Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowe. Pokaż wszystkie posty

Debiut mocny, a słaby - o Na koniec idą Topolskiego

widziane 
bez świata oko jest ślepe
widzi tylko biel światła
widzi samym widzeniem
stąd wyjdzie
 
ślepe oko rozgląda się w bieli
w pulsującym i niepodległym
przed podniesieniem
skąd wyjdzie
 
rzecz ciało znaczenie


Jeśli ktoś czytuje blurby, to lekturę debiutanckiego tomu Macieja Topolskiego zaczynają aż dwa, obydwa autorstwa grubych ryb dwóch pokoleń poetów, czyli Romana Honeta i Jakobe Mansztajna. Pierwszy jest mętny aż do granic nieprzejrzystości, a drugi tak przepoetyzowany, że nawet najuważniejszy czytelnik nie dowie się z niego nic. 

Sama książka to jeden z ciekawszych chyba debiutów, jakie ukazały się w ostatnim roku. Nie dlatego, że – jak większość debiutanckich książek – ustala jakąś wyrazistą dykcję, w stosunku do której autor musi się później jakoś sam ustawić, ale wprost przeciwnie, dlatego, że jej nie ustala. W tym sensie wiele ma wspólnego z bałwochwalczymi i niewiele mówiącymi zajawkami na okładce.

Na koniec idą mogłoby samo być swoim własnym blurbem, choćby z uwagi na długość – bo liczy ta książeczka zaledwie dwadzieścia liryków. Przede wszystkim jednak nie jest ona żadnym namacalnym konkretem, nie jest wyraźną deklaracją: „będę pisał tak, tak i tak o tym i o tym”. Jest raczej zajawką, obietnicą nieokreślonego. Pełna jest wątków i motywów, które mogą, ale nie muszą powracać, w wierszach wiele jest fraz, które mogą być pewnym, silnym głosem poetyckim, ale równie dobrze mogą być nieśmiałymi próbami jego ustawienia. Jest to o tyle bezcenne dla autora, że z takiej pozycji wyjściowej, jak z partii angielskiej w szachach, można zrobić właściwie wszystko.

Wielką figurą tego tomu jest powtórzenie, które w ogóle urasta na podstawowy zabieg współczesnej poezji. To ono sprawia, że książka jest doskonale skomponowana i świetna w lekturze, jednak stanowi bardzo przykrą kalkę z Tkaczyszyna-Dyckiego, opierając się nie na twórczym przetworzeniu motywu, a na obsesyjnym jego powracaniu. W połączeniu z mało stanowczą frazą daje to efekt czarnego muru liryzmu, przez który przebić się jest bardzo trudno, a który zarazem zostawia miejsce na przeżycie czytelnika; niestety, mało go zostawia na czytelniczą refleksję. 

W efekcie najlepszymi są te miejsca w książce, w których autor uderza z zaskakującą siłą w dzwon metafizyczny, jak choćby wiersz cytowany na początku tego wpisu. Tam Topolski zdaje się być najbardziej zdecydowany i najsilniej grać na swoich własnych zabawkach, nie sięgając po cudze zagrywki, riffy i solówki. Osobiście nie miałbym nic przeciwko, żeby właśnie w tę stronę rozwinął się ten debiut.

Replay - ze światem raz na zawsze. Podsiadło onewierszstand.

Magda zakłada pończochy samonośne

Jej ruchy są obiecujące jak tytuł tego wiersza,
to poruszenia zwierzęcia,
po którym już widać, że da się oswoić,
chociaż jeszcze biegnie i podrzuca głową.
Rozciąga pończochę, naciąga, puszcza
i gumka z koronką pewnie, po królewsku zaciska się na udzie.
Ten gest mówi: rozprawiłam się ze światem raz na zawsze.
O, słodyczy nieprawd! Wstaje i idzie, a światło czepia się
jej skóry. Tytuły jej e-maili też są obiecujące:
„Poszukiwacze złota”, „Z Tobą, o Tobie”,
„W czymś zupełnie innym”, „Przenoszenie uwagi”,
„Oddychanie” i ten „Bylibyśmy pierwsi”.
 

Powiedzcie dziennikarzom, że zdarzenia muszą się odstać.
Kiedy się kochamy, często nam się zdarza
długo patrzeć sobie w oczy i to daje światu jakiś
punkt zaczepienia. Gdyby jej uda oplotły moje biodra
jak korzenie kamień, gdybyśmy nie przestali, gdybyśmy
nie odpowiadali na pukania w sprawie zmiany ręczników,
gdyby nas nie znaleziono i gdyby się nie dało
oderwać nas od siebie, bylibyśmy pierwsi
.

Najgorsze jest to, że ona stale jest. Stoi i ręka po nodze, delikatnie, pod włos (którego nie ma, bo może Magda to nie tylko mżawka i światło, może Magda to gładkość?), ciągnie. A pończocha za ręką, opornie, choć ślisko, hop – układa się. Przez chwilę ścisk. Ciśnienie opada. Rozkłada wiotki ciężar. Leży i żyje, a i to tak łatwo można przerwać. (St)ale jest.

Były maile, a w nich sreberka, złotka – takie zlepki liter, którym do obrazu jest tak blisko jak do Żabki z każdej uliczki miasta (niezależnie od tego, gdzie mieszkasz, Czytelniku). Da się je przywołać – etykieta Magda. Może z nazwiskiem, ale po co , skoro Magda jest raczej jedna. Nawet, jeśli Magd byłoby kilka, w tym momencie – w momencie play włączanej obserwacji, kadr obejmuje tę naszą.

Później wstaje i idzie. 
Więc jeszcze raz. Stoi i ręka po nodze, delikatnie, pod włos (…)
Jest, bo została
obrazem, który da się odtwarzać, ciągle gwałcąc replay (języku postów, pozdrawiam!). To jest pierwsza zwrotka.
Gdybyśmy się zatrzymali jednak tylko przy niej, czy byłoby tak rzewnie? A skądże! Dobrze
jest mieć taką kobietę, która zakłada pończochy, jakby się rozprawiała z całym bożym światem. Dobrze mieć taką Magdę, o której jest w każdym zdaniu. Od której maile nie są pod Magdą. Przychodzą, gdy klikniesz odbierz. Przychodzi, gdy powiesz rozbierz. I tak dalej.
Sprawa się (od)stała. Więc zamiast i tak dalej, wspomnijmy tym podobne. Bo istnieją straty – choćby pieniędzy
w fontannach, do których się nie wraca. I w ludziach – te są podobno największe. A jak być z nimi na gładko? Łagodzić dobrym trybem. W końcu nostalgia jest łatwiejsza od twardego smutku. Bylibyśmy pierwsi – to prawie nadziejne. Bo gdyby nie jeden ruch, albo brak ruchu, to to by było już – prawie. Prawda? Bylibyśmy pierwsi?




Skok przez płotki - parę słów o "Skoku w dal" Jerzego Kronholda

***   
Wybacz
jechałem
zbyt szybko
w obszarze zabudowanym
gdy wyskoczył
ten wyżeł
nie było ratunku
poszła chłodnica
widziałem w lusterku jak wił się
nie powiedziałem ci
ze strachu i że
uciekłem
że uciekam
przed tym
do dziś

Skok w dal okazał się książką wyjątkowo fortunną zarówno dla autora, jak i wydawcy, ponieważ zgarnął nominacje do większości liczących się nagród w kraju: Nike, Szymborskiej, Silesiusa, Miasta Warszawy – tylko Gdynia, pokazując kawał solidnego, historycznie chyba uwarunkowanego rozsądku, nie dała mu się uwieść.  Jest to o tyle niepojęte, że tomik nie prezentuje sobą chyba żadnej wartości, którą mógłbym kojarzyć z szeroko rozumianą dobrą poezją najnowszą.

Większość wierszy w Skoku w dal jest oparta na koncepcie; nie barokowym, ale lingwistycznym, rodem z lat 70. I można by pewnie wybaczyć tę anachroniczność, która w niektórych środowiskach staje się nawet poetycką modą, gdyby nie to, że te koncepty są najzwyczajniej na świecie słabe, żeby nie powiedzieć: cienkie jak wędkarski przypon. Bo naprawdę, oparcie wiersza na frazeologizmie „porywać się z motyką na słońce” w kontekście uprawy kwiatów pozostałych po zmarłej żonie, albo ujmowanie żałoby poprzez porównanie podmiotu do chrząszcza leżącego na grzbiecie nie sięga szczytów kreatywności, ani nawet pagórków pomysłu. Jest po prostu banalne. 

Aby oddać sprawiedliwość autorowi, można się zastanowić, czy ta banalność nie jest właśnie zaletą tomu; otóż nie. Banalność może być atutem, kiedy idzie w parze z rozbudowaną albo ciekawą, obrazową metaforyką, kiedy w wierszach „coś się dzieje”, kiedy bąbelkowa folia słowa uzupełnia pustawe pudełko konceptu, tak jak to ma miejsce np. u Katarzyny Fetlińskiej, albo – aby uniknąć oskarżenia o przeskoczenie trzech pokoleń – we wczesnych wierszach Krynickiego. Tymczasem liryki Kronholda są zupełnie zwyczajne. Kiedy oprze się wiersz z prymitywnym konceptem na uproszczonej do bólu metodzie pisarskiej, jedyne, co w nim pozostaje, to emocjonalna szczerość: ale to o wiele, wiele za mało.

Najgorsze jednak jest to, że Kronhold ewidentnie stwierdził, że z racji wieku/stażu/liczby wydanych książek/całokształtu twórczości/znajomości z Barańczakiem/czegokolwiek innego wszystko mu wolno. I okej, prawda to przecież, że starość ma swoje prawa nie gorsze od praw młodości; problem w tym, że autor przekracza granice nie poetyki, ale dobrego smaku. Mówię tu oczywiście o słynnym miłosnym wierszu o sikaniu (List), który na (znów) banalnym, ale za to skatologicznym koncepcie próbuje ugrać chyba jakiś skandal, w tym samym stylu, w którym próbują robić to poeci trzeciego obiegu, nadrabiający braki warsztatowe nadmiarem wulgaryzmów i niesmacznych metafor. Nie wspominając o tym, że w obliczu tego wiersza oskarżanie przez Kronholda Darka Foksa o pisanie „poezji klozetowej”, co miało miejsce w trakcie festiwalu Silesius, brzmi jak jakiś sardoniczny dowcip. 

Całe lato 
                                     Joannie Zach 
Całe lato pływałem
i pisałem mejle do ciebie
niekiedy wydawało się
że jest inaczej
że piszę do kogoś innego
a do ciebie płynę

A jeśli komuś w trakcie lektury tego tekstu przyszło do głowy, że przecież nie tak łatwo jest w tym wieku pisać wiersze trafiające w gusta młodych krytyków, i to jeszcze wiersze o sikaniu, odsyłam do najnowszego tomu Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, nota bene rówieśniczki Kronholda. Obydwa te argumenty szybko przestaną wydawać się zasadne. 


Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Najtrudniej jest tylko patrzeć. O "W" Marcina Sendeckiego

Zacznę od wiersza 39.

Wszystko inaczej,
chociaż trochę tak samo.

Teraz tylko tę mądrość oprawić.

I tu też mam problem. Bo W nie sposób ugryźć (zarówno epistemologicznie, jak i krytycznie) tak, jak zwykle gryzie się wiersze: gryzące, zmuszające do napisania o nich, do zajęcia pozycji. Tymczasem W jest książką-poematem dalece mniej gryzącym, niż choćby irytująco hermetyczne Lamety (do dziś czuję uraz do tej książki, bo czekałem na nią po Przedmiarze robót, który bardzo mi się podobał). Sendecki wpuszcza czytelnika do książki pełnej światła i niepewnych słów - dobieranych ostrożnie i precyzyjnie, i nie ma w tej poezji punktów zaczepienia czytelnika: to w gruncie rzeczy dość rzadko spotykane we współczesnej poezji wyznanie niewiary w słowo. Oczywiście nie samym Sendeckim poezja stoi i wątpliwość dotyczącą natury rozumienia z 1. wiersza oddalam, natomiast zawarte w tym otwierającym liryku polecenie popatrzcie (i powtórzone w 47., już z negatywną refleksją:

Nic nie widać.


Popatrzcie.


) sugeruje, że być może poeta postuluje nową formę obcowania z tekstem: powierzchowną, nieufną, poglądową. To dość paradoksalne, bo przy takim ujęciu książka powinna nazywać się O albo Na, zgodnie z regułą miejscownika dotyczącą tematu rozmowy lub powierzchni. Tymczasem jest W, które, rzecz jasna, ma się odnosić do wielu rozwinięć: W jak Warszawa, W jak Wiersz. Ale sugerujące też zagłębienie, którego ja tutaj nie wyczuwam: jeśli była jakaś forma zejścia głębiej, to była, ale nie jest. Wszystko inaczej, chociaż trochę tak samo.

Porzucam też flaneurowską interpretację z serii "poeta chodzi po mieście i przekuwa to, co widzi, w wiersz". Rzecz w tym, że nie przekuwa. W sprawia wrażenie rusztowania: jeszcze o nim napiszę z wiersza 28, (jeszcze o tym napiszę?) z 31.; wiersz 44:

To jest ważne, a tamto nieważne.
To nieważne, bo zdarzyło się mnie.

To, że tekst jest nieustannie w trakcie tworzenia, i że nie istnieje coś takiego jak ukończony tekst (wiersz, post, powieść, encyklopedia), to jasne: zawsze zapisując tekst, przygotowując do wysłania, sprawdzając literówki, zakłada się, że na pewnym etapie trzeba odpuścić. W jest zapisem tego stanu (co, paradoksalnie, może oznaczać, że książka jest na poziomie koncepcyjnym bardziej ukończona niż sama koncepcja): momentu kryzysowego pęknięcia, które nie daje się wypełnić słowem. Bardzo chcę wierzyć, w to, co teraz napiszę: literatura się nie wyczerpuje. Być może powinienem dołożyć to jakiś przymiotnik wartościujący, a może nie: nie uważam przecież W za książkę złą. Chcę widzieć w niej to, czego nie widać - a to już zarzut do mnie.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Nie klaszczę zbyt często. O "Literach" Tomasza Różyckiego.


Znalezione obrazy dla zapytania różycki litery
Mówią mi: A, A, A, A. Moim zadaniem jest klasnąć, gdy litera się zmieni. Taki test. Wszystko mam sprawne, lecz nie klaszczę zbyt często. Brawa są rzadkie. Jeśli litery zmieniałyby się co krótszy odstęp czasu, uderzenia ręką o rękę powtarzałyby się  - już nie ważne, ile razy - ale (podkreślam) częściej, nie powodując nieznośnej nudy.

Nie odmawiam "Literom" osadzenia w bieżącej ważnej tematyce, nie odmawiam warsztatu poecie, choć mam wrażenie, że w tym tomie, który stara się być śpiewny, płynny, zgrabnie frazujący, coś nie zagrało. Ktoś podaje ci czterolistną koniczynkę (na przykład Kapituła), ty się przyglądasz wnikliwie i co się okazuje? Okazuje się, że trzeci listek rozerwał się na dwa, ktoś mu się dostatecznie nie przyjrzał (zbytnie zaufanie temu, co widać na pierwszy rzut oka?). Więc zawód trochę. 

Rytmiczna śpiewna klarowność rozbijana jest przez twarde frazy, które ją zaburzają. Może to celowe - mi przeszkadza jednak w odpowiednim zanurzeniu w tekście. Bo jeśli płynność, opływowość, to lepiej cała. Mielizny tu nie pasują - brzmią jak usypywane sztucznie lub, zwyczajnie, niezbyt fortunnie dobrane. Co to za zabieg, który się ciągnie przez 99 wierszy? Może to zabieg na temat stylu, który ktoś polubi? Niekoniecznie musi się przecież lubić filmy z wartką akcją. Można doceniać powolne kadry zupełnie tak, jak podróż po oceanie ogromnym parowym statkiem (a na nim kołysze i kołysze, kołysze i kołysze - czy do znudzenia?). Nie przeczę, że podczas podobnej podróży może przydarzyć się kilka widoków, które chciałoby się mieć na zdjęciu, które uważnie się przybliża telefonicznym, czułym zoomem, o ile da się robić cokolwiek - ta choroba morska! Może to jest po prostu uparty ciąg liter wysyłany 99 razy aż się pojawi reakcja (jakakolwiek!), aż ktoś po drugiej stronie choć trochę się poruszy, aż zwróci uwagę, aż odpisze li jedną literą, aż coś odchrząknie, odpowie, że jeszcze po tej drugiej stronie jest, choć mogłoby się wydawać, że go nigdy nie było lub już długo, długo nie ma. Pytania się mnożą. Dlaczego ciągle ten zabieg? Co ma spowodować? Nie wiem. Wysnułam kilka przypuszczeń. Wyłączam się, wyciszam. Zamykam książkę. Zostawiam trochę liter.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Początek końca. O "Nie dam ci siebie w żadnej postaci" Tkaczyszyna-Dyckiego

XXVIII. Przyjazd z Pozezdrza 
ciotka która była kurierką z UPA
z niczym się nie zdradziła
nikogo nie wydała kiedy ją uwięziono

i wzięto na przesłuchanie 
babcia pokazywała mi tę piwniczkę
w Lisich Jamach z której ciotka wyszła
ślepa na jedno oko bo tak ją załatwili
kuzyni z akowskiej samoobrony 
i to ona w 1978 roku (przyjechawszy
do nas z Pozezdrza) zażąda
żebym rozmawiał z nią po ukraińsku
ale ja także dokonałem wyboru

Nikogo już nie zdziwi, że nowy, nominowany do Nagrody im. Szymborskiej tom Tkaczyszyna-Dyckiego gra na tych samych instrumentach, co wszystkie inne tomy Tkaczyszyna-Dyckiego: na melancholii, na tożsamości, na Wólce Krowickiej, matce-schizofreniczce, problemach z ukraińskimi korzeniami, na Norwidzie, co to był kochanką i kochankiem. Nie jest też niczym nowym teoria, że Dycki w istocie nie pisze tomów poetyckich, ale jeden wielki, długi poemat, zaczynający się w roku 1990 w Neni i innych wierszach (a sądząc po datach, umieszczanych czasem pod utworami, jeszcze wcześniej) i kończący się… no właśnie? Kiedy?

Nie wiadomo. Wiadomo, że kiedyś skończy; choćby przenosząc się do lepszego świata, poeta kiedyś musi skończyć (wybrzmiewa w moich słowach ton obsesyjny, wiem). I tutaj upatruję wyjątkowości Nie dam ci siebie w żadnej postaci: moim zdaniem, ta książka jest początkiem końca.

Tembr poetycki Dyckiego dochodzi do natężenia, w którym staje się nie tylko wstrząsający i wyjątkowy, ale wręcz miażdżący. Niszczycielski. Znów można powiedzieć, że nihil novi, że w Kochance Norwida, w Piosence o zależnościach i uzależnieniach też były teksty mocne, uderzające prosto między oczy – ale nie aż tak, nie w takim stężeniu. Schizofrenia, katastrofalna melancholia, cierpienie przekraczające dzisiejsze skale o wiele stopni, wszystko to eskaluje w wierszach Tkaczyszyna coraz bardziej, ujmowane czasem wprost, czasem metaforyzowane poprzez makabryczne doświadczenia z Ukrainy.

Jeśli miałbym szukać kompozycyjnych analogii, moim zdaniem jest to ten moment w poemacie, w którym Dante przekracza bramę piekła, Wacław odnajduje martwą Marię. Wskazuje na to też statystyczny rozkład tematyki: Dycki coraz ciaśniejsze kręgi zatacza wokół największego tematu swojej poezji, z każdej strony usiłując dotrzeć do jakiegoś niepojętego sedna; mówię oczywiście o języku. Języku, który dla nas – szeroko rozumianych ludzi młodych, wychowanych w spokojnej Europie – jest zabawą i medium, a dla Dyckiego staje się śmiertelnie poważną sprawą, do przesady poruszającym wyborem, którego dokonał w obliczu torturowanej, jednookiej ciotki.

XLIII. Piosenka o czystej postaci wiersza 
z antykwariatu przyniosłem
dwie książki poetyckie
więc wszystko już było wiersze
starzeją się wraz z nami 
choć upierałem się w Wólce
Krowickiej że pozostają
wiecznie młode i zawsze na swoim
wszystko już zaczerniliśmy 
i powiedzieliśmy sobie co najmniej
w chujnasób (dlatego nie udzielam
wywiadów) może ten oto tekst
przyśni się komu innemu i przetrwa 
w pierwszej czystej postaci
i nikt na tym nie straci

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Nic, czyli zastępcze rozważanie o czwartej nad ranem. Grzebalski.

Pierwszy raz o wierszu w nocy, albo tak rano, że nie wiadomo, jak to rano nazwać. Ranne rano?

Są takie ranki (ranne). Mieszkanie marzło (otwarte nazbyt na oścież). Wchodzę. Dmucham. Siedzimy – kurtka (czerwona) i koc (krata). Za(k)ratowani, zak(r)atowani. Otwieram, chybił trafił, i nic. Nic. Niedomiar. Grzebalski. Książka z pułki, potrzeba wiersza, trzeba się schować. Kupiłam zeszłorocznie, na Śląsku. Tam też pewnie nic – najpewniej noc, no(c).


Nic

Chodziło o miłość.
O miłość. Języki deszczu,
kiedy miłość. Słupy
dymu, kiedy miłość.
Sen jak mury, kiedy miłość.

Chodziło o miłość.
O miłość. Stopy o podłogę,
kiedy miłość. Ciało
w ciało, kiedy miłość.
Gzyms radości, kiedy miłość.

I nic. Dym w gardle.
Języki deszczu o asfalt.
Wiatr w usta, śnieg:tarcza
ciemności. Chodziło
O miłość. O miłość.

Jeśli nie chodzi miłość, chodzi o pieniądze, o jedzenie, uwagę, nutkę zemsty (więc znowu jakąś miłość). Jeśli jednak o nią, tak naprawdę – to już nie chodzi. Albo rzadko chodzi. Raczej biega. Szaleje,  prędko się toczy (z góry z radości albo inaczej – do pojemnych czarnych, ocznie mokrych dziur idealnie mieszczących smutnych ludzi w ilości jeden na dziurę i nigdy nie znajdziesz).

Emocjonuje niezależnie od treści – pusta czy pełna. Jeśli pełna, napełnia. Jeśli pusta, zapuszcza; puszcza usta – kąciki kleją się do brody – nie odkleisz. Zmienia, rozmienia na cząstki czas – wtyka do snów słodkie/słone słowa i słone/słodkie twarze. Waży uważność, mnie pamięć, składa w samoloty i jeśli nie wyjdzie, zostaje na długi czas: przypomina miną – nic się nie wydarzyło, nie chodziło  o miłość, albo – kradnąc prawie ostatni wers:

ciemności. Chodziło
o miłość.

Wysiedziane miejsce? Pasewicz.

Po przeczytaniu nowego Pasewicza, doszłam do wniosku – nic nowego.  Kolejny rok i kolejna książka – najwyraźniej spełniło się zapisane w Miejscu: zrobię to, co zawsze, rozgadam się i nie zatrzymam wcale (Blitzkrieg).  Jak zauważył Maciej Topolski, podczas krakowskiego spotkania z Autorem, Pasewicz niespecjalnie się zmienia. Przyjmuje formy, których możemy się spodziewać, sięgając po kolejną książkę. Nie mnie oceniać, czy to dobrze. Zauważam i staram się nazywać te zauważenia. Znów pojawia się nieskrępowana biologiczność przekazu – zatopienie myśli w ciele – w każdej, nawet najmniejszej,  komórce i – znowuż, obserwacyjność małych sytuacji – w ostatnich latach czule pielęgnowana, ze stałego miejsca w Miejscu – po lewej stronie, nieistniejącego od stycznia, baru.


Zatopione w ciele myśli są jego częścią tak, jak właściwe ciało jest ich zlepkiem. Stając się ciałem, język miejscowych wierszy, nabiera konkretnego kształtu, bardziej przystępnego zwykłemu bywalcowi pubów.  Ten kształt łatwiej nam poznać, bo jest możliwy do zaobserwowania, jest realny, jest ludzki. Od śledzenia ruchów i zachowań ciał, przechodzimy do wrażeń, które te ciała przywodzą, następuje nazwanie i stopniowe wynoszenie ich, w skndensowanej wierszem formie, na coraz bardziej uniwersalne poziomy rozumienia, które mogą ulec coraz szerszej interpretacji. Można zatrzymać się na poziomie obrazka z Estery 1 (pomagając sobie WBPiCAKową okładką) i dzięki wierszom odtwarzać, już nieczynne, wnętrze. Można iść dalej, pokluczyć chwilkę i znaleźć się wyżej o kilka stopni na poziomie fascynacji procesami, które zachodzą wewnątrz każdego, kto zajmuje miejsce przy stoliku.  Są pewnie tacy, którzy powiedzą, że Edward się zasiedział, że powinien się przejść, przewietrzyć. Że dosyć już mitochondriów, piwek, posiadówek, chłopców, dziewczyn i zwierzątek. Sama byłam bliska podobnemu przekonaniu. Zasiedzenie to kwestia poetyki, którą się obierze. Jak mówił ostatnio Pasewicz – to kwestia, po prostu, widzenia świata w określony, usystematyzowany (jeden) sposób.

Może właśnie  o to chodzi, żeby na tej naszej małej poetyckiej trawce, wysiedzieć sobie własną przestrzeń, którą będzie widać nawet, jeśli się już wstanie?

Poza tym, siedzenie w miejscu może być przyjemne, może być potrzebne, może być zwyczajnie ciekawe, albo  jak mówił kiedyś Jakobe Mansztajn i (w innej sytuacji) Wojciech Bonowicz, stać się świadectwem pracy myśli. Nie musi być epokowe, nie musi stanowić przełomu. Może być ciągiem dalszym obserwacji autora, który odcina się od powszechnego obecnie egotyzmu, zwracając uwagę na wszystko inne, co oprócz niego, jeszcze się rusza. 

Dla zaintereowanych i nieposiadających ksiażki, wrzucam Weronal, o którym miałam tu pierwotnie napisać (a było to zanim skłoniłam się do generalnych pospotkaniowych refleksji).

Weronal

Najpewniej od dźwięków, gdy zaczęły znaczyć,
gdy zlepiły się z tkanka i powietrzem, gdy
umówiły się ze światłem, że też będą świecić,
wziął się strach przed ciemnością

Dlatego zawsze masz jakąś latarkę,
może paść prąd i trzeba będzie pójść do piwnicy
albo do knajpy wpadną chłopcy,
którzy nie lubią dyskutować o cielesności języka,
walą w mordę po ludzku i narodowo.
Po ich wyjściu można dać sygnał,
że jeszcze się żyje.
Pstryk, latarko, pstryk, litero, pstryk, rozmowo.
Pstryk, krwinki czerwone i leukocyty
zdezorientowane rozmową,
schnące na szarym linoleum

Recenza nierecenzenta - J. Żabnicka, Ogrodnicy z Marly

Pani Dalloway 
Begonie, peonie, i tak
byś pewnie nurzał się w tych krągłościach
podawanych na język, ale
weszła jakaś kobieta, mówiąc, że
Ruchard napisał powieść. Bergamoty,
tuberozy – chrzęszczący w obłości
brzeszczot; nikt jej
nie rozumie. Frezje, irysy – bukiet
rozsypuje się, nie dotknąwszy nawet
dłoni – a co dopiero ust. 
Wiesz, odszedł
właśnie ktoś bardzo mi bliski. Chciałam
to wszystko opisać, ten świat, ale
zawiodłam.
Eustomy, słoneczniki – wszystko zaszło
za daleko, umarło. Przed końcem
powieści Richard wychylił się przez grań
parapetu, ty przekroczyłeś próg; to tylko
dzwonek u przeszklonych drzwi kwiaciarni z
widokami. Po drugiej stronie
czeka wędkarz po pas w rzece; pół
pusty, pół pełny – rzekłbyś. Ale te więzy
słów naprawdę były
dla ciebie.

Bardzo trudno jest z tomu Żabnickiej wybrać wiersze ilustrujące całą książkę, dlatego głównie, że jest to książka zwarta. Nie poemat, nie zbiór wierszy, ale właśnie „książka poetycka” i to staromodna tak, jak staromodne jest to nieco wytarte już określenie tomiku, którego nie powinno się dzielić na cząstki.

Mówi się tu o dużych rzeczach, wielkich rzeczach; o samotności, śmierci. Więcej o samotności, wbrew tytułowi, bo to książka, w której  odbiorca pełni funkcję dopełnienia, a nie równoważnego elementu schematu komunikacyjnego.  Często jest tu „ja”, jeszcze częściej „my” – jako ludzie, do innych wspólnot nikt się  nie przyznaje – rzadziej „ty”, nigdy „wy”. 

Powstająca w ten sposób przestrzeń o intymnym klimacie zagospodarowana jest z zaskakującą precyzją. Poznańska poetka nie podejmuje, jak większość twórców piszących w tych rejestrach, tematu przeżycia osobistego, a przeżywania osobistego, co w ostatecznym rachunku robi ogromną różnicę. Szuka się tutaj nie tego, co trudno opisać, ale to, czego w ogóle opisać się nie da, a co zazwyczaj zmuszało autora do wyżęcia języka jak mokrą szmatę, czyli sposobu jednostkowego postrzegania świata. Ośrodkiem zainteresowania jest „ja”, ale „ja” – patrzące, słuchające, wąchające, padające ofiarą inwazji świata nawet wtedy, kiedy kryje się za maskami, rolami i innej maści wybiegami poetyckimi.

Nie kuś mieniem 
Gdyby napadł cię
złodziej o skłonnościach
egzystencjalnych 
z czym więcej wróciłby do siebie?

I chociaż z żywą niechęcią odnoszę się do instytucji recenzji, w tym konkretnym wypadku nie umiem powstrzymać się od recenzenckiego wtrętu: właśnie przez język ta misterna konstrukcja się załamuje i sprawia, że książka pozostawia po sobie poczucie irytującego niedosytu. Jest to bowiem język współczesny, ale fałszowany staromodnością, archaicznością metafory, zblakłymi od częstego prania metodami maskowania podmiotu. Jest to język wyjątkowo nieprecyzyjny, niejasny, oplątany siecią półsłówek, co było wybaczalne kilkadziesiąt lat temu u najlepszych poetów swoich pokoleń, jednak dzisiaj staje się co najwyżej drażniącą manierą. Przez ten brak rozmachu (którego nie można mylić z minimalizmem środków) książka zostawia po sobie tylko słodką, eteryczną atmosferę samotnych wieczorów i zapatrzeń w horyzont, które zna każda osoba o sentymentalnej wrażliwości. 

Paradoksalnie, to jest właśnie zaleta Ogrodników z Marly – delikatność, rozumiana jako brak wyrazistej dykcji. Wśród poezji, która wali w łeb obuchem, może właśnie tego potrzeba? Trudno mi jednak wybaczyć ten brak zdecydowania, co chyba symptomatyczne jest dla całej naszej dekady. Jeśli zaś poetka celowo swoje obrazowanie sprała aż do granicy włókien – to jest poziom kunsztu, który docenić można dopiero po latach.

Na końcu - może należałoby w końcu podziękować wydawnictwu WPBiCAK za książki, które nam podsyła.

Onewierszstand: Michał Pranke - Fastryga

Fastryga  
td 

Najprawdziwsze miejsce, gdzie spotykają się fałsz oraz prawda:
to fałda, to fałda; orzekało kocie wybrzuszenie miasta, orzekało
ranne wynurzenie spod dna jak ta rdzawa zadra, ledwo cerowana, 
a już pękła, ale powoli: fastryga po nic, nić, która biegnie, a dokąd
nie pamięta, orzekała cegła i miasto zajęte jak pochodnia, biegło,
a dokąd nie pamięta, rygor, ścieg, a w efekcie nic, którego pewnie 
nie było, bo już nikogo nie było stać, żeby biec i ścigać się; ściec.

Właścicielem tego wiersza Michała Prankego, czyli poety – umówmy się – niezbyt znanego, debiutującego w zeszłym roku wyjątkowo trudną do zdobycia książką b, z której zresztą rzeczony utwór nawet nie pochodzi*, stałem się przypadkiem. Wpadł mi w ręce w okolicznościach dosyć skomplikowanych, które kiedyś wyjdą na jaw, ale na razie muszą pozostać, mówiąc patetycznie,  spowite mgłą tajemnicy. Nie są zresztą istotne. Istotne jest to, że wiersz dostałem i go nie oddam.

Nikt o zdrowych zmysłach nie odda białego kota, który na imię ma Murzyn i ja też nie oddam wiersza skonstruowanego z tak morderczą precyzją, zatytułowanego Fastryga. Utwór tak rozpoczęty powinien być, oczywiście, sfastrygowany, grubymi nićmi szyty, prujący się na zbiegach zwrotek; ten nie jest. Przeciwnie, rozwija się konsekwentnie jak rota piechoty w tuwimowskim poemacie o mieście (Łodzi [mieście przędzalni]).

Fraza Prankego kojarzy mi się – nie zamierzam kłamać – z Barańczakiem, który w podobny sposób eksploatował każdy element brzmieniowy języka polskiego, który w tym samym stylu i guście pakował ogromny ładunek znaczeniowy do jednego wersu (och, najprawdziwsze to przecież miejsce, gdzie spotykają się fałsz i prawda), który tak samo umiał użyć słowa WIELKIEGO, aby zmienić je w słowo małe, takie, które dotyka człowieka, a nie ludzkości.

Skaczę po skojarzeniach, bo ten tekst – to nie tyle komentarz, co raczej impresja na temat. Bo mnie ten wiersz wciągnął i wypluł i nie bardzo wiem, co mógłbym do niego dopisać, głównie chcę go czytelnikom pokazać, sprawdzić, czy innych też tak wsysa i miesza. Trudno nie czuć, że dotyka czegoś na styku, pomiędzy, jakiegoś ściegu ledwo na okrętkę zaciągniętego, który zszywa naszą rzeczywistość w całość, ale w każdej chwili może puścić, tak, że ściekniemy; i w dodatku po nic. Po nic ten tekst, jak mi się zdaje, tak jak wiersz jest po nic. Poetry makes nothing happen.

Wydawać by się mogło, że to naprawdę nie jest specjalnie istotne, że autora bloga coś ruszyło, dziabnęło sztychem między żebra, bo przecież nie każdego musi i pisanie o tym, że dziabnęło, to jak pisanie o wiośnie, że się zaczęła; ale szczerze mówiąc, jeśli nie jest ważne to, co mnie dziabnęło, to ja nie wiem, co jest w poezji ważne.

* - w związku z tym obrazek towarzyszący postowi proszę potraktować umownie. A jak ktoś tę książkę ma, to ja chętnie przygarnę.

Symulacja wspomnień. Symulacja znaczeń. Sendecki: onewierszstand.

Popatrzcie na teksty porozrzucane po stronie - dedykacja, motto i wiersz nr 47. 
Marcin Sendecki, W.
Skoro je zestawiam, to pewnie po coś. Rozpoczniemy od dedykacji . 

Czytając, wnioskuję, że W będzie miało coś ze śmierci i coś z przyjaźni, a może przyjaźni ze śmiercią, która się urodziła w 2016 roku, gdy przyjaciel – Tomek zaczął zamieniać się w wiersze? Wolne przypuszczenia. Takie czynić wolno. Bo poezja. Fantazjując, idźmy dalej – drugie w kolejce jest motto. 
Noc zaczyna się łączyć, dość klasycznie, ze śmiercią. OK, można i tak,  nie posądzajmy jednak Sendeckiego o płytkie i znane banały. Hop i głębiej – wczujmy się. Przecież wcale nie znamy nocy! Wymyka się naszym zdolnościom do pełnej percepcji rzeczy. Jak mamy o niej mówić, skoro by ją opisać, potrzebujemy światła, które tę noc rozprasza?! Poruszamy się po omacku – jasne, w nocy, jednak nie wiemy w czym poruszamy się rzeczywiście i czy można to nazwać przemieszczaniem się w niej, i czy w środku (?). Nazwa to jedno, poznanie to drugie. Używanie prawdziwego imienia rzeczy stwarza złudzenie pozornej kontroli nad nią. Jesteśmy w stanie ją zobiektywizować lecz nie zoperacjonalizować (zagrajmy słowami;wyraz pierwszy – obiekt jako rzecz, urzeczowić, opisać). Tak samo jest ze śmiercią.

Jak sobie z nią poradzić, skoro jest – jak noc – nieuchwytna? Trzeba by umrzeć, żeby się przekonać (wielu próbowało, wielu nie wyszło, zdolnym się zdarza, niezdolnym podobnie). Można w niej chodzić (znów) po omacku, obijać się o kanty, ślizgać po powierzchniach gładszych, ale się nie wie, dopóki się w nią nie wejdzie, póki się nią samą samemu nie stanie, póki jest jeszcze pewien rodzaj odwrotu. Nie da się opisać śmierciowego – śmiercionośnego niebytu inaczej niż przez byt, bo tylko to jest nam znane. Sendecki w W opisuje pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia, które – może co gorsza i o boże – nie muszą być prawdziwe. (Dorzuca też kilka komentarzy o pisaniu, o książce.) Te wydarzenia układają się w pamięć, wspomnienia, w pewną wieczność dla opisywanych, w u-wiecznienie (kolekcjonujmy wyrażenia na w – wierzę, że tytuł da się jakoś rozwinąć). Podmiot oswaja się ze śmiercią, korzystając z własnej pamięci, która nie zawsze wiąże się z prawdziwym przebiegiem zdarzeń. Pamięć konfabuluje, zapisując ich emocjonalne wersje, które na stałe wszywają się w nasze postrzeganie, doświadczanie świata. Jeżeli wpuścilibyście mnie do swojej pamięci, pewnie mało bym zrozumiała ze śpiących tam „zapisków”. Nie znałabym sytuacji, w których braliście udział, Waszych przyjaciół, dziewczyn, chłopaków, mężów, żon, wujków, cioć, rodziny. Zrozumiałabym, natomiast, uniwersalną część zapisu – odczucia, pewne jasne, klarowne fakty itp. Tak samo jest z korzystaniem z pamięci podmiotu w W – wiersze wydają się niezrozumiałe, bo są świadectwem czyjejś pamięci. Możemy ją obserwować, jednak nigdy nie stanie się dla nas w stu procentach do pojęcia. Jesteśmy w stanie przyjąć uniwersalności, ciekawe zapisy, skojarzenia, słowa. Dodatkowo dorzucamy własny nastrój i sposób percepcji świata, czyli – w zasadzie; tworzymy zupełnie nowy, odrębny zapis oparty tylko (!) na bazie pamięci podmiotu. Dużo się dzieje. Bardzo dużo. Przypatrzcie się temu, przypatrzcie się książce, wierszowi nr 47 i każdemu z 49. Każdy z nich ma koncept, a nowoczesny koncept to zawsze pewnego rodzaju intelektualna prowokacja. Jest kilka nowych projektów. Może coś o tym napiszę?*


tytuł tekstu: również z książki W: wiersz nr 33

* wiersz nr 31

Epifaniczny offtop. Trochę o dobrej literaturze, która mogłaby być poezją

Tak wyszło, że ostatni miesiąc to poetycka posucha w moim wykonaniu - nie przeczytałem, ani nie usłyszałem (choć było blisko) niczego na tyle ciekawego, żeby napisać coś o czymś nowym. Sięgam więc do Epifanii Jamesa Joyce'a, które jako rzecz nową kwalifikuje nowy przekład Adama Poprawy. W tym miejscu kończę odniesienia do książki, ponieważ recenzowanie (zaczynam się poddawać) przeze mnie czegokolwiek, co odnosi się do irlandzkiego pisarza, byłoby równie dobrym pomysłem, jak zapytanie Marcina "co tam panie w polityce".

Epifania to jedno z tych słów, których znaczenia nigdy nie jestem pewien. Ale przyjmijmy, licentia poetica, że epifania to rodzaj objawienia, olśnienia: poetycko nazwałbym to błyskiem sensu zza rogu rzeczywistości, ale może nie zagalopowujmy się tak daleko. Epifanie Joyce'a są jednak epifanią przekorną i koszmarną, bo nie wiemy, lub też - nie widzimy ich epifaniczności. Ot, historia na fragmencie obok (ostatnim w książce, co odnotowuję z przypisowskiego obowiązku): nie ma w niej nic ciekawego. Nic? Ha! No ale James Joyce bierze ten fragment rzeczywistości i robi z niego literaturę! Tyle tylko, że nie.

Nigdy nie kupowałem tego wytłumaczenia: jeśli to Pisarz pochyla się nad wyimkiem rzeczywistości, to nadaje mu sens (którego wcześniej tam nie było? (może więc wydobywa sens? (a może go tylko próbuje wydobyć?))). Dawno temu ktoś musiał tu generować naprawdę silny modernizm, a teraz odczuwamy efekty wtórne. - Właśnie - zgodził się przechodzący obok Stefan Dedalus. Może Pisarz więc z nas kpi? A może nie ma kogoś takiego jak Pisarz? Przecież w tym fragmencie widoczna jest jego ręka: skreślenia, wtrącenia, poprawki. Stajemy przed czymś, co nie jest objawieniem, ale czymś, co w ogóle jawi się nam mgliście: bo jest urwane, ale przecież uobecnione przez kaprys kogoś, kogo zwykło się nazywać jednym z najwybitniejszych pisarzy XX wieku.

Ale nie mogę od epifanii uciec: pragnę ją dostrzec, więc ją tworzę: widzę ją w głupim wtrąceniu (bo przecież zapis "Dublin, w aptece Hamiltona Longa" i "Dublin, [wtrącone: w aptece] Hamiltona Longa" to nie to samo, każdy to przyzna), widzę ją w słowie, które wykreślone wciąż tam jest, wreszcie - widzę ją w historii, która nie jest epifaniczna. I jestem w tym naiwny, bo kupiłem książkę pół roku temu i spróbowałem ją zrozumieć. Nie zrozumiałem - ale zachwyciłem się nią, bo od samego tytułu o to właśnie chodziło.

Nożyce do jeży; Jurczak onewierszstand.

Jeże (zamiast erotyku)                                                   

Opowiadać o miastach jak o szklance wody?     
Mówienie językami jak gubienie pinu Są
powody i jest także niebo, które pozarasta
więc trzeba być nożycami: opowiadać

o miastach jak wykreślać przypisy z nieskończonej listy
(a czysty jest ton flow i szklanka): opowiadać o ustach
jak kroić porzeczkę na osiem (obraz
czyli lustro lub ekran A dotknij) potem zjeść ją na raz

Opowiadać o rzęsach jak o wojnie: starać (się? o?
język?) Płynny jak gubienie pinu jest
rytm i przester (tu traktat orzech i łupina:

pozwolić by przester pozarastał drogę)
A jeże są arbitralne taki mogę
język: o szklance wody opowiem ci jak o miastach


Wyznaję taką zasadę, że wiersze się czuje. Mają coś budzić (i tłukę o tym nieustannie) nawet,  jeśli są niezrozumiałe. A czemu niezrozumiałe? Bo konteksty (wyjdzie, że nie znam), bo znaczące w dwie strony przerzutnie (a co jeśli fantazja pójdzie za daleko?), bo wstyd, że się nie trafi z interpretacją (kłania się szkolna maniera i gra w co autor miał na myśli).

Zalałam Pamięć zewnętrzną. A miał być post o Jurczaku. Mogłabym zrobić sobie urlop, nie prasować uparcie książki, żeby wyschła, ale ogromnie bym chciała o tych Jeżach. Przeczytałam i ciągnie. Trudny jak nie wiem. Rozgryzam w domu, rozgryzam w tramwaju, znowu w tramwaju i znowu w domu. Kawa. Black (noc, swoją drogą, też za oknem).
Przepisałam wiersz do zeszytu (ołówek by zepsuł jeszcze wilgotną książkę), podkreślam, zaznaczam, czytam współlokatorce, pytam: co ci się myśli po tym? Odpowiada, że jej się myśli znak zapytania. To jest pierwsza rzecz, która pojawiła się też u mnie po Jeżach (zaraz obok chęci rozłożenia – dorozumienia wiersza).

Opowiadanie jest domeną każdego pisarza. Wycina zdarzenia, naświetla, zbliża. Co dzieje się jednak, jeśli pisarz próbuje opowiedzieć o nieopowiadalnym, albo o tym, co mieści się jedynie poza wierszem, co nie daje się pociąć, o kimś, kto nigdy nie da się rozebrać (na cząstki), poćwiartować? Zaczyna dziać się bezsens. Albo inaczej: może się zadziać.
Procedura najwyższego ryzyka. Jak wybrać (i którą) część nieopisywalnego, żeby je opisać? Jak wybrać część, żeby nakreślić całość? Jak zrobić coś z niczego? To są pytania z gatunku; Co było pierwsze – jajko czy kura? (Chuck Norris). Wydaje mi się, że właśnie to mi się myśli w kontekście tego wiersza. Jest o nieopisywalnym.

Najpiękniejszą, według mnie, reakcją na różne emocje jest brak słów, który łączy się z pewnym rodzajem mocniejszego czucia (takiego, które ma tendencję do wychodzenia oczami). Najpełniejszym uczuciem jest takie, którego nie da się opisać. Idźmy więc dalej; najpiękniejszym wierszem o miłości, będzie wiersz, który się bije z tym, co nieopisywalne i mimo wszystko, usilnie, próbuje o tym opowiedzieć. Jeże dotykają szalonego metapoziomu. Przenosimy się do nich zamiast do opowieści o rzęso – wojnach, bo jeże są arbitralne, w miarę łatwe, dotyczą same siebie, mogą zastąpić erotyk, który dotyka dość często co najmniej dwóch osób – a jak o nich pisać, skoro się nie wie do końca, czy im opowiedzieć o miastach jak o szklance wody, czy o szklance wody jak o miastach?

W sumie, może najlepiej wykreślić wszystko i zostawić gdzieś w kąciku duży znak
zapytania.

Debiut po debiucie

Zeszłoroczna premiera debiutanckiego tomu Ryszarda Krynickiego każe zadać pytanie o znaczenie tak często używanego słowa jak debiut. To, że debiutem nie musi wcale być pierwsza opublikowana książka, nie jest wcale rzeczą nową: często uznaje się za debiut Wisławy Szymborskiej Wołanie do Yeti z 1957 roku, pomijając, jako powstałe w warunkach niesprzyjających prawdziwemu debiutowi, 2 poprzednie książki noblistki.

Warunków wydania pierwszego Pędu pogoni, pędu ucieczki w 1968 roku również nie można nazwać sprzyjającymi. Wiersze Ryszarda Krynickiego są chyba najbardziej niewdzięcznymi wierszami w historii literatury polskiej do cytowania: wiele wierszy zostało zmienionych przez cenzurę lub błędy wydawnicze. Poeta wracał więc wielokrotnie do swoich wierszy, wprowadzając poprawki i zmiany; były więc one faktycznie pisane latami.

W 2016 roku zadebiutował więc jeden z najważniejszych poetów XX wieku, autor kilkunastu książek. Znaczenie tego debiutu znakomicie podsumował sam autor, mówiąc: "trudno patrzy się na młodego poetę, którym kiedyś byłem". Debiut jest zatem i gestem podsumowania, i wyrażeniem pragnienia rozpoczęcia, które do tej pory było niekompletne. Jednym z najważniejszych wierszy, do których poeta wraca w czasie spotkań, jest wielokrotnie zmieniany i modyfikowany utwór Jednogłośnie, jednomyślnie, którego nie chcę interpretować: spróbuję jedynie zasugerować, jak można na ten wiersz patrzeć.

Szalenie istotna dla poezji Krynickiego jest kategoria niekompletności. Wiersze, szczególnie wczesne, są poszarpaną, szalenie splątaną siecią metafor, podwójnych znaczeń słów, cytatów, cudzych głosów, prawda splata się z fałszem, rzeczywistość - z propagandową atrapą rzeczywistości. Ich zawiłość jest odmienna od poezji Barańczaka: czystszej, ostrzejszej, wyraźniejszej. Wiersze Krynickiego znajdują się po mrocznej stronie języka; poezja Krynickiego jest brudniejsza, bardziej chropowata, ale przez to mi bliższa. Otwarcie wiersza Barańczaka wymaga rozplątania widocznych sieci; otwarcie wiersza Krynickiego wymagałoby ich zerwania, zniszczenia istoty wiersza, który uderza swoim trudną, szorstką, doskonale niekompletną idiomatycznością. 

Jednogłośnie, jednomyślnie

Z białego domu o różowych szybach. Nasz specjalny wysłannik donosi z białego domu o czerwonych
szyldach. Nasz specjalny wysłannik, kelner, donosi potrawy i trawi donosy. Donosy echa. Donośnym
głosem i głosem donosu: o armatach ukrytych w białych wierszach sieci, sieci
wszechświata, wszechświata wywiadu. Nasz specjalny wysłannik w sieci dziennikarzy i wywiadów
urojonej choroby. Zesłany na Syberię
(nowego) świata nasz specjalny wysłannik donosi, kto - jednogłośnie - wstrzymał się od
głosu ze względu na zły stan zdrowia i opieki społecznej, od głosu
sprzeciwu; oraz kto, jednogłośnie
czyli - jednym - głosem
pomylił kaganiec oświaty z oświatą kagańca, rewolucję z jednogłośną
(jednoręczną rezolucją); jednogłośnie ręcząc i
jednogłośnie głosząc, donosząc jednocześnie głos (nasz
specjalny) do wyborczej urny, do urny
z popiołów. Jednogłośnie? Jednoręcznie? Jakkolwiek unieść rękę w tym jawnym
tajnym głosowaniu
prasa
prasy
zmiażdży ci ją nazajutrz. Chociaż kościół inny i w nim jednogłośnie dzwonią na podniesienie
donosu. Donosu echa. Jednogłośnie, jednoręcznie, jednomyślnie, jednocześnie.

(II-VI 1968)

SAMPLE TEXT


KIEDY JA MÓWIĘ 1024 WY MÓWCIE 768
KIEDY JA MÓWIĘ 800 WY MÓWCIE 600
KIEDY JA MÓWIĘ 640 WY MÓWCIE 480
...
KIEDY JA POWIEM 1 WY POWIEDZCIE 0
I STAŃCIE WEWNĄTRZ ZERA TRZYMAJĄC SIĘ ZA TRANSFER
ZARAZ WAM TAM WGRAM PLIKI I SUBSTANCJE

Zacząć chyba powinienem od wstydliwego wyznania. Mianowicie, mimo że wyglądam na wygrywa - jestem przystojny, bystry, dobrze ubrany i lubią mnie dziewczęta - w głębi duszy jestem totalnym stulejarzem, który pierwsze osiemnaście lat życia spędził przy kompie, tylko przy okazji seriami nawalałem Dostojewskiego i dzięki temu dostałem się na studia. A ponieważ, jak wiadomo, można wyjść z piwnicy, ale piwnica nie może wyjść z ciebie, nie mogę nie darzyć chłopców z Rozdzielczości Chleba ogromną sympatią. 

NA WASZYM MIEJSCU NIE ZAZNACZAŁBYM TEJ STRZYKAWKI
PEWNIE KTOŚ SE NIĄ PRZYŁADOWAŁ |=={iiii|>----- ‘
ZAKAZANĄ COPYPASTĘ W JAKIMŚ SZEMRANYM SCHOWKU

Na którychś zajęciach na polonistyce zabrali nas do Arteteki na Rajskiej i kazali nam oglądać różne takie dziwne rzeczy Fajferów, Mallarme'ów i innych Queneau. Książki z kamienia, w butelkach albo przemielone przez niszczarkę do dokumentów. Bardzo podjarane bibliotekarki mówiły, że to jest nowoczesna literatura, że ho-ho, a ja wiedziałem, że nowoczesną literaturę to ja mam na fejsie i na wykopie, gdzie po powrocie do domu ogarnę najnowsze pasty i było mi wstyd. Na szczęście Łukasz Podgórni przychodzi z pomocą. 

Pamiętne statusy to arcyważny romans literatury (bo wydano książkę) z życiem codziennym XXI wieku (bo napisano ją na Facebooku). Oprócz mnóstwa odwołań do naturalnych dla naszego pokolenia przestrzeni doświadczeń, otrzymujemy taką dawkę hermetu, że nawet ja nie wszystko rozumiem. I bardzo, kurwa, dobrze. Nie mam wszystkiego rozumieć, skoro zdradziłem ideały i zostałem normikiem.


-----<{{@
JAK SIĘ ZESTARZEJĘ KUPIĘ SOBIE DZIAŁKĘ I BĘDĘ PRZYCHODZIŁ
POSIEDZIEĆ PRZED KOMPEM W ALTANCE
@}}>-----

Wiecie, co jest najważniejsze w tej książce? To, że tutaj wszyscy - i autor, i czytelnik - cisną sobie bekę, pozostając śmiertelnie poważni. I to jest jak w życiu. Bo jeśli myślicie, że internet ze wszystkimi pokładami śmieszkowania to mało poważna rzecz na świecie, to chyba nie wiecie za wiele o internecie, ani o świecie. Prawda jest taka, że nie ma nic poważniejszego niż internet. A nie jakieś kawiarnie, kluby i kabarety. 

Jako klasyk jestem tą książką zdruzgotany. Jako stulej - zachwycony. Jako człowiek - przechodzę obok niej, tak, jak powinno się przechodzić obok innych abominacji.

KIEDYŚ MIELIŚMY WSZYSCY JEDNO HASŁO DO INTERNETU: / PPP /
I WSZYSCY BYLIŚMY JEDNYM / UŻYTKOWNIKIEM: / PPP /
DOJONYM OCHOCZO PRZEZ TEPSĘ - 0202122 - // A DZIŚ? // KAŻDY
SIĘ DEKUJE WE WŁASNYM ROUTERZE / SKĄD WILKIEM SPOZIERA
NA ROUTER BLIŹNIEGO / ZŁOWROGO MRUŻĄC DIODY I
ZAZDROSZCZĄC STATUSU... // ŻEBY NIE PRZECIĄGAĆ BEZ SENSU
POŁĄCZENIA / POWIEM TYLKO ŻE SYTUACJA WYGLĄDA DOŚĆ
CHUJOWO / I ZANIM NALICZĄ MI NOWY IMPULS / POSTARAM SIĘ
ROZŁĄCZYĆ
***
***

PS. Przypominam, że Pamiętne statusy, tak samo jak inne książki Rozdzielczości Chleba, są do pobrania całkowicie za frajer na stronie wydawnictwa. 



Bliskość, której nie można wymawiać. Karol Ketzer; onewierszstand.

Widziałam wiele forów internetowych, na których 13 letnie dziewczynki (albo dziewczynki zdecydowanie starsze) pytały się nawzajem jak się bliskość robi i jak to wyliczyć, żeby znaleźć się na odpowiednim miejscu; w odpowiedniej, szczęśliwej lokalizacji. Trudne rzeczy. Liczy się trudno. Rozmarzone dziewczęta miewają problemy z matematyką. Wyliczają – raz odezwie się on, raz ja, a skoro teraz ja, to nie mogę potem raz jeszcze, bo się świat zawali; a z upragnionych lokalizacji zostaną nici. Czekają aż coś się wydarzy, patrząc z deszczowych okien swoich małych pokoików. Jeśli akurat nie płaczą, to być może właśnie, ocierają łzy koleżanek (za panów się nie wypowiem, chyba nie potrafię).


Na bliskość

Anatematyka nie przestaje przeliczać na wylot,
zaleca szczególną ostrożność. W przybliżaniu
najważniejszy jest dystans.

- Każda nieskończoność ma dwa końce - anatematyka żartuje,
zanim wyzna ku toksycznym od-do.
Wyrachowani do półprzytomności
liczymy siebie jak ostatnie monety na drżącej dłoni.
Chwiejna nadzieja, że starczy,
pokazowa pewność, ze jest w sam raz.


Matematyka jest gdzieś zawsze na początku nieśmiałych bliskości. Matematyka na temat bliskości – anatematyka? Może trochę, chociaż nie przekonuje mnie to zbytnio. Najbardziej kojarzy mi się z imieniem którego nie wolno wymawiać, z nazywaniem tak dookoła – żeby nie było, że nazwę, bo jak to zrobię, rzecz pryśnie, rozleje się, skończy, albo po prostu ktoś jej zaprzeczy.
Anatematka (…) zaleca szczególną ostrożność. W przybliżaniu
najważniejszy jest dystans
– cudowna wieloznaczność wersów. W anatematyce można się zawieść samemu i zawieść kogoś, zaokrąglając (padają słowa: mylisz się, to nie to), licząc za szybko (tobie to tylko o to chodzi!), ale też dukając, gubiąc się w działaniu (można czekać wieki!). Najgorsze jest to, że w tej dziedzinie nic nie jest definitywne, nic nie jest powiedziane. Opiera się na grach w oczekiwania i domysły, wrażliwości i gniewy, opiera się na grze w obserwację, w interpretowanie dziwnych umysłowych metapoziomów. Jest to zabawa, w której nie można zadawać pytań wprost, można tylko czasami (wersja dla odważniejszych) pokazać coś nieśmiałym gestem.
Jeżeli gra w gesty się uda, można liczyć dalej aż do wyliczenia; jesteśmy odtąd dotąd – ode mnie do ciebie; odcinek bez nazwy. Więc pracuje się znowu, żeby zostało tak, jak jest, albo jeszcze lepiej . Dobrze jednak nie mówić  – jest lepiej, bo pryśnie, rozsypie się, skończy. 
Anatematyka się śmieje, a im ręce się trzęsą, marzną.  Marzną, trzęsą się, czyli pewnie jeszcze jakoś są. I tu się trzeba zgodzić – jest w sam raz. Nic nie trzeba wyliczać. 

"Antologia hałasu", czyli jak nie pisać o klasycyzmie w tomie na wskroś klasycystycznym, dając na ten przykład postowi chwytliwy inaczej barokowy tytuł

Na początek zastrzegam się, że w kwestii klasycyzmu jestem najbardziej niekompetentny z naszej nieświętej trójcy, a ten post dużo lepiej napisałby Marcin. Dalej będzie już z górki.

Antologia halasu, tom Rafała Skoniecznego wydany w ubiegłym roku w WBPiCAKu wywołał u mnie dzisiaj dziwne wrażenia Pozwólcie, że najpierw nakreślę okoliczności lekturowe. Pojechałem z grupą podopiecznych obcokrajowców na wycieczkę, w samym zwiedzaniu nie brałem udziału i schowałem się przed zimnem na tylnym siedzeniu autobusu. Ponieważ nie potrafiłem grać w grę komunikacyjną kierowców rozprawiających o wyższości scanii nad jelczem, jak największy buc zaszyłem się pod kurtką, pozwoliłem spotifajowi puścić jakieś jazzo-bluesy (na jazzie znam się jeszcze mniej, niż na klasycyzmie, a to kolejny element przydatny w lekturze tego tomu) i zacząłem lekturę. Podstawowy problem: rytm piosenek autorów, których nazwisk nigdy nie pamiętam, sprawił, że nie byłem w stanie zrozumieć tego, co czytam. To znaczy rozumiałem, ale wiecie, bez takiego olśnienia, że wow, muszę to przeczytać jeszcze raz. Ale sam akt czytania wierszy z Antologii hałasu był przyjemny. Regularna forma sonetu, rytmiczność, powściągnięta potoczystość. I zabiegi rodem z Horacego (a to, umówmy się, konkretny poeta, z którego warto się uczyć klasycznej frazy), jak choćby powracający uparcie zwrot do adresata w pierwszym wersie.


Mnie to nie razi, przynajmniej do czasu. Razi mnie deklarowany hałas i to, jak go rozumieć w kontekście tomu na wskroś klasycystycznego. Napis z wyłamanym "ł" w "hałasie" z okładki sugeruje wyłom, ale tego wyłomu trochę tutaj nie czuć, nie widać. Z jednym wyjątkiem: wiersza, który w całej klasycystycznej, a więc, umówmy się, harmonijnej, lecz pustej melodii - zabrzmiał.


Jest co prawda znowu apostrofa na początku, ale zanim znów przewrócę oczami, autor cytuje jedno z najbardziej porażających zdań z literatury polskiej. Potem następuje charakterystyczna dla tego tomu łańcuszkowość: jeden element wyzwala kolejny: drzewa-dżungla-statki-dżuma-pięść-rodzina-modlitwa-las-zwierzęta-drzewa po raz drugi. Nic szczególnego z jednej strony, z drugiej jednak taka quasi-fabularność, trochę podobna do tej z wierszy Szymona Słomczyńskiego, nie jest czymś bardzo dla poezji typowym. Problemem jest to, że fabularność może niebezpiecznie ciążyć ku prozie poetyckiej, która pomrukuje jeszcze na obrzeżach, ale zaraz stanie się przykładem par excellence ściągania z nagradzanych autorów.

Dlaczego ten właśnie wiersz urzeka mnie najbardziej z Antologii hałasu? Dlatego, że wyłamuje się z "hałasu" klasycyzmu, w większości opartego na takim doborze słów, żeby stworzyć dobrze wyglądający sonet. Jasne, nie neguję, że Antologia hałasu opowiada pewną historię: jest tam wątek antyklerykalny, jest wątek miłosny, jest pogłębiona refleksja nad śmiercią i sensem życia. To czemu nie napisać powieści? Klasycyzm, szczególnie ten polegający nad związaniu sobie rąk formą mniej lub bardziej regularnego sonetu, jest trochę jak sonaty (nomen omen) Mozarta: słucha się ich bardzo przyjemnie, nie zaprzeczę. Resztę metafory można sobie dobudować we własnym zakresie.

Barok, barok ratuje nas przed klasycyzmem. Wyłom, przesada, jak chcieliby formaliści rosyjscy - chwyt udziwnienia. I dlatego Antologia hałasu jest tomem znakomitym: bo wśród wielu wierszy, które mogę skwitować miną not bad, może pojawić się taka Wizja lokalna, którą mam ochotę pójść i przeczytać kierowcy autobusu.

Przetrwanie. Zbiór liryków Waldemara Jochera


chwilowo ciepłe projekcje połykam jak własne odzienie okrywające: głowę, klatkę, stopy 

przez wydech substancji zwanej technologią, pod
słońce, przez współistnienie, mogę tylko odtwarzać
mit połykania (formy, jakie przybiera mózg, grawitują dlań).
gdzie jeszcze jest wątpliwość i kto właśnie przemówił?
obroża na ziemi i wariant pokusy: chłód, rozsyp osad
i wydaj rozkaz - a nuż odciąć się uda od drżenia
dreszcz. żarówka wycieka przez gwint (płacze): amen
mnoży się w widoku - salve regina, salve. długo 
kontemplowałem bezwład, we mnie skrzyżowały się
pod ostrzałem rytmu przeskoki kontrastów, stukot
zegarów ze wspólnym żebrem. czy tło we mnie,
obfite w brodę, jest zaledwie odpadem z wahadła?
potrajam dziś metafory; to trójka jest wnętrzem tej
cyfry, która nie rejestruje obrazu. opad ów wdycham
i wybijam witryny. oto autoportret liczby, lecz
niewidoczne są płuca trójdzielnej maszyny.

Przetrwalnik Jochera w wersji papierowej trudno zdobyć i czyta się go okropnie. Bezszeryfowa czcionka nie zdaje egzaminu, litery zlewają się w ciągi. Format zeszytu do nut z pierwszej klasy podstawówki, w dodatku wyjątkowo sztywno sklejonego, sprawia, że książka się bez przerwy zamyka, strony nieustannie wędrują po łuku dziewięćdziesięciu stopni i nie chcą za cholerę ułożyć się płasko. Spis treści to arcydzieło nieczytelności. I to wszystko rewelacyjnie do tego tomu pasuje; jego miejsce nie jest na półce, jego miejsce jest w folderze z pdfami na pulpicie, ewentualnie na kindlu (warto może w tym miejscu dodać, że jak każda książka Hubu Wydawniczego Rozdzielczość Chleba, tom w wersji elektronicznej jest dostępny za frajer na stronie wydawnictwa).

Proszę przyjrzeć się przytoczonemu wierszowi: to powinno nazywać się „poezją maszynową”, nie jakieś dziwaczne eksperymenty z wierszami pisanymi przez inteligentniejsze wersje Windowsa. Robotyczny monolog prosto z wnętrza blaszanej puszki głowy autora, bezlitosny, sztuczno-posuwisty rytm, brzmiący jak gwałtowne uderzanie w klawiaturę, takie zagęszczenie sensów, żeby wypadały z bitów fontu i wpadały w bity spacji, gubiąc się między wyrazami. Nie bez powodu w wielu miejscach tomu Jocher używa podkreślników różnej długości, żeby oddzielać od siebie pojęcia, metafory i słowa.

„a nuż odciąć się uda od drżenia / dreszcz”. Wers jak wers? Otóż nie.

A nuż, to również nóż, coś do cięcia, a więc odciąć (ale przecież odciąć nie musi znaczyć ciąć, a już na pewno nie ciąć ciało, zresztą przecież nóż to wcale nie to samo co nuż). Się uda (Andrzej Duda), uda to forma czasownika „udawać”, który sam w sobie ma dwa znaczenia (bo przecież udawać można coś i udawać może się coś), a w dodatku to przecież uda, w sensie część ciała (cięcie?). Uda często drżą, jest nawet taki związek frazeologiczny: drżące uda, tylko drżące uda się? Czy drżące uda kobiety, mężczyzny, fizyczny symbol podparcia, trochę erotyczny? Erotyczny może być przecież dreszcz, ale dreszcz może być też przerażenia, gdy nuż się uda odciąć… I tak przez cały tom. Cały, od pierwszego do ostatniego zdania.

Rzecz jasna, taka taktyka, piekielnie trudna zresztą, powoduje tyle samo czytelniczej przyjemności, co udręczeń; bo oczywiste jest, że tom ten można rozkładać na czynniki pierwsze w nieskończoność i nigdy nie zrozumie się wszystkiego. Można połknąć książkę w całości i zachwycić się konstrukcją, specyficzną rytmiką, semantyką łamaną w co drugim wersie – a potem zamknąć pdfa. Można też grzebać się w niej jak w bagnie niepojęcia. 

Taka właśnie powinna być poezja maszynowa: absurdalnie przystępna, doskonale wieloznaczna.