Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porozmawiajmy o poezji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porozmawiajmy o poezji. Pokaż wszystkie posty

Czy Tomasz Pułka jadł activię? [ZOBACZ WIĘCEJ]

Domki wczasowe mają to do siebie, że wieczorami robią nastrój; nic – tylko siedzieć na balkoniku (zdrabniajmy po krakowsku), przy kwiatach, przy suszarce na ręczniki, przy kiełbasce, przy winku, przy kanapeczce z plasterkiem łososia. Bajka w drewnianej otoczce. Chyba że znajdzie się grupka dymiących grillem – palących tak, że robi się z niego znicz. Wtedy myślę sobie: można by się kiedyś zdenerwować i okazać to jakoś publicznie. Na przykład ten sprzęt wywalić – niech biedne resztki różowych trupów potoczą się, gdzie pieprz rośnie.

Postawmy w tej sytuacji Tomasza Pułkę. Myślę, że zareagowałby jakoś zabawnie, albo, mówiąc popularnie, wkurwiłby się i coś sąsiadom powiedział, oczywiście w sposób godny zapamiętania. Zależy, czy byłby przed, czy po, czy w trakcie. Przy sławnym grillu, w wyobraźni, widzę tabliczkę z QR kodem.

Tak się na niego patrzy: legendarnie, wchodzi i BUM. Pułka pisał w jednym z wierszy, że chciałby być raczej postrzegany nisko, zajmować zacienione rejony. Na ulubionej przeze mnie drodze od światła do świata, umiejscawiał się – jak mniemam – w półcieniu, który konieczny jest zarówno przed naturalnym końcem, jak i początkiem światła. Zero kantów, tylko płynności. Pozdrawiam fizyków.

Zrobiło się nadęcie. To denerwujące. Mieliśmy w małym poetyckim światku taki fajny, ciemny pokój, do którego zaglądało się tylko czasem, o którym mówiło się nocnie, pokątnie, o którym miało się informacje tylko pobieżne. Książki niemalże spod lady, okładki odbijane w kserze, śledzone blogi, przewertowany internet, nieznośne niedosyty. Z Tomaszem było jak z dobrym serialem, który się kończy przed spadkiem oglądalności, powodując płaczliwe skargi widzów.  Teraz mamy jasny pokój, który wyoglądany na dziesiątą stronę, zacznie nudzić. Tego się boję.

Zostaliśmy wpuszczeni do świata, który, moim skromnym zdaniem, powinien być jeszcze przez parę lat ukryty. Poeta, jako artysta i człowiek, dysponuje prawem do pewnego rodzaju autokreacji. Nie musi mówić i pisać, jak jest naprawdę. Jeśli chce, to może, jasne. W wywiadach ma prawo stwierdzać, że to, co czym pisze, nie ma związku z jego prywatnym życiem - że to wymyśla, bo przecież kto jest na tyle głupi, by osądzać (tu wybitna anegdotka ze spotkań z poetami), dajmy na to Stephena Kinga o planowanie i dokonywanie zabójstw? Kto by sądził lidera zespołu Boys w sprawie licznych flirtów z kobietami, o których jest przecież pełno w jego tekstach, stanowiących niewątpliwą wartość kulturową? Wracając do wytartej jak modne jeansy myśli – kreuje się, tworzy na bieżąco siebie z odpowiadających mu prawd, zabiegów i półprawd, które gwarantują uzyskanie satysfakcjonującego obrazu społecznego. Człowiek piszący o rozmaitych przygodach, dzięki kreacji, społecznie stwarza pozór, który powtarzany wielokrotnie, staje się tak samo ważny, jak hasło z Wikipedii i raźno funkcjonuje. Czy byłoby fair, gdyby go z tych półprawd ogołocić?
Jestem pewna, że każdy autor i to bez wyjątku, posiada w komputerze folder „śmietnik”, który z rzadka opróżnia, albo tego folderu odpowiednik (plik z gmatwaniną szkiców, nazywający się, na przykład, „inne”) przeznaczony do szybkiego usunięcia, czy późniejszego przemodelowania polegającego, załóżmy, na pozostawieniu tylko jednej nadającej się do użycia zwrotki, paru linijek tekstu itd.
Elementem autokreacji może być nieposiadanie „śmietnika” – pisanie tylko dobrych wierszy, mówienie o przysłowiowej szufladzie z cudownie derealizującym oddaleniem. Czy powinno się pozbawiać autora takiego przywileju przez udostępnienie Plików? Upublicznianie grozi rozbiciem stale żyjącej kreacji. Czy warto było zajmować się tym aż tak wcześnie?

Z pewnością stanowiło to dylemat. Po jednej stronie huśtawki czytelnicza ciekawość (boże, publikują nieznane wiersze tego autora!), ciekawość brzydko – ludzka (znaleziono majtki Wisławy Szymborskiej [zobacz więcej], odkryto wierszowe pliki Tomasza Pułki [kliknij]) i historyczną (jak pisał, jak to wyglądało jako proces twórczy, jak powstaje geniusz łamany przez ceniony młody poeta), po drugiej –  prawo autora do kreowania siebie i dzieła wśród ludzi, którzy mają (tutaj – mieli) okazję znać go osobiście i wreszcie – prawo do zachowania siebie dla siebie. Bo, umówmy się – odkrycie szkiców Białoszewskiego czy Tuwima nie spotkałoby się zapewne z aż taką, zachłannością czysto ludzką – a dlaczego? Dlatego, że – może to głupio zabrzmi - sporo czasu minęło od ich śmierci i mało kto z żyjących znał ich osobiście, albo choć widział z daleka.

            Obecna sytuacja to nowość. Już dawno nie było w poetyckim świecie przypadku zniknięcia młodego poety (budzącego dodatkowo silną reakcję społeczną) i wydania po paru latach, tak zwanych utworów wszystkich. Środowisko się tego uczy, uczy się reakcji, więc jeszcze może (zmetaforyzujmy) błądzić. To naturalne. Jak mówi się w świecie trudnych operacji, w przypadku szansy powodzenia wynoszącej 50 na 50, osiągnięcie sukcesu gwarantuje radość bez zastrzeżeń, natomiast porażka (nawet częściowa), powoduje głębokie refleksje dotyczące tego, co i dlaczego poszło nie tak. Żyjemy w takim właśnie momencie.
W tej w patologicznej rodzinie, jak powiedział ciepło Marcin Sendecki po przyjęciu ostatniej nagrody – w otoczeniu osób, które niemalże zawodowo zadają pytania i szukają na nie odpowiedzi, nie ma szans, by nie powstały wątpliwości co do tego, czy sprawa Pułki została poprowadzona najlepiej, jak mogła.

Mam poczucie, że nasza czytelnicza ciekawość zamieniła się w ciekawość brzydko – ludzką pod tytułem zajrzyjmy mu do komputera.  Tak zwane Pliki opublikowano jako pełne wiersze. Nie ma wtrąceń – komentarzy na temat tego, skąd dokładnie pochodzą, kiedy były pisane (mnie interesowałoby na przykład – między powstaniem której, a której książki).
Mimo tego, że Pułkę należy chwalić, wypada przecież zauważyć (i z pewnością już zauważono), że jego styl na przestrzeni poszczególnych książek jest różnorodnym (krótkie i długie formy, bardziej, mniej zmetaforyzowane, bardziej, mniej otwarte/zamknięte itd.), że niektóre wiersze miałyby większe szanse na zwycięstwo w konkursach poetyckich, inne mniejsze. Z prezentowanego zbioru robi się, w moim odczuciu, zupa – misz masz: po chronologicznie ułożonych, wewnętrznie zróżnicowanych tomach, dostajemy zbiór plików z tak zwanego międzyczasu, który najzwyczajniej wprowadza pewien rodzaj chaosu.

Zajrzeliśmy mu do komputera. I co z tego? Jest lepiej? Ja czuję się źle. Mam obok siebie obłożoną w szary papier, obrzydliwie pomarańczową książkę, która kolorem – nawet, jeśli komuś podoba się odcień – wybija się na tle innych tomów poetyckich. Wybija się również jako twór artystyczny – rozciągniętą do szerokości skrzydła brązowawą twarzą autora.
Miało być zacnie – pod projektem podpisuje się Artur Burszta, szef Biura Literackiego. Burszta wziął na siebie odpowiedzialność za, najważniejszą pewnie, a przynajmniej najbardziej wyczekiwaną biurową książkę roku. Zupełnie jak kapitan dobrego statku, który dzielnie prowadzi okręt w trudny rejs, a w razie niesprzyjających okoliczności – idzie z nim na dno. (Najlepszą i zarazem najgorszą informacją jest to, że zarówno w wypadku pomyślnego rejsu, jak i zatonięcia, zawsze wspomina się nazwisko dowódcy jednostki.)  Do redagowania zaprosił znamienitych poetów, wybitnych literatów lub/i osoby bliskie autorowi wierszy. Brawo dla redakcji, dla pomagających w zebraniu tekstów. Ogromna robota, wielkie nadzieje. Gdybym miała możliwość zaangażowania się w coś takiego, z pewnością bym się tej pracy podjęła. Prowadzenie operacji z szansą 50 na 50 procent wymaga nie lada odwagi. Tę odwagę szanuję. 

Chcemy ustanowić legendę, która i tak już krąży. To jak spisanie wreszcie historii o Wawelskim Smoku czy samolocie smoleńskim. Zgadzam się, to potrzebne. Zastanawiam się jednak, czy koniecznie aż tak prędko, czy trzeba się było spieszyć. Czy legendy nie trzeba budować jak najbardziej autentycznie, osadzając ją mocno w ziarenku prawdy, którym grupowo dysponujemy? Grupa jest przecież niewielka – 1354 czytelników poezji. Nie znaczy to jednak, że nie warto się starać – a jeśli już było postarane, to może starać się tak, żeby za 100 lat w bibliotece książka nie była pamiętana jedynie ze względu na jej śmieszny kolor i delikatny bałagan w środku? Może dobrze było zadbać o opisanie szkiców oraz dopasowanie projektu okładki do stylu pozostałych tomów tak, by stanowiły w miarę harmonijną całość?

Można powiedzieć, że się nie znam, że nie warto nazywać legendy legendą (i w ogóle używać tego słowa – staram się nie korzystać, tak samo jak z wyrazu pokolenie).  Jestem od Pułki młodsza, nigdy go nie widziałam, pojęcie o sytuacji mam zapewne bledsze niż wiele żyjących osób, ale coś czuję w tym temacie. Jest mi z tym źle, inaczej bym widziała tę książkę.  Biję się ze sobą. Czekałam na tę publikację, zamówiłam w przecenie dwa egzemplarze, żeby wcisnąć szybko do ważnej okołopoetyciej ręki (dla pierwszych kupujących niezły upust). Mam poczucie niespójności Wybiegania z pozostałymi publikacjami Pułki. Coś mi się nie zgadza, umyka opisywaniu.
Jasne, wydanie w takiej formie może być też zrozumiałe. Dobrze zamykać pewne sytuacje. Dobrze mieć kontrolę. Dlatego, z tego właśnie względu, jestem skłonna pojąć pośpiech rodziny, bo przecież i tak ktoś by tego Pułkę chciał wydać, i tak by była sensacja, więc warto to skończyć, uzyskując pomoc znajomych Tomasza, wybierając za własnego życia, na co pójdą pieniądze ze sprzedaży (a tu się nadarzył naprawdę cudny cel, całym sercem jestem za!) itd. Wyżej opisałam tego cenę

Wróćmy do formy. Jest w porządku, jeśli potraktujemy oranżadkowy zbiór jako pewien rodzaj wyciągnięcia z dna szuflady, jako świadectwo literackiego muzealnictwa. Jest tam wiele utworów służących jedynie jako zobrazowanie procesu literackiego Pułki, albo po prostu nieprzeredagowanych wierszy – szkiców! Czułabym się jak dziecko z baśniowego tłumu, które mówi głośno król jest nagi, ale słyszałam już kilka podobnych opinii, więc jestem spokojna. Czy to było sensowne? Czy to będzie użyteczne? Czy to nie zawadzi legendzie, która mogła być inna? Czy legendę powinno się na siłę tworzyć (podobno najlepiej tworzy się sama i, nomen omen, właśnie się jakaś pułkowa ustala, ale zupełnie inna niż ta z preliminarza)? Znów – OK, zobaczmy sobie – to normalny gość, popełniał błędy, zmieniał treści, trzymał w komputerze pliki różnej trafności, czasami podpisane nazwiskami kolegów, czasami własnym, zbierał notatki, ale boże – przecież chyba nie szykował z nich wszystkich nowej książki?! Może warto było opatrzyć szkice kawalątkami informacji – skąd te prawie - wiersze się wzięły, podawać historie, daty, zrobić niby - patetyzujące memorandum? Przecież też rozeszłoby się jak świeże bułeczki, a byłoby coś więcej wiadomo. Teraz jest niby wszystko, a jednak nic. Znów sobie boleję. Wtedy pewnie też by były pretensje.

To szalenie ciekawe. Czekałam na tę książkę, mam ją na półce, wzięłam ze sobą na wakacje, piszę o niej jak szalona w czasie urlopu, emocjonuję się tak, że mi kawa niepotrzebna, pokazuję wszystkim jak wygląda, noszę w płóciennej torbie (tak, tej od Biura, tej z Wojaczkiem), molestuję rodzinę czytaniem na głos. Ale czekanie mi już przeszło, już nie potrzebuję. Cieszyłam się kiedyś jak mały pies z życia faktem, że miły pan w Ha!arcie sprzedał mi przykurzony Zespół szkół, że Gosia Lebda pożyczyła mi Paralaksę, bo swoją musiałam odnieść do biblioteki, że w różnych dziwnych knajpkach mogłam słuchać opowieści o wierszach, które zna Rafał Skonieczny, czy Dawid Mateusz, których nikt z nas ich nie widział.  Teraz niemal wszystko mam na tacy (i to nieładnej). Nie wiem już, co z tym zrobić.

To nie przypadek, że w świecie reklamy spotyka się często stwierdzenie sprzedajemy OSTATNIE egzemplarze tego a tego. Takie ogłoszenia znacząco zwiększają popyt na produkty z serii, nawet jeśli tak naprawdę została ich jeszcze liczba wystarczająca dla połowy populacji potencjalnych odbiorców. Pułki jest teraz pełno. Staje się dostępny, kanciasty, wychodzi z niszy, w której przykurzona niedoskonałość była jak najbardziej do przyjęcia. Zamiast niedosytu, podjudzającego apetyt, dostajemy nadmiar odpowiedzi, prześwietlenie tematu. Robimy z Tomasza celebrytę, odbierając mu tajemnice, które nierozwiązane bywają przecież niezwykle ciekawe. Na stronie Biura ma aktywny formularz kontaktowy. Czy to nie przesada?


Nie słyszałam jeszcze, żeby tak wielu znajomych masowo czytało jakąś poetycką książkę. Dzieję się coś istotnego – wydany, niemal w całości, został autor cytowany przez młodych poetów, autor – legenda, autor – inspiracja (pozwolę sobie na chwilowy słowny blichtr), więc się przyglądam. Chcę wiedzieć, o co chodzi, śledzę, zastanawiam się, chciałabym, żeby ważne działo się w jak najlepszej formie. Mam obawy, o których pisałam, a w takich sytuacjach wszelkich obaw, wątpliwości – jak wiadomo – ma się małe zaufanie do innych i może się wydawać, że samemu zadbałoby się o sprawę lepiej, że zauważyłoby się więcej –  więc tym chętniej się wtrącam. Mam szacunek do twórców książki i wierzę, że włożyli w nią wszystkie swoje siły. Może strona graficzna jest właśnie możliwie najbardziej dopracowana (przepracowana?), a redakcyjna także, mimo wszystko, przetestowana na dziesiątą stronę? Może udostępnienie Plików to świadectwo tego, że autor, po śmierci, koniecznie i w całości musi stać się własnością publiczną? W mojej opinii, nawet tych wszystkich sił, wyżej wspomnianych osób, tutaj nie wystarczyło (stąd tyle zdań o ubolewaniu!). Ale to już nieważne, sytuacja jest nie do odwrócenia. Mamy książkę. Z pewnością też sukces sprzedaży. Skupmy się na jej celu. Bo jeśli powstała po to, żeby pomóc początkującemu (i niech to nie brzmi jak potrzebujący), dobrze że powstała. A Pułka się z tej książki jakoś wykaraska. Nie z takich rzeczy wychodził cało. 

Symulacja wspomnień. Symulacja znaczeń. Sendecki: onewierszstand.

Popatrzcie na teksty porozrzucane po stronie - dedykacja, motto i wiersz nr 47. 
Marcin Sendecki, W.
Skoro je zestawiam, to pewnie po coś. Rozpoczniemy od dedykacji . 

Czytając, wnioskuję, że W będzie miało coś ze śmierci i coś z przyjaźni, a może przyjaźni ze śmiercią, która się urodziła w 2016 roku, gdy przyjaciel – Tomek zaczął zamieniać się w wiersze? Wolne przypuszczenia. Takie czynić wolno. Bo poezja. Fantazjując, idźmy dalej – drugie w kolejce jest motto. 
Noc zaczyna się łączyć, dość klasycznie, ze śmiercią. OK, można i tak,  nie posądzajmy jednak Sendeckiego o płytkie i znane banały. Hop i głębiej – wczujmy się. Przecież wcale nie znamy nocy! Wymyka się naszym zdolnościom do pełnej percepcji rzeczy. Jak mamy o niej mówić, skoro by ją opisać, potrzebujemy światła, które tę noc rozprasza?! Poruszamy się po omacku – jasne, w nocy, jednak nie wiemy w czym poruszamy się rzeczywiście i czy można to nazwać przemieszczaniem się w niej, i czy w środku (?). Nazwa to jedno, poznanie to drugie. Używanie prawdziwego imienia rzeczy stwarza złudzenie pozornej kontroli nad nią. Jesteśmy w stanie ją zobiektywizować lecz nie zoperacjonalizować (zagrajmy słowami;wyraz pierwszy – obiekt jako rzecz, urzeczowić, opisać). Tak samo jest ze śmiercią.

Jak sobie z nią poradzić, skoro jest – jak noc – nieuchwytna? Trzeba by umrzeć, żeby się przekonać (wielu próbowało, wielu nie wyszło, zdolnym się zdarza, niezdolnym podobnie). Można w niej chodzić (znów) po omacku, obijać się o kanty, ślizgać po powierzchniach gładszych, ale się nie wie, dopóki się w nią nie wejdzie, póki się nią samą samemu nie stanie, póki jest jeszcze pewien rodzaj odwrotu. Nie da się opisać śmierciowego – śmiercionośnego niebytu inaczej niż przez byt, bo tylko to jest nam znane. Sendecki w W opisuje pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia, które – może co gorsza i o boże – nie muszą być prawdziwe. (Dorzuca też kilka komentarzy o pisaniu, o książce.) Te wydarzenia układają się w pamięć, wspomnienia, w pewną wieczność dla opisywanych, w u-wiecznienie (kolekcjonujmy wyrażenia na w – wierzę, że tytuł da się jakoś rozwinąć). Podmiot oswaja się ze śmiercią, korzystając z własnej pamięci, która nie zawsze wiąże się z prawdziwym przebiegiem zdarzeń. Pamięć konfabuluje, zapisując ich emocjonalne wersje, które na stałe wszywają się w nasze postrzeganie, doświadczanie świata. Jeżeli wpuścilibyście mnie do swojej pamięci, pewnie mało bym zrozumiała ze śpiących tam „zapisków”. Nie znałabym sytuacji, w których braliście udział, Waszych przyjaciół, dziewczyn, chłopaków, mężów, żon, wujków, cioć, rodziny. Zrozumiałabym, natomiast, uniwersalną część zapisu – odczucia, pewne jasne, klarowne fakty itp. Tak samo jest z korzystaniem z pamięci podmiotu w W – wiersze wydają się niezrozumiałe, bo są świadectwem czyjejś pamięci. Możemy ją obserwować, jednak nigdy nie stanie się dla nas w stu procentach do pojęcia. Jesteśmy w stanie przyjąć uniwersalności, ciekawe zapisy, skojarzenia, słowa. Dodatkowo dorzucamy własny nastrój i sposób percepcji świata, czyli – w zasadzie; tworzymy zupełnie nowy, odrębny zapis oparty tylko (!) na bazie pamięci podmiotu. Dużo się dzieje. Bardzo dużo. Przypatrzcie się temu, przypatrzcie się książce, wierszowi nr 47 i każdemu z 49. Każdy z nich ma koncept, a nowoczesny koncept to zawsze pewnego rodzaju intelektualna prowokacja. Jest kilka nowych projektów. Może coś o tym napiszę?*


tytuł tekstu: również z książki W: wiersz nr 33

* wiersz nr 31

Poetka znikła w oddali: Młynarski onewierszstand.



Jedenaście na dziesięć osób wie, o kogo chodzi w poniższym wierszu. Zajmować się będę, zatem, jego całą resztą, choć i pewnie nie całą – bo ileż reszt się zmieści w dwóch tysiącach znaków? Na pewno będzie o cieple, miękkości spojrzeń, zdolnościach do obserwacji, do bycia poruszanym i do poruszania.
A jak poruszać? Jak to umieć? Porusza szczegół, porusza nowość, nieoczywistość. Trzeba być więc nowością, nieoczywistością, być szczegółem. Być takim poetą, który te wszystkie cechy zawrze w podmiocie i najlepiej (to dla fanów), jeśli choć trochę tym podmiotem jest.

Ostatnio dużo jeżdżę, bardzo dużo, więc czytam, żeby myśleć li tylko o tym, co mam w zdobionej, czarnej okładce na książki. W tramwaju numer 8 i autobusie 106, marcowo – Melancholia Bieńczyka. Opisywane tam aspekty melancholiczne, wiążą się, moim zdaniem bardzo mocno, z poezją Młynarskiego. Jak się okazuje, w miarę zgłębiania wspomnianej książki; dobrą maską dla melancholii jest ironia, pewne przejawy humoru, które – albo; na zasadzie depresyjnych masek, skrywają nieszczęście, albo – budzą dobroczynny dystans, odkrywający coraz to szersze perspektywy zdarzeń.

Zobaczmy jak to wygląda w wierszu, na żywo. Uwaga, włączam obrazy.
nr 1 - poetka dowcipna , psotna (…) wszyscy Ją świetnie znali, wszyscy Ją strasznie kochali.
nr 2 - w środku (…) straszliwie zziębnięta, (…) samotna.

Wyczuwam kontrast. Ba, on się nawet sam maluje! Melancholia to rzecz samotna, a nie psotna  – to refleksyjne przeglądanie się w sobie, kontemplowanie utraconego, które nigdy nie wróci. Związane jest z przyjmowaniem perspektywy dystansu, który pozwala zauważać szczegół, który każe go zgłębiać i opisywać, dając w ten sposób melancholikowi tymczasową wolność, złudzenie melancholicznego końca, który de facto, końca przecież nie ma.

Wydaje się, że każdy przywołany przeze mnie wyżej obraz przedstawia zupełnie inną poetkę – logiczne, prawie jasne. Idąc jednak dalej, próbując się przebić przez Bieńczykowe treści i lekko je parafrazując, trzeba przyznać wspomnianej poetce prawo do łączenia niejako dwóch poetek w sobie. Tej, która jest urocza, kochana, śmieje całkiem wdzięcznie i drugiej – czekającej na czułość, upijającej się – jeśli już – to pewnie na smutno. To wszystko jest jej. Melancholijna (ale) całość.

Co robi wspomnienie melancholii w takim wierszu? Znów zwraca uwagę na szczegół. Uczula na niego – nie szarpie. Dotyka delikatnie.
Zadam sobie końcowe pytanie – dlaczego sądzę, że w Poetce jest (po raz dziesiąty!) melancholia? Bo Młynarski pisze niemalże humorystycznie, zadaje kilka niby łatwych (acz ciężkawych) pytań, używa nieziemsko prostych słów, równo rymuje, patrzy miękko i czule. Dałoby się powiedzieć – przez wiersz się uśmiecha. Jeżeli karci, pytając, to subtelnie – wszystko w granicach (właśnie) uśmiechu. Robi rzecz bardzo ciekawą – zamyka historię dwóch obrazów Jednej nie tylko w jej historii, ale i we własnej – poety melancholijnego, który – zza maski – nad niebieskim jeziorem, wzdycha tak, że okular się mgli.

P.S.
Marcinie, dziękuję za Bieńczyka. Oddam niebawem!

szkic: Weronika Janeczko

Duszności zamkniętych w tomografie - "Kieszenie" Bronki Nowickiej


Do krojenia marsz! – powiedziała, zmniejszona do potrzeb wiersza, Bronka. Ojciec posłusznie wszedł do tomografu. Wyznaczony cios przeszedł kolano, ręce, zęby. Czegoś takiego nie było w miejscowym szpitalu. Lekarze zwołują zebranie. Leżał jakoś krzywo, mogę to wziąć do domu? Niech klikną jeszcze raz. Proszę już leżeć spokojnie.

Cięcie. Nowicka opiera się o ścianę. Nikt nie wie - to ona sprawnie rozdzieliła ojca na atrybutywne części. Patrzenie filmuje chwile. Każdy z atrybutów znajduje sobie miejsce wokół ułamka sekundy, zacieśnia go, okręca mocno jak skuteczny wąż, trochę dusi. Powietrza robi się mniej
niż zwykle. Zamykam książkę. Wdech.

Mam problem ze skupieniem się na treści wiersza, chociaż, co jasne, treść do mnie trafia. Skupiam się na formie, która sprawiła, że chciało mi się zatrzymać w trakcie czytania tomu. Zatrzymać na dłużej. Bo Kieszenie. 

Na początku wyobrażam sobie, że na wpół urzeczowienie rąk będzie służyć czysto filmowej obserwacji, że to będzie szybki cykl zdjęć. Ułożony, żeby odpamiętać, co składało się na gniecionego matką ojca i to, jak widziało się go spod dziecięcych nóg rodzinnego stołu. Widzę jak mały podmiot zapełnia prawe dolne rogi chudego notesu i tworzy jedną z pierwszych własnych animacji. Zaryzykuję stwierdzenie, że każdy, będąc cztero-pięciolatkiem, narysował podobną. I był dumny. Problem jest taki, że film naszej drobnolatki łączy się z pewnym doświadczeniem i możliwe – nie jest to pierwsza z jej produkcji. Dziewczynka nagle rośnie, okazuje się całkiem dużą Bronką, artystką, reżyserką znanego show. Po co był jej ten dziecięcy zabieg? Należy odpowiadać ostrożnie. Pewnie znów wypadnie mi zabawić się w psychologa. Niewątpliwie, wiersze Nowickiej wiążą się z cierpieniem, a w sytuacjach z nim związanych pamięta się często sam ból, fragmenty zdarzeń, szczegóły otoczenia – na przykład narzędzia takie, jak nóż lub takie, jak ręka. Co robić, jeśli chce się uniknąć cierpienia? Zależnie od sytuacji – dobrze zażyć tabletkę lub zwiać. To przynosi efekt. Ucieczką może być schowanie rąk. I to w dosłownym znaczeniu. Komuś. Niech ich nikt nie znajdzie.
Jest też drugi sposób – całkiem skuteczny - rozłożenie kogoś w pamięci na maleńkie części – tak, żeby skrawki dało się włożyć do małego pudełka o pojemności wiersza. Jeśli podpalisz umiejętnie, wybuchną i staną się, choć na chwilę, nowe, trwałe, większe. Na przykład tak duże, żeby zasłużyć na Nike.

Ojciec został w tomografie. Przekroje dalej się tworzą. Mała Bronka opiera się o ścianę i rysuje – metodycznie, z zacięciem – a co? Rysuje wiersz. Patrzcie jak się porusza.

Przed rozluźnieniem pięści - Matecznik, Małgorzata Lebda

pierwsze dni wiosny: lektura
porządkowanie papierów przeglądanie lekarskich adnotacji
jakby miało się nadzieję na odwrót pośród aktów własności
papierów z gminy ostatnich numerów „pszczelarstwa”
książka

pachnie klubowymi obserwuję na papierze wstydliwe ślady
ojcowskiej lektury na mszy proboszcz cytuje z niej fragment
wiersza który ma świadczyć o miłości czuję wstyd
bowiem nie świadczy

podczas podniesienia rozluźniam pięści uspokaja mnie
dopiero myśl o ulubionym scyzoryku ojca
który włożyłam do trumny
na chwilę przed

To była – jak się okazało – dosyć naiwna nadzieja, że traumę można przepracować jedną książką. Bo czy da się tego dokonać w ogóle? - tak mówiła Małgorzata Lebda – autorka Matecznika w wywiadzie przeprowadzonym dla Fragile. Więc (nie zaczynaj od "więc"!) – jak to jest –  czy już się udało z tą traumą? Można powiedzieć – niby tak – widać pracę, widać temat relacji rozłożony na 31 wierszy. To naprawdę dużo. Nie tym podobno należy się martwić, czytając poezję, ale kusi, więc (więc!) – jeszcze raz – gdzie widać tę pracę? Może w niewyraźnej twarzy ojca i chłodach, surowościach miejsc, w których twarz przebywa, w jego spojrzeniach na córkę – córeczkę tatusia, do której – być może – nie mówiło się głośno kocham? Wspomniane elementy ożywiają to, co było, albo to, czego brakowało. Trudne – niejeden nie chciałby ich przywracać, prawda?

W pewnym momencie oswajania traumy jest tak, że dużo się milczy – wydarzenia, osoby, smaki, zapachy, miejsca przerażają, ale nie da się jeszcze o nich opowiadać. Cały czas wydaje Ci się, że tamto zdarzenie, osoba, rzecz jest stale teraz, stale obok Ciebie. Najcudowniejszym efektem pracy jest odzyskanie zdolności opowiadania historii – zrekonstruowanie wydarzeń i nabranie do nich pewnego dystansu, wytłumaczenie ich sobie, włączenie do życia w postaci bardziej uporządkowanych, niż nieuporządkowanych wspomnień. To się udało! Łączy się, jak najbardziej – z amokiem pisania, rozpamiętywania, o którym wspominała Lebda. Skutkuje szybkim powrotem dawnej historii, dzięki wcześniejszemu stopniowemu wprowadzaniu się w pisanie o niej, pisanie nią  – dzięki pozwoleniu sobie na odzyskanie zdolności mówienia. Wiadomo – nie musi to oznaczać pełnego ozdrowienia, ale dużo, bardzo dużo zmienia, układa – niezwykle pomaga.

Koniec przypuszczeń. Wracamy do wiersza. Dlaczego wybrałam ten? Najbardziej dotyka, skrobie, boli – ojciec, o którym była cała książka, umiera. Tak po prostu (bo w Mateczniku – chociaż odpamiętany – jest niewątpliwie żywy - mówił nawet do nas!). Wspomnienia ML się kończą – zamykają się wraz z wiekiem trumny. Warto pamiętać –  ona zamyka się już po raz drugi. Przed tym jednak, Córka opowiada o trudnej, ale kształtującej ją mocno relacji. Pozwala jej odejść dopiero w przetworzonej formie. Przed wspomnianym odejściem, Autorka daje sobie prawo do pewnego gestu – zwraca ojcu ulubiony scyzoryk, którym uczył ją pracować we krwi. Nauka się powiodła. Już może rozluźnić pięści.

Elea. O tomie Macieja Woźniaka


 Białe szwy
wyrzeczone z rzeczy, wyżęte z obrazu
wysupłane oddechom zza pazuch 
wyprute z żytego grubymi nićmi
wyjawione ze śnijmy, wystające z idźmy 
wymijające krótkimi światłami
wytyczne apofatycznego ani ani 
wywodzące w bezmożne lądy
wycelowane w poniekądy i sponiekądy 
wydarte ze zmyślonego brulionu
wygwieżdżone zamiast neonów 
wystrzelone z cięciw rozpiętych na pudle
wyście dla myśmy jedyne cugle

Elea – to chyba miasto? Google twierdzi, że tak, że są stamtąd filozofowie (Parmenides i Zenon, Zenon z Elei, z Elei Zenon, a z Zenona chyba swobodny ton tego słowa, znajomość z nim zawarta, bo przecież było gdzieś w głowie i wystarczyło się zastanowić, a nie musiałbym go googlać). Podręcznik do filozofii z półki zdjęty, prosty, licealny, niewiele mówi: eleaci zaprzeczali istnieniu ruchu, negowali istnienie niebytu. Istnieje tylko byt. Smutny to świat, pomyślałem, w którym nie ma żadnej nadziei na niebyt. 

Elea  - czemu z niej uciekać? Czym właściwie jest ta woźniakowska Elea? Czy to jest Elea-Velia-Ascenia, była grecka kolonia, a dzisiaj zadupie gdzieś we Włoszech, czy to jakiś symbol, czy pojęcie, czy ptak to, czy nosorożec właściwie? Poeta nie bardzo udziela odpowiedzi na to pytanie, brakuje Elei w tomie o ucieczce z Elei; ale to w gruncie rzeczy nic dziwnego, przecież uciekając z Elei zostawiamy Eleę za sobą i nie ma jej już więcej, więc po co w tomie Elea? 

Elea, która z pewnością ma fundamenty filozoficzne, która osnuta jest delikatną żyłką teorii. Zbyt często w tomie pojawiają się pojęcia abstrakcyjne, nie mające nic wspólnego z codziennością, chociaż angażowane  – co ciekawe – właśnie w sytuacjach codziennych. Z tego kontrastu chyba bierze się obecna w tej książce atmosfera melancholii, nostalgii, ale nostalgii mglistej, niepewnej tęsknoty za czymś, czego nie ma – za niebytem.
Mandala dla E.
Noc, uchylona ziemia, która chętnie wpuszcza,
jej słone minerały świecą jak okna w motelu.
Siedzisz smutna na schodkach, jaśmin, zawzięty Orfeusz,
nawet na ciebie nie spojrzy i ma tylko usta.
Elea – miejsce, w którym nie ma niebytu, nadziei na niebyt, nie ma ruchu, nadziei na ruch. Wszystko stoi. Zapewne dlatego Woźniak chce z niej uciec i napisał o tym wiersze. Nic tu nie jest takie, jakie się wydaje, wszystko jest ciągłym poszukiwaniem, które jest staniem w miejscu w obrębie nieruchomego wszechświata, tylko po to, aby nie odnaleźć niczego poza tym, co jest. Egzystencjalna Odyseja. Pełna zwykłych wydarzeń o znaczeniu kosmicznym – a raczej mikrokosmicznym, bo przecież mikrokosmos w tym świecie jest makrokosmosem – skoro jest tylko byt, to mrówka staje się tak samo ważna jak gwiazda, łza tak samo jak wojna. Wszystko istnieje w dwójnasób i tym samym boli w dwójnasób. 

Elea, z drugiej strony, jest przecież piękna. Obrazowanie, metaforyka Woźniaka wkrada się boczną ścieżką na wyżyny błyskotliwości. „Nie dzban jest pełen nocy, ale noc jest dzbanem” – przedmioty i pojęcia wymieniają się tutaj nieustannie znaczeniami, tworząc – paradoksalnie – efekt ruchu. Metafory ocierają się ciężko o treść, chrzęszcząc tą nieprzystawalnością. Ale w końcu – „mówić to grać menuet ze zgrzytania zasuw”. 

Elea to przestrzeń, którą Woźniak skonstruował dla czytelnika, aby ukazać swoją własną, wewnętrzną bezsilność i apatię, świadczące o wielkiej wrażliwości, ale też przestrzeń, w którą wkracza sam czytelnik w czasie lektury. Niezależnie od swoich zapatrywań na świat i jego istotę, w trakcie lektury tego tomu na chwilę wkracza się do miejsca, w którym mrówka znaczy tyle, co gwiazda. 

Onewierszstand: Konrad Góra - Wojna (pieśń lisów)



Jestem twoim gorszym bokiem, jaskrawym przeoczeniem
W obronie, to ja zostawiam ślady
Tak blisko kryjówki, które ty zacierasz do wody w pęcherzach.

W jamach tego lasu zbiera się tylko pył i ziarna sosen.
Grzyby znaczą groby. Susza: most
Legł na dnie, byłym dnie, sarny szczekają głośniej.

A najgłośniej lisy. Nie ma zła w niewidzeniu barw.
Ogród i dom, miraże.
Nie mordowałyśmy od końca karmienia.







Co to w ogóle jest za tytuł?

Normalne tytuły daje Dehnel na przykład (Vilanella czterdziestosześciolatki wpuszczającej licealistę do pokoju hotelowego), albo nie wiem, Podgórnik (Odmowa stypendialna), wszystko jest jasne, sytuacja liryczna określona od samego początku, a jak się nie wie jaki dać tytuł, to się daje te słynne trzy gwiazdki zmuszające czytelnika do wymyślenia sobie tytułu, wiadomo, a tu nagle: Wojna (pieśń lisów) i nawet zwierzęcy magnetyzm brzmienia tych trzech słów, trzaskająca w nawiasach migawka tajemnicy nie zmienia faktu, że nie wiadomo, co to ma, kurwa, znaczyć.

To wrażenie, pojawiające się w krótkiej, ale zawsze treściwej przerwie między tytułem a wierszem, zwyczajowo wstawianej tam przez edytorów, okazuje się, rzecz jasna, mylne. Rzecz jasna, bo tytuł, o którym mowa, okazuje się tak potwornie konkretny, że równie dobrze ktoś mógłby szpilkę wbijać pod powiekę – i to byłoby tak samo konkretne.

Mamy tu do czynienia z wierszem, który w klasyczny sposób rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: realnej (wojna) i idei (pieśń lisów), lub na odwrót: idei (wojna) i realnej (pieśń lisów). Z której strony nie ugryźć, jest smacznie, bo właśnie brutalne zestawienie czegoś do bólu ludzkiego, cywilizowanego, czym jest wojna i czegoś zwierzęcego, podstawowego, czym jest pożycie lisów, jak to się mówi, robi ten wiersz, stanowiąc istotę tytułu i treści. Warto zresztą dodać, że z dokładnie tego samego zabiegu, tylko w dużo prymitywniejszej formie korzysta Kaczmarski w słynnych Obławach.


Świetny jest ten wiersz na poziomie symbolu. Mały lis, który najprawdopodobniej jest podmiotem, odzywa się do matki – doświadczonej lisicy, która wie, na czym polega ciężkie życie w lesie - trochę jak rekrut do oficera. Oficer-lisica jest tutaj istotą uświadomioną, doświadczoną, zacierającą ślady do wody w pęcherzach. Lisek-szeregowiec – odwrotnie – bytem całkowicie nieświadomym tego, w czym bierze udział.

Nie ma zła w niewidzeniu barw. Przenikliwie, trochę zaskakująco zestawia się tutaj biologiczną cechę lisa, jakim jest oko niewrażliwe na kolory, z ideową nieświadomością prostego człowieka, którego w wojnę wtrącono, tak jak małe lisy wrzuca się po heideggerowsku w leśną rzeczywistość. Prosty człowiek, żołnierz, nie wie o co jest wojna, po co jest wojna, do czego służy wojna, w imię czego jest wojna, tak jak lis nie rozumie istoty suszy, rozwalonego mostu ani mordowania.

O wojnie pisano wiele razy w wielu miejscach. Ale ilu poetów pochyla się w tym pisaniu nad dehumanizacją ludzi, która postępuje bez udziału samych dehumanizowanych? Odpowiem: niewielu. Dlatego właśnie Góra, ze swoją lewicową skądinąd wrażliwością (przypominam, że wiersz pochodzi z tomu o znamiennym tytule Requiem dla Saddama Husajna), jest jednym z najbardziej cenionych przeze mnie poetów współczesnych.

Na after party zostają najmniej pijani (czyli o debiutanckiej książce Piotra Przybyły)


i żałoba. to będzie coś nowego. o dziwo, niesprawdzonego jeszcze
na naszych matkach, taka wycieczka last minute na plażę w Sopocie,
o ćwierć włosa UFO. jutro wiem, co usłyszę przez łoki toki. nic nie
wiesz o swojej pamięci, nawet jeśłi trzymasz tam zdjecia, cukierki
albo jeansy.

nic nie wiesz. powiedziała, gdy dotknąłem jej nabrzmiałego brzucha.
moja wpadka. kamieniu, naprawdę nie obwiniaj się o to.





Czy po Apokalipsie może być after party? Jasne, może - nawet morze i to Bałtyckie, które milczy, to znaczy szumi, plum, plum, plum.

Niesamowitości u Przybyły jest wiele. Nie są to jednak tony delikatnie pakowanych wzruszeń. Pakowane są niecodziennie, dziwacznie, wymyślnie. Do każdej torebki doczepiony jest schizofrenicznie zakręcony balonik. Kształty pudli, nietoperzy – ogólnie – wszelkich zwierzątek futerkowych, które wsadzilibyśmy raczej do folderu inne, niż do własnego pokoju. Wsadzamy jednak do pokoju. Jak? Czytając te wiersze.


Co musiało się stać, by powstał natłok piotrowej – właśnie – inności? Może to była jednak (i zgodnie z tytułem) apokalipsa?


Przybyła szczególnie, gdy czyta wiersze – a raczej – mówi je z pamięci w sposób bardzo, bardzo oryginalny (nie słyszałam jeszcze poety tak udającego – i to z powodzeniem – standupowca) nie wydaje się smutny. Po pierwszym wysłuchaniu, a  później – przeczytaniu, pomyślałam – zwariowany. Czułam, że bardzo udanie opisuje współczesne zmedializowanie, zwraca uwagę na dziwaczne odnośniki, że to pisanie jest tak trochę o popularnej teraz polskiej dżesikowatości, udziwnieniach, przesadach, o których aż tak nie pisali pozostali (jeszcze przy życiu) poeci. Tyle.


Po drugim – zmiana. Skoro poetę wydali i – nominowali do Nagrody, to może warto spróbować go zrozumieć. Ktoś musiał. Nie chcę wierzyć, ze wydawca i konkursowe jury mogliby wykazać się taką bezmyślnością – wydaniem bez zrozumienia. Więc próbuję sama, wieczorem, w pokoju. Wychodzą mi całkiem smutne rzeczy. Smutno, smutno, smutno. Czyli apokalipsa.


Zaakceptowałem stratę i mogę opowiadać o niej anegdotki, co nie mają końca, a tylko początek. Tak mówi podmiot, czy też – nazwijmy go inaczej – kryjacy się za ja wielbiciel wędzonej flądry.


Fragment potwierdza przypuszczenie niewesołości tomu. Moim niewprawnym okiem wyczuwam u Przybyły rozpad. Wyrazy dość często nie łączą się znaczeniowo. Nie wydaje się też ważne ich (czyste) rozumienie. Najbardziej istotny jest chyba właśnie emocjonalny wyraz słów – słów ułożonych w takiej, nie innej kolejności i sytuacji,  jak tu:


i synu, po pierwsze, musisz wiedzieć, co to jest smutek, nawet jeśli drag queen stojąca obok nas żuje pyszną gumę pod tytułem jezzi – to właśnie jest smutek, ale nie mów jej tego (…)”.


W czytaniu P.P nie chodzi najprawdopodobniej o samo rozbicie kodu – to nie jest typowy szyfr zgadnij co pomyślałem danym słowem, charakterystyczny – moim zdaniem – na przykład, dla Sendeckiego. Chodzi raczej o sytuacyjne wyczucie słowa, ułożenie go w ciało quasi emocjonalne, nienapisane, które bawi się na after party, bo najzwyczajniej nie ma już nic do stracenia. W końcu jest już po (nomen omen) końcu świata, więc można wszystko. Walące się postumenty, bazy opisywanego, mieszają się ze sobą; z przyszłością i przeszłością, tworząc zdziwaczałą dyskotekową kulę, pod którą – czasami tylko płacząc, śmieje się bohater; zapominający zwykle tylko o werandzie, bo o innych rzeczach niestety nie potrafi.