, wszelkich innych. Styl może nie odpowiadać – mimo wszystko, często kupujemy jednak przekaz. Temat jest znany. Przeszliśmy już po kilka, kilkanaście uzależnień i odwyków. Rozumiemy, o co chodzi. Znane, więc  atrakcyjne.
Koniec rozważań. Planujcie sobie walentynki, jeśli chcecie. 
Zaopatrzcie się na ten czas u dobrego dealera lub lekarza, a jeśli nie ma takiego w okolicy, kupcie ciastka, czytajcie wiersze. Walentynki to tylko jeden dzień.

P.S.
Tak, wiersz też jest. Jest o tym, o czym pisałam. I jest długi, jak mój post. Dodatkowo, pozostając w tematyce, polecam Legendę o miłości Kaczmarskiego.




K.K. Baczyński, onewierszstand. Mierzalność spojrzeń.

                                                                                        ***


Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie.
Jest mi o tyle twych spojrzeń samotniej.
Ciemniej
                Opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść

Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
Ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?

Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
Niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.

Dni ulatują w trwogę o ciebie,
Noc obca gwiazdami zarasta i blada miejską trawą.
Wiatr wspomnienia – chmurom oderwana gałąź.
A przecież te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą


Czytając ten wiersz, a czytałam go już naprawdę wiele razy na przestrzeni dobrych paru lat, często wyobrażałam sobie, że nie musi być rozumiany jako przeznaczony konkretnej osobie. Czasem można przecież odczuwać głęboki smutek, jakiś rodzaj samotności, nie wiedząc jeszcze, kto by mógł te odczucia zabrać i rozproszyć. Stawiam więc na niewiadome ty, sentyment dawnych wspomnień, na świat przypominający podmiotowi, że kogoś nie ma, ale nie wiadomo jeszcze kogo. Trwoga o ciebie nie musi być trwogą konkretną, nie musi być tez baczyńską trwogą okołowojenną. Może być, równie dobrze, strachem przed byciem samemu w mieszkaniu wieczorową porą. Może być, czym się czytającemu tylko czuje, widzi.

Czas jest wybitnie sesjowy, trudno mi się skupić na Baczyńskim, ciągle jestem rozkojarzona. Na szczęście, akurat ten wiersz działa uspokajająco, ma nocną melodię, taką gwiezdno – chmurną, roztaczającą odpodmiotową ciepłą opiekuńczość, pewien rodzaj autentyczności. Aż chce mu się wierzyć. I wierzę – że czeka, że tęskni, że widzi tę drugą jakąś osobę – jak mówił w innym wierszu dość podobny podmiot – w szybach każdego tramwaju, że ona mu ten świat robi tak, jak slangowo żart może zrobić komuś dzień, że zajmuje przestrzeń bez zajmowania miejsca.

Wiersz traktuję jako niezwykły – budzi emocje i to emocje nie nadęte. Baczyński smutek nie jest zbudowany tylko dla uzyskania smutkowej formy, nie jest pisany (najpewniej) dla dość głośnych oklasków. Kupuję taki przekaz i wracam do niego często (kiedyś umiałam na pamięć, teraz przytaczam na głos już tylko fragmenty). Uświadamia, że samotność może być mierzalna, że można ją przeliczyć na nieobecne gesty i spojrzenia, które układają się w drogę od domu do domu – teraz już  raczej nie po chodniku, a po internetowych kablach. 

obraz: Montserrat Gudiol

Bliskość, której nie można wymawiać. Karol Ketzer; onewierszstand.

Widziałam wiele forów internetowych, na których 13 letnie dziewczynki (albo dziewczynki zdecydowanie starsze) pytały się nawzajem jak się bliskość robi i jak to wyliczyć, żeby znaleźć się na odpowiednim miejscu; w odpowiedniej, szczęśliwej lokalizacji. Trudne rzeczy. Liczy się trudno. Rozmarzone dziewczęta miewają problemy z matematyką. Wyliczają – raz odezwie się on, raz ja, a skoro teraz ja, to nie mogę potem raz jeszcze, bo się świat zawali; a z upragnionych lokalizacji zostaną nici. Czekają aż coś się wydarzy, patrząc z deszczowych okien swoich małych pokoików. Jeśli akurat nie płaczą, to być może właśnie, ocierają łzy koleżanek (za panów się nie wypowiem, chyba nie potrafię).


Na bliskość

Anatematyka nie przestaje przeliczać na wylot,
zaleca szczególną ostrożność. W przybliżaniu
najważniejszy jest dystans.

- Każda nieskończoność ma dwa końce - anatematyka żartuje,
zanim wyzna ku toksycznym od-do.
Wyrachowani do półprzytomności
liczymy siebie jak ostatnie monety na drżącej dłoni.
Chwiejna nadzieja, że starczy,
pokazowa pewność, ze jest w sam raz.


Matematyka jest gdzieś zawsze na początku nieśmiałych bliskości. Matematyka na temat bliskości – anatematyka? Może trochę, chociaż nie przekonuje mnie to zbytnio. Najbardziej kojarzy mi się z imieniem którego nie wolno wymawiać, z nazywaniem tak dookoła – żeby nie było, że nazwę, bo jak to zrobię, rzecz pryśnie, rozleje się, skończy, albo po prostu ktoś jej zaprzeczy.
Anatematka (…) zaleca szczególną ostrożność. W przybliżaniu
najważniejszy jest dystans
– cudowna wieloznaczność wersów. W anatematyce można się zawieść samemu i zawieść kogoś, zaokrąglając (padają słowa: mylisz się, to nie to), licząc za szybko (tobie to tylko o to chodzi!), ale też dukając, gubiąc się w działaniu (można czekać wieki!). Najgorsze jest to, że w tej dziedzinie nic nie jest definitywne, nic nie jest powiedziane. Opiera się na grach w oczekiwania i domysły, wrażliwości i gniewy, opiera się na grze w obserwację, w interpretowanie dziwnych umysłowych metapoziomów. Jest to zabawa, w której nie można zadawać pytań wprost, można tylko czasami (wersja dla odważniejszych) pokazać coś nieśmiałym gestem.
Jeżeli gra w gesty się uda, można liczyć dalej aż do wyliczenia; jesteśmy odtąd dotąd – ode mnie do ciebie; odcinek bez nazwy. Więc pracuje się znowu, żeby zostało tak, jak jest, albo jeszcze lepiej . Dobrze jednak nie mówić  – jest lepiej, bo pryśnie, rozsypie się, skończy. 
Anatematyka się śmieje, a im ręce się trzęsą, marzną.  Marzną, trzęsą się, czyli pewnie jeszcze jakoś są. I tu się trzeba zgodzić – jest w sam raz. Nic nie trzeba wyliczać. 

Tuwim, cukier, łez kawiarenki.

Kiedyś, a to nie było tak dawno temu, czytałam głównie starocie, czyli najróżniejsze słowackie, mickiewiczowskie, tuwimowskie, leśmianowskie baczyńskości. Na półce u taty w pracy jakieś sto lat temu, wypatrzyłam książkę Tuwima. Zaczęłam przeglądać, wertować, przypatrywać się fragmentom. Mówię mu w końcu; zobacz, co tu jest napisane. Napisane było to;


(…) nawet kelner poczuł litość dla niej i pomyślał: „Coś tam złego jest, trzeba podać drugi cukier tej pani, bo jej kawa zgorzknieje od łez (…)

Tata wyglądał na zdumionego i ucieszonego jednocześnie. Okazało się, że na dokładnie ten fragment zwracała uwagę moja, już dawno nieżyjąca,  babcia. Doszło do jakiegoś cudnej urody połączenia moich i babci myśli, poczucia wierszy. Niezwykłe uczucie powiązania, obecności i w ogóle (tu powinna być dygresja o tym, że babcia też była pewnym gatunkiem przypalającej obiady, roztrzepanej marzycielki, która chowała książki z wierszami pod szmatkę, którą miała sprzątać podłogę, więc – jak się można domyślić – porządek w domu bywał udawany).

Wracając do wiersza. Tuwim jest, moim zdaniem, mistrzem nienachalności, mistrzem subtelnej ironii dopiętej do ogromnej ilości sytuacji. Jak się łączy miłość z ironią, bo o miłości jest tu niewątpliwie? Łączy się naturalnie, banalnie. Tuwim pokazuje codzienną sytuację – ona w lekko histerycznej  rozpaczy, on niespecjalnie przejęty (ale się spotka, mimo nawału prac, żeby nie stracić, nie zawalić tej historii).  Pokazywanie jest okraszone, zapieczone z kruszonką smacznych słówek, określeń, dokłuć wyrazową szpilką.  Dialogi, opisy myśli, generalizacje, przerysowania. Mimo  tej ilości zabiegów, wiersz jest lekki, lotny, biegnie szybko. Tuwimowi brak, wspomnianej już, nachalności przekazu. Historia jest rzeczywiście banalna. Banalna w tym przypadku oznacza też naturalna, umiejętnie banalna, mądrze naturalna. Nie widać w niej niczego wymuszonego. Wiersz nie musi być od razu zaangażowany, skomplikowany treściowo i konstrukcyjnie, żeby chciało się go na trochę zapamiętać. Dobrze poprowadzony obrazek, dobra zwykłość, pisana w miarę z sercem i wrażliwie, trafia. Przypadkiem i nagle można się zorientować, że w zagmatwanej głowie ma się jeszcze jedno, choćby i małe, całkiem czułe miejsce.






obraz: E. Hopper, Automat, 1927


Kolędy można fałszować!

Jak już pewnie każdy zdążył zauważyć, zaczyna się powolutku czas okołoświąteczny. Sprzedawcy perfumują sklepy zapachem piernikowym, żeby koszyki na kółkach pękały w szwach. Słychać uroczą piosenkę o tym, że on dał jej swoje serce w ostatnie święta, ona mu je zwróciła i inne takie, albo – na przykład – siedzi się w łóżku i wygląda, jakby ci ktoś tarł twarzą o chodnik, a na tym chodniku leżało sobie dodatkowo confetti z trzywarstwowych chusteczek Velvet. Czuć święta, zimę, śnieg, cały nastrój. Niezwykłości.
Co jeszcze zrobić, żeby poczuć magię 24 – 26 grudnia? (cisza, więc podpowiem)
Można powysyłać całej liście kontaktów cudowne wierszyki świąteczne i noworoczne w stylu;

Święta, święta, święta – niech każdy pamięta.
Rodzina się zbiera, choinkę ubiera. Do wigilii spieszy,
Jezuska ucieszy. A Jezusek mały, przyniesie im chwały.
Niechaj Twoi bliscy zawsze będą obok, niechaj się odezwać będzie dziś do kogo!
Nowy Rok niech da Ci dużo słońca, blasku – 2017 w oparach oklasków!

Otrzymanie takiego wierszyka jest doświadczeniem traumatycznym. Nigdy nie wiem, co ze sobą zrobić, po przeczytaniu podobnego. Zdaję sobie sprawę z jak najlepszych chęci nadawcy, odpisuję grzecznie (kiedyś nawet zarymowałam swój w podobnie tandetny sposób, jak powyżej), ale przeżyć nie mogę i Was, do nieprzeżywania, zachęcam.

To jest jednak tekst czwartkowy, czyli tekst o starociach. Przejdę więc płynnie do nich.
Wiele z kolędowych staroci znacie na pamięć; nie ma co ich przytaczać. Jeśli jednak zależy Wam na tekstach, a najprawdopodobniej zależy, skoro jesteście na tej stronie, weźcie pod uwagę parę spraw.
Warto nie zniszczyć tekstu śpiewaniem. Nie chodzi o fałszowanie – śpiewać każdy może jak to, nomen omen, śpiewał znany człowiek.

Czego zatem nie robić? Dobrze nie dzielić wyrazów oddechem. Podzielony wyraz umiera, rozpływa się, rozlatuje. Treść wychodzi przez najbliższy otwór we framudze, a o treść, w tych kolędowych wierszach, nam przecież chodzi (żeby nie wychodziła!). Fajnie jest też się zastanowić, o czym się śpiewa i nie sylabizować za nadto.  

Weźmy sobie dwa przykłady (i mała legenda  – slash oznacza oddech)

MI–ZER–NA CIIII–CHA /STA–JEN–KA LIII–CHA/ PEŁ–NA NIE/–BIEEE-EEES-KIEJ CHWAA–AAA–ŁY
albo GDYYY ŚLI-CZNA PAAA–NNA SY-NA/KO – ŁY – SAAA– ŁAAA

Melodyjka ładna, cieszymy się, ale treści brak zupełnie. Może Wam być dziwnie, możecie uznać, że się czepiam i nie mam na święta większych problemów niż odpowiednie śpiewanie kolęd i odpisywanie na smsowe wierszyki. Jeśli jednak zwróci się uwagę na (jakąś, choćby kulturową) wagę tych tekstów i to, że ktoś się ich od nas uczy – na przykład mój mały brat i może Wasz chrześniak, chrześnica, siostra, dziecko, sprawa nabierze znaczenia. Nasz światek okołowierszowy, jak już pisałam kilkukrotnie, jest malutki jak nie wiem, więc choć w tej małej grupie starajmy się, żeby dobrze przekazywać teksty. To nie jest dużo roboty – zaśpiewać dobrze. Może być nawet nieczysto – w czyszczeniu nieczystości zawsze ktoś nam pomoże – śpiewaków jest przecież więcej niż amatorów wierszy.


Wesołych!