Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biuro literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biuro literackie. Pokaż wszystkie posty

Czy Tomasz Pułka jadł activię? [ZOBACZ WIĘCEJ]

Domki wczasowe mają to do siebie, że wieczorami robią nastrój; nic – tylko siedzieć na balkoniku (zdrabniajmy po krakowsku), przy kwiatach, przy suszarce na ręczniki, przy kiełbasce, przy winku, przy kanapeczce z plasterkiem łososia. Bajka w drewnianej otoczce. Chyba że znajdzie się grupka dymiących grillem – palących tak, że robi się z niego znicz. Wtedy myślę sobie: można by się kiedyś zdenerwować i okazać to jakoś publicznie. Na przykład ten sprzęt wywalić – niech biedne resztki różowych trupów potoczą się, gdzie pieprz rośnie.

Postawmy w tej sytuacji Tomasza Pułkę. Myślę, że zareagowałby jakoś zabawnie, albo, mówiąc popularnie, wkurwiłby się i coś sąsiadom powiedział, oczywiście w sposób godny zapamiętania. Zależy, czy byłby przed, czy po, czy w trakcie. Przy sławnym grillu, w wyobraźni, widzę tabliczkę z QR kodem.

Tak się na niego patrzy: legendarnie, wchodzi i BUM. Pułka pisał w jednym z wierszy, że chciałby być raczej postrzegany nisko, zajmować zacienione rejony. Na ulubionej przeze mnie drodze od światła do świata, umiejscawiał się – jak mniemam – w półcieniu, który konieczny jest zarówno przed naturalnym końcem, jak i początkiem światła. Zero kantów, tylko płynności. Pozdrawiam fizyków.

Zrobiło się nadęcie. To denerwujące. Mieliśmy w małym poetyckim światku taki fajny, ciemny pokój, do którego zaglądało się tylko czasem, o którym mówiło się nocnie, pokątnie, o którym miało się informacje tylko pobieżne. Książki niemalże spod lady, okładki odbijane w kserze, śledzone blogi, przewertowany internet, nieznośne niedosyty. Z Tomaszem było jak z dobrym serialem, który się kończy przed spadkiem oglądalności, powodując płaczliwe skargi widzów.  Teraz mamy jasny pokój, który wyoglądany na dziesiątą stronę, zacznie nudzić. Tego się boję.

Zostaliśmy wpuszczeni do świata, który, moim skromnym zdaniem, powinien być jeszcze przez parę lat ukryty. Poeta, jako artysta i człowiek, dysponuje prawem do pewnego rodzaju autokreacji. Nie musi mówić i pisać, jak jest naprawdę. Jeśli chce, to może, jasne. W wywiadach ma prawo stwierdzać, że to, co czym pisze, nie ma związku z jego prywatnym życiem - że to wymyśla, bo przecież kto jest na tyle głupi, by osądzać (tu wybitna anegdotka ze spotkań z poetami), dajmy na to Stephena Kinga o planowanie i dokonywanie zabójstw? Kto by sądził lidera zespołu Boys w sprawie licznych flirtów z kobietami, o których jest przecież pełno w jego tekstach, stanowiących niewątpliwą wartość kulturową? Wracając do wytartej jak modne jeansy myśli – kreuje się, tworzy na bieżąco siebie z odpowiadających mu prawd, zabiegów i półprawd, które gwarantują uzyskanie satysfakcjonującego obrazu społecznego. Człowiek piszący o rozmaitych przygodach, dzięki kreacji, społecznie stwarza pozór, który powtarzany wielokrotnie, staje się tak samo ważny, jak hasło z Wikipedii i raźno funkcjonuje. Czy byłoby fair, gdyby go z tych półprawd ogołocić?
Jestem pewna, że każdy autor i to bez wyjątku, posiada w komputerze folder „śmietnik”, który z rzadka opróżnia, albo tego folderu odpowiednik (plik z gmatwaniną szkiców, nazywający się, na przykład, „inne”) przeznaczony do szybkiego usunięcia, czy późniejszego przemodelowania polegającego, załóżmy, na pozostawieniu tylko jednej nadającej się do użycia zwrotki, paru linijek tekstu itd.
Elementem autokreacji może być nieposiadanie „śmietnika” – pisanie tylko dobrych wierszy, mówienie o przysłowiowej szufladzie z cudownie derealizującym oddaleniem. Czy powinno się pozbawiać autora takiego przywileju przez udostępnienie Plików? Upublicznianie grozi rozbiciem stale żyjącej kreacji. Czy warto było zajmować się tym aż tak wcześnie?

Z pewnością stanowiło to dylemat. Po jednej stronie huśtawki czytelnicza ciekawość (boże, publikują nieznane wiersze tego autora!), ciekawość brzydko – ludzka (znaleziono majtki Wisławy Szymborskiej [zobacz więcej], odkryto wierszowe pliki Tomasza Pułki [kliknij]) i historyczną (jak pisał, jak to wyglądało jako proces twórczy, jak powstaje geniusz łamany przez ceniony młody poeta), po drugiej –  prawo autora do kreowania siebie i dzieła wśród ludzi, którzy mają (tutaj – mieli) okazję znać go osobiście i wreszcie – prawo do zachowania siebie dla siebie. Bo, umówmy się – odkrycie szkiców Białoszewskiego czy Tuwima nie spotkałoby się zapewne z aż taką, zachłannością czysto ludzką – a dlaczego? Dlatego, że – może to głupio zabrzmi - sporo czasu minęło od ich śmierci i mało kto z żyjących znał ich osobiście, albo choć widział z daleka.

            Obecna sytuacja to nowość. Już dawno nie było w poetyckim świecie przypadku zniknięcia młodego poety (budzącego dodatkowo silną reakcję społeczną) i wydania po paru latach, tak zwanych utworów wszystkich. Środowisko się tego uczy, uczy się reakcji, więc jeszcze może (zmetaforyzujmy) błądzić. To naturalne. Jak mówi się w świecie trudnych operacji, w przypadku szansy powodzenia wynoszącej 50 na 50, osiągnięcie sukcesu gwarantuje radość bez zastrzeżeń, natomiast porażka (nawet częściowa), powoduje głębokie refleksje dotyczące tego, co i dlaczego poszło nie tak. Żyjemy w takim właśnie momencie.
W tej w patologicznej rodzinie, jak powiedział ciepło Marcin Sendecki po przyjęciu ostatniej nagrody – w otoczeniu osób, które niemalże zawodowo zadają pytania i szukają na nie odpowiedzi, nie ma szans, by nie powstały wątpliwości co do tego, czy sprawa Pułki została poprowadzona najlepiej, jak mogła.

Mam poczucie, że nasza czytelnicza ciekawość zamieniła się w ciekawość brzydko – ludzką pod tytułem zajrzyjmy mu do komputera.  Tak zwane Pliki opublikowano jako pełne wiersze. Nie ma wtrąceń – komentarzy na temat tego, skąd dokładnie pochodzą, kiedy były pisane (mnie interesowałoby na przykład – między powstaniem której, a której książki).
Mimo tego, że Pułkę należy chwalić, wypada przecież zauważyć (i z pewnością już zauważono), że jego styl na przestrzeni poszczególnych książek jest różnorodnym (krótkie i długie formy, bardziej, mniej zmetaforyzowane, bardziej, mniej otwarte/zamknięte itd.), że niektóre wiersze miałyby większe szanse na zwycięstwo w konkursach poetyckich, inne mniejsze. Z prezentowanego zbioru robi się, w moim odczuciu, zupa – misz masz: po chronologicznie ułożonych, wewnętrznie zróżnicowanych tomach, dostajemy zbiór plików z tak zwanego międzyczasu, który najzwyczajniej wprowadza pewien rodzaj chaosu.

Zajrzeliśmy mu do komputera. I co z tego? Jest lepiej? Ja czuję się źle. Mam obok siebie obłożoną w szary papier, obrzydliwie pomarańczową książkę, która kolorem – nawet, jeśli komuś podoba się odcień – wybija się na tle innych tomów poetyckich. Wybija się również jako twór artystyczny – rozciągniętą do szerokości skrzydła brązowawą twarzą autora.
Miało być zacnie – pod projektem podpisuje się Artur Burszta, szef Biura Literackiego. Burszta wziął na siebie odpowiedzialność za, najważniejszą pewnie, a przynajmniej najbardziej wyczekiwaną biurową książkę roku. Zupełnie jak kapitan dobrego statku, który dzielnie prowadzi okręt w trudny rejs, a w razie niesprzyjających okoliczności – idzie z nim na dno. (Najlepszą i zarazem najgorszą informacją jest to, że zarówno w wypadku pomyślnego rejsu, jak i zatonięcia, zawsze wspomina się nazwisko dowódcy jednostki.)  Do redagowania zaprosił znamienitych poetów, wybitnych literatów lub/i osoby bliskie autorowi wierszy. Brawo dla redakcji, dla pomagających w zebraniu tekstów. Ogromna robota, wielkie nadzieje. Gdybym miała możliwość zaangażowania się w coś takiego, z pewnością bym się tej pracy podjęła. Prowadzenie operacji z szansą 50 na 50 procent wymaga nie lada odwagi. Tę odwagę szanuję. 

Chcemy ustanowić legendę, która i tak już krąży. To jak spisanie wreszcie historii o Wawelskim Smoku czy samolocie smoleńskim. Zgadzam się, to potrzebne. Zastanawiam się jednak, czy koniecznie aż tak prędko, czy trzeba się było spieszyć. Czy legendy nie trzeba budować jak najbardziej autentycznie, osadzając ją mocno w ziarenku prawdy, którym grupowo dysponujemy? Grupa jest przecież niewielka – 1354 czytelników poezji. Nie znaczy to jednak, że nie warto się starać – a jeśli już było postarane, to może starać się tak, żeby za 100 lat w bibliotece książka nie była pamiętana jedynie ze względu na jej śmieszny kolor i delikatny bałagan w środku? Może dobrze było zadbać o opisanie szkiców oraz dopasowanie projektu okładki do stylu pozostałych tomów tak, by stanowiły w miarę harmonijną całość?

Można powiedzieć, że się nie znam, że nie warto nazywać legendy legendą (i w ogóle używać tego słowa – staram się nie korzystać, tak samo jak z wyrazu pokolenie).  Jestem od Pułki młodsza, nigdy go nie widziałam, pojęcie o sytuacji mam zapewne bledsze niż wiele żyjących osób, ale coś czuję w tym temacie. Jest mi z tym źle, inaczej bym widziała tę książkę.  Biję się ze sobą. Czekałam na tę publikację, zamówiłam w przecenie dwa egzemplarze, żeby wcisnąć szybko do ważnej okołopoetyciej ręki (dla pierwszych kupujących niezły upust). Mam poczucie niespójności Wybiegania z pozostałymi publikacjami Pułki. Coś mi się nie zgadza, umyka opisywaniu.
Jasne, wydanie w takiej formie może być też zrozumiałe. Dobrze zamykać pewne sytuacje. Dobrze mieć kontrolę. Dlatego, z tego właśnie względu, jestem skłonna pojąć pośpiech rodziny, bo przecież i tak ktoś by tego Pułkę chciał wydać, i tak by była sensacja, więc warto to skończyć, uzyskując pomoc znajomych Tomasza, wybierając za własnego życia, na co pójdą pieniądze ze sprzedaży (a tu się nadarzył naprawdę cudny cel, całym sercem jestem za!) itd. Wyżej opisałam tego cenę

Wróćmy do formy. Jest w porządku, jeśli potraktujemy oranżadkowy zbiór jako pewien rodzaj wyciągnięcia z dna szuflady, jako świadectwo literackiego muzealnictwa. Jest tam wiele utworów służących jedynie jako zobrazowanie procesu literackiego Pułki, albo po prostu nieprzeredagowanych wierszy – szkiców! Czułabym się jak dziecko z baśniowego tłumu, które mówi głośno król jest nagi, ale słyszałam już kilka podobnych opinii, więc jestem spokojna. Czy to było sensowne? Czy to będzie użyteczne? Czy to nie zawadzi legendzie, która mogła być inna? Czy legendę powinno się na siłę tworzyć (podobno najlepiej tworzy się sama i, nomen omen, właśnie się jakaś pułkowa ustala, ale zupełnie inna niż ta z preliminarza)? Znów – OK, zobaczmy sobie – to normalny gość, popełniał błędy, zmieniał treści, trzymał w komputerze pliki różnej trafności, czasami podpisane nazwiskami kolegów, czasami własnym, zbierał notatki, ale boże – przecież chyba nie szykował z nich wszystkich nowej książki?! Może warto było opatrzyć szkice kawalątkami informacji – skąd te prawie - wiersze się wzięły, podawać historie, daty, zrobić niby - patetyzujące memorandum? Przecież też rozeszłoby się jak świeże bułeczki, a byłoby coś więcej wiadomo. Teraz jest niby wszystko, a jednak nic. Znów sobie boleję. Wtedy pewnie też by były pretensje.

To szalenie ciekawe. Czekałam na tę książkę, mam ją na półce, wzięłam ze sobą na wakacje, piszę o niej jak szalona w czasie urlopu, emocjonuję się tak, że mi kawa niepotrzebna, pokazuję wszystkim jak wygląda, noszę w płóciennej torbie (tak, tej od Biura, tej z Wojaczkiem), molestuję rodzinę czytaniem na głos. Ale czekanie mi już przeszło, już nie potrzebuję. Cieszyłam się kiedyś jak mały pies z życia faktem, że miły pan w Ha!arcie sprzedał mi przykurzony Zespół szkół, że Gosia Lebda pożyczyła mi Paralaksę, bo swoją musiałam odnieść do biblioteki, że w różnych dziwnych knajpkach mogłam słuchać opowieści o wierszach, które zna Rafał Skonieczny, czy Dawid Mateusz, których nikt z nas ich nie widział.  Teraz niemal wszystko mam na tacy (i to nieładnej). Nie wiem już, co z tym zrobić.

To nie przypadek, że w świecie reklamy spotyka się często stwierdzenie sprzedajemy OSTATNIE egzemplarze tego a tego. Takie ogłoszenia znacząco zwiększają popyt na produkty z serii, nawet jeśli tak naprawdę została ich jeszcze liczba wystarczająca dla połowy populacji potencjalnych odbiorców. Pułki jest teraz pełno. Staje się dostępny, kanciasty, wychodzi z niszy, w której przykurzona niedoskonałość była jak najbardziej do przyjęcia. Zamiast niedosytu, podjudzającego apetyt, dostajemy nadmiar odpowiedzi, prześwietlenie tematu. Robimy z Tomasza celebrytę, odbierając mu tajemnice, które nierozwiązane bywają przecież niezwykle ciekawe. Na stronie Biura ma aktywny formularz kontaktowy. Czy to nie przesada?


Nie słyszałam jeszcze, żeby tak wielu znajomych masowo czytało jakąś poetycką książkę. Dzieję się coś istotnego – wydany, niemal w całości, został autor cytowany przez młodych poetów, autor – legenda, autor – inspiracja (pozwolę sobie na chwilowy słowny blichtr), więc się przyglądam. Chcę wiedzieć, o co chodzi, śledzę, zastanawiam się, chciałabym, żeby ważne działo się w jak najlepszej formie. Mam obawy, o których pisałam, a w takich sytuacjach wszelkich obaw, wątpliwości – jak wiadomo – ma się małe zaufanie do innych i może się wydawać, że samemu zadbałoby się o sprawę lepiej, że zauważyłoby się więcej –  więc tym chętniej się wtrącam. Mam szacunek do twórców książki i wierzę, że włożyli w nią wszystkie swoje siły. Może strona graficzna jest właśnie możliwie najbardziej dopracowana (przepracowana?), a redakcyjna także, mimo wszystko, przetestowana na dziesiątą stronę? Może udostępnienie Plików to świadectwo tego, że autor, po śmierci, koniecznie i w całości musi stać się własnością publiczną? W mojej opinii, nawet tych wszystkich sił, wyżej wspomnianych osób, tutaj nie wystarczyło (stąd tyle zdań o ubolewaniu!). Ale to już nieważne, sytuacja jest nie do odwrócenia. Mamy książkę. Z pewnością też sukces sprzedaży. Skupmy się na jej celu. Bo jeśli powstała po to, żeby pomóc początkującemu (i niech to nie brzmi jak potrzebujący), dobrze że powstała. A Pułka się z tej książki jakoś wykaraska. Nie z takich rzeczy wychodził cało. 

Symulacja wspomnień. Symulacja znaczeń. Sendecki: onewierszstand.

Popatrzcie na teksty porozrzucane po stronie - dedykacja, motto i wiersz nr 47. 
Marcin Sendecki, W.
Skoro je zestawiam, to pewnie po coś. Rozpoczniemy od dedykacji . 

Czytając, wnioskuję, że W będzie miało coś ze śmierci i coś z przyjaźni, a może przyjaźni ze śmiercią, która się urodziła w 2016 roku, gdy przyjaciel – Tomek zaczął zamieniać się w wiersze? Wolne przypuszczenia. Takie czynić wolno. Bo poezja. Fantazjując, idźmy dalej – drugie w kolejce jest motto. 
Noc zaczyna się łączyć, dość klasycznie, ze śmiercią. OK, można i tak,  nie posądzajmy jednak Sendeckiego o płytkie i znane banały. Hop i głębiej – wczujmy się. Przecież wcale nie znamy nocy! Wymyka się naszym zdolnościom do pełnej percepcji rzeczy. Jak mamy o niej mówić, skoro by ją opisać, potrzebujemy światła, które tę noc rozprasza?! Poruszamy się po omacku – jasne, w nocy, jednak nie wiemy w czym poruszamy się rzeczywiście i czy można to nazwać przemieszczaniem się w niej, i czy w środku (?). Nazwa to jedno, poznanie to drugie. Używanie prawdziwego imienia rzeczy stwarza złudzenie pozornej kontroli nad nią. Jesteśmy w stanie ją zobiektywizować lecz nie zoperacjonalizować (zagrajmy słowami;wyraz pierwszy – obiekt jako rzecz, urzeczowić, opisać). Tak samo jest ze śmiercią.

Jak sobie z nią poradzić, skoro jest – jak noc – nieuchwytna? Trzeba by umrzeć, żeby się przekonać (wielu próbowało, wielu nie wyszło, zdolnym się zdarza, niezdolnym podobnie). Można w niej chodzić (znów) po omacku, obijać się o kanty, ślizgać po powierzchniach gładszych, ale się nie wie, dopóki się w nią nie wejdzie, póki się nią samą samemu nie stanie, póki jest jeszcze pewien rodzaj odwrotu. Nie da się opisać śmierciowego – śmiercionośnego niebytu inaczej niż przez byt, bo tylko to jest nam znane. Sendecki w W opisuje pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia, które – może co gorsza i o boże – nie muszą być prawdziwe. (Dorzuca też kilka komentarzy o pisaniu, o książce.) Te wydarzenia układają się w pamięć, wspomnienia, w pewną wieczność dla opisywanych, w u-wiecznienie (kolekcjonujmy wyrażenia na w – wierzę, że tytuł da się jakoś rozwinąć). Podmiot oswaja się ze śmiercią, korzystając z własnej pamięci, która nie zawsze wiąże się z prawdziwym przebiegiem zdarzeń. Pamięć konfabuluje, zapisując ich emocjonalne wersje, które na stałe wszywają się w nasze postrzeganie, doświadczanie świata. Jeżeli wpuścilibyście mnie do swojej pamięci, pewnie mało bym zrozumiała ze śpiących tam „zapisków”. Nie znałabym sytuacji, w których braliście udział, Waszych przyjaciół, dziewczyn, chłopaków, mężów, żon, wujków, cioć, rodziny. Zrozumiałabym, natomiast, uniwersalną część zapisu – odczucia, pewne jasne, klarowne fakty itp. Tak samo jest z korzystaniem z pamięci podmiotu w W – wiersze wydają się niezrozumiałe, bo są świadectwem czyjejś pamięci. Możemy ją obserwować, jednak nigdy nie stanie się dla nas w stu procentach do pojęcia. Jesteśmy w stanie przyjąć uniwersalności, ciekawe zapisy, skojarzenia, słowa. Dodatkowo dorzucamy własny nastrój i sposób percepcji świata, czyli – w zasadzie; tworzymy zupełnie nowy, odrębny zapis oparty tylko (!) na bazie pamięci podmiotu. Dużo się dzieje. Bardzo dużo. Przypatrzcie się temu, przypatrzcie się książce, wierszowi nr 47 i każdemu z 49. Każdy z nich ma koncept, a nowoczesny koncept to zawsze pewnego rodzaju intelektualna prowokacja. Jest kilka nowych projektów. Może coś o tym napiszę?*


tytuł tekstu: również z książki W: wiersz nr 33

* wiersz nr 31

#chwilaprzerwy na krytykę zaangażowaną. O wierszu Kopyta i wielu innych poetów

                
#kobane 

 przewijam pasek ze zdjęciami
odciętych głów dziewczyn
które nie miały większego wyboru
niż szybko nauczyć się strzelać
i włożyć mundur
z czerwoną gwiazdą
 
 
trwa medialna noc
ale płoną oblane benzyną
domy i ulice kobane
choć śpią lotnicy bogatych państw
korespondenci jedzą regeneracyjne
posiłki wolny świat mozolnie
walczy z terroryzmem
 
 
ruchliwy jest zwłaszcza wirtualny pasek
ale nie zerwie się na pomoc
mężczyznom i kobietom
staruszkom i dzieciom
otoczonym przez amerykańskie zdobyczne czołgi
leżącym na barykadach i
ubranym w niewłaściwe mundury
z czerwoną gwiazdą
 
 
czerwona może być tylko krew
blednie flaga tureckiej wiosny
kto wspomni przyszłej jesieni
bohaterkę arin mirkan
i tysiące bezimiennych
i nieistotnych
walczących z ludźmi wielkiej wiary
 
 w naszych oczach rośnie w ciemności
finał drżących kotłów ody do radości
przeraźliwie głuchy prostokąt
odbitego ekranu
 
 tak broni się kobane
pamiętaj
kobane
 

To zupełnie naturalne, że poezja podejmuje temat aktualnie toczonych wojen – siłą rzeczy najczęściej tych, które toczą się na Bliskim Wschodzie, względnie jeszcze bliższym wschodzie. Problem w tym, że poziom tematycznych refleksji, pojawiających się u tych słynnych poetów zaangażowanych, jest żenujący. Nie tylko u Szczepana Kopyta.

Kiedy w 2003 roku wojska Koalicji po miesiącu bombardowań wkraczały do Iraku, miałem 11 lat i przekaz z telewizora był prosty: są dobrzy [Amerykanie] i źli [Irakijczycy]. Dzisiaj, czternaście lat później, gdy zaczynam dzień od rundki po stronach Al-Jazeery, gadzinówkach IS i różnych twitterach najdziwniejszych bojówek, od Hamasu po PKK, ośmielę się stwierdzić: używanie kategorii dobra [jakiegokolwiek] i zła [czyjegokolwiek] w kontekście wojny jest najlepszym dowodem na to, że cywilizacja okcydentu niczego się nie nauczyła.

Jakiekolwiek ustalanie skrajnie relatywnych stosunków między stronami walczącymi w Syrii* jest jawną deklaracją: „nie mam pojęcia, o czym właściwie mówię”. W przytoczonym wierszu Kopyta nie ma żadnej próby rozwikłania moralnego węzła gordyjskiego, jest tylko próba ustosunkowania się do problemu, do którego stosunkować się osoba żyjąca w Polsce nie ma moralnego ani logicznego prawa.

Zamiast stygmatyzować samo zjawisko wojny, stygmatyzuje się – konsekwentnie i bez żadnej żenady – zjawisko multizrelatywizowanego przekazu medialnego, który sprawia, że jako obywatele spokojnego kraju w Europie mamy w ogóle jakokolwiek dostęp do tego, co dzieje się gdzieś tam, daleko. Nie bez powodu tytuł Kopyta jest hasztagiem; nie bez powodu w poezji zaangażowanej przewija się bez przerwy motyw ekranu, streamu, protestu internetowego i tak dalej. „Wirtualny pasek nie zerwie się na pomoc”.

Polskiej poezji AD 2017 nie przeraża to, co dzieje się w Kobane, Aleppo, Al-Bab, Homs, Iłowajsku, Mosulu czy Timbuktu, tylko przekaz medialny. Twittera obwinia się o wojnę, bo wojna jest przekazywaną bajką z youtuba, podobną do Kucyków Pony. A to źle – bo trzeba patrzeć [nie można nie patrzeć] i dobrze – bo można otoczyć się bańką medialną [i wtedy X to ci dobrzy]. Widok cudzego cierpienia. Wolelibyśmy nie wiedzieć. Efekt jest podobny do kuriozalnej i chyba nie do końca świadomej refleksji Słomczyńskiego z Latakii:  odczuwam dyskomfort nie dlatego, że tam ludzie giną, tylko dlatego, że ja tu sobie jem arbuza.

Jestem bezwzględnie przeciwny kategoryzowaniu w tak wygodnicki sposób.

*- Syrii, Afganistanie, Nigerii, Mali, Republice Środkowoafrykańskiej, Somalii, Myanmarze, Ukrainie, Meksyku, Sudanie, Pakistanie, Algierii, Burundi etc. etc.


            

Debiut po debiucie

Zeszłoroczna premiera debiutanckiego tomu Ryszarda Krynickiego każe zadać pytanie o znaczenie tak często używanego słowa jak debiut. To, że debiutem nie musi wcale być pierwsza opublikowana książka, nie jest wcale rzeczą nową: często uznaje się za debiut Wisławy Szymborskiej Wołanie do Yeti z 1957 roku, pomijając, jako powstałe w warunkach niesprzyjających prawdziwemu debiutowi, 2 poprzednie książki noblistki.

Warunków wydania pierwszego Pędu pogoni, pędu ucieczki w 1968 roku również nie można nazwać sprzyjającymi. Wiersze Ryszarda Krynickiego są chyba najbardziej niewdzięcznymi wierszami w historii literatury polskiej do cytowania: wiele wierszy zostało zmienionych przez cenzurę lub błędy wydawnicze. Poeta wracał więc wielokrotnie do swoich wierszy, wprowadzając poprawki i zmiany; były więc one faktycznie pisane latami.

W 2016 roku zadebiutował więc jeden z najważniejszych poetów XX wieku, autor kilkunastu książek. Znaczenie tego debiutu znakomicie podsumował sam autor, mówiąc: "trudno patrzy się na młodego poetę, którym kiedyś byłem". Debiut jest zatem i gestem podsumowania, i wyrażeniem pragnienia rozpoczęcia, które do tej pory było niekompletne. Jednym z najważniejszych wierszy, do których poeta wraca w czasie spotkań, jest wielokrotnie zmieniany i modyfikowany utwór Jednogłośnie, jednomyślnie, którego nie chcę interpretować: spróbuję jedynie zasugerować, jak można na ten wiersz patrzeć.

Szalenie istotna dla poezji Krynickiego jest kategoria niekompletności. Wiersze, szczególnie wczesne, są poszarpaną, szalenie splątaną siecią metafor, podwójnych znaczeń słów, cytatów, cudzych głosów, prawda splata się z fałszem, rzeczywistość - z propagandową atrapą rzeczywistości. Ich zawiłość jest odmienna od poezji Barańczaka: czystszej, ostrzejszej, wyraźniejszej. Wiersze Krynickiego znajdują się po mrocznej stronie języka; poezja Krynickiego jest brudniejsza, bardziej chropowata, ale przez to mi bliższa. Otwarcie wiersza Barańczaka wymaga rozplątania widocznych sieci; otwarcie wiersza Krynickiego wymagałoby ich zerwania, zniszczenia istoty wiersza, który uderza swoim trudną, szorstką, doskonale niekompletną idiomatycznością. 

Jednogłośnie, jednomyślnie

Z białego domu o różowych szybach. Nasz specjalny wysłannik donosi z białego domu o czerwonych
szyldach. Nasz specjalny wysłannik, kelner, donosi potrawy i trawi donosy. Donosy echa. Donośnym
głosem i głosem donosu: o armatach ukrytych w białych wierszach sieci, sieci
wszechświata, wszechświata wywiadu. Nasz specjalny wysłannik w sieci dziennikarzy i wywiadów
urojonej choroby. Zesłany na Syberię
(nowego) świata nasz specjalny wysłannik donosi, kto - jednogłośnie - wstrzymał się od
głosu ze względu na zły stan zdrowia i opieki społecznej, od głosu
sprzeciwu; oraz kto, jednogłośnie
czyli - jednym - głosem
pomylił kaganiec oświaty z oświatą kagańca, rewolucję z jednogłośną
(jednoręczną rezolucją); jednogłośnie ręcząc i
jednogłośnie głosząc, donosząc jednocześnie głos (nasz
specjalny) do wyborczej urny, do urny
z popiołów. Jednogłośnie? Jednoręcznie? Jakkolwiek unieść rękę w tym jawnym
tajnym głosowaniu
prasa
prasy
zmiażdży ci ją nazajutrz. Chociaż kościół inny i w nim jednogłośnie dzwonią na podniesienie
donosu. Donosu echa. Jednogłośnie, jednoręcznie, jednomyślnie, jednocześnie.

(II-VI 1968)

Upominając się o Nie, po raz pierwszy, po raz pierwszy, po raz pierwszy...

Są czasem książki, do których nie sposób się zabrać bez klucza. W przypadku Nie klucz jest publiczny (zresztą jak ktoś już pisze o Nich - zaraz wrócę do odmiany - to z reguły od tego zaczyna). Więc po kolei:

1. "Słowo tytułowe Nie nie odnosi się do najczęstszego użycia tego słowa - jako kluczowej partykuły (...), ale do ubocznego w języku polskim zaimka «nie», wychodzącego od niemęskoosobowych form «ono» i «one» («oparłem się o nie»«odpowiadam za nie» itd.) (...)" [z Próby wyjaśnienia]
2. Całość składa się z 1159 i pół dwuwersów; ostatni dystych przeznaczony jest do uzupełnienia przez czytelnika.
3. Liczba dystychów jest związana z liczbą ofiar katastrofy w bangladeskim kompleksie Rana Plaza, który zawalił się w 2013 roku; około (co jest okrutnym słowem) 1130 pracowników zginęło w ciągu ok. 45 sekund.
4. "Pierwotną numerację dwuwierszy porzuciłem z przekonania, że nie oddałaby charakteru złożonej ofiary; żadna z ofiar nie była w końcu pierwsza, sześćsetna czy ostatnia. Pozostawienie uporczywie nawracającej liczby 1 wydaje mi się rozwiązaniem bliższym dla niemożliwego pojęcia tej sytuacji".

Jak Nie w ogóle czytać? Nie rozpoczyna się czeską bajką łańcuszkową, w której wyłączenie kolejnych elementów systemu doprowadza do katastrofy. Potem następuje ponad (okrutne słowo) 1150 dystychów pozbawionych tradycyjnie (okrutne słowo) rozumianej spójności. Nie jest o nich, o niewinnych ofiarach absolutnej niemalże obojętności świata na zachód od Bangladeszu (albo na wschód): obojętności przed, w trakcie i po katastrofie. Istotą ofiary jest jakaś celowość: ofiarę się składa w imię czegoś. Istotą tej ofiary jest jej bezcelowość. Dlatego Nie: książka, która mnie próbuje umieścić niedopisanym dystychem wśród około (okrutne słowo) 1150 ofiar. Zbliżyć. I zrobić to precyzyjnie.

Ach, jak to czytać? Może - jak pisze Przemysław Rojek - "należy zebrać tysiąc stu sześćdziesięciu recytatorów i niech czytają jednocześnie (i niech głos tego jednego z nich zamilknie w połowie)?"

Miałem przyjemność wysłuchać Nich przeczytanych w całości przez Konrada Górę w Stroniu Śląskim. Przeczytanie - głośne - choćby części książki, kilkunastu, może kilkudziesięciu dystychów - wbija. Pojedyncze słowa, brak składni: skojarzenia, asocjacje, słowa rzadkie i dziwne, jednostkowe, wyjątkowe: a jednocześnie bezsilność, gruzowisko sensu, gruzowisko ciał, biografii, słów.

I piszę o Nich znów ze świadomością, że tym postem nie zmieniam nic. Nie łudzę się, że kiedy pójdę kupić sobie spodnie albo kurtkę, nie będę roztrząsał, czy noszenie ubrania z metką "made in Bangladesh/China/Vietnam/itd. (okrutny skrót)" jest etycznie dopuszczalne.

Upomnienie się o Nie jest zatem gestem niemal pustym (moje upomnienie, nie Konrada Góry; nie mam wątpliwości, że gest Konrada Góry jest znaczący). Napisanie posta o tej książce jest gestem pustym. Opowiedzenie historii o Rana Plazie jest gestem pustym. Gestem, który nie zmienia niemal nic.

Co nie jest puste? Zapytanie, dlaczego to jest puste.

Okrutnych słów nie znajdziecie w Nie Konrada Góry.

Zresztą sami posłuchajcie.


Mundury zamiast koronek - Anna Świrszczyńska

Harcerka

Kiedy umierała w szpitalu
powiedziała koleżankom że się wstydzi
że jest wojna że ona jest żołnierzem
więc się bardzo wstydzi ale prosi
ona nigdy nie była na zabawie
żeby ją ubrały po śmierci w tę sukienkę
z koronką


Gdy umarła ubrały ją w sukienkę
I stanęły we cztery na baczność
przy jej łóżku i stały godzinę


Coraz częściej, bardzo i bardzo dotyka mnie problem konieczności naginania i rozciągania czasu. Mimo wszystko, cieszę się zawrotnym tempem życia, masą projektów, w których siedzę po uszy. Smuci trochę fakt odkładania spotkań ze znajomymi, niemożność odpisania na wszystkie maile i to, że w sukience pojawiam się raczej w pracy (bo trzeba); raczej nie na imprezach.

Harcerki podczas służby chodzą w rzeczach dość odświętnych – spódnica plus bluza mundurowa; zdarza się, że z białym kołnierzem. I pas. I beret. W okresie wojennym ze strojem bywało różnie, wiadomo. Trzeba było tylko odznaczać się tak, żeby inni wiedzieli (mniej więcej), coś ty za jedna. Sukienki mundurowe też zdarzało się pewnie skądś kombinować, albo sukienki – przebrania, żeby w czasie akcji, udawać kogo tam potrzeba.
Ważne, historyczne sprawy. Uśmiechnięte, idealne czarno – białe twarze na zdjęciach. Czarne i białe sukienki.

Czy w takim razie koronkowa kreacja na dawnej prywatce to nieważna sprawa?

Ubierasz.
Czujesz się kobietą bardziej niż w pyle, bardziej niż w spodniach, bardziej niż zwykle (chyba, że masz tę wrodzoną pewność siebie, której – na nieszczęście – daleko do stereotypu). Rozpuszczasz włosy. Falują lekko, sięgają koloru rękawów. Obracasz się. Kręci się z tobą. Kolejne kółko. Jeszcze i jeszcze. Nikt nie musi patrzeć. Jesteś sama
przed lustrem.
(mamy wyobrażenie, jedźmy więc dalej)

Nie była na zabawie, a chciała. Jej koleżanki nie wiedziały, czy stać w mundurach, czy ściągnąć, czy może jednak płakać.
Na największą uwagę w tym wierszu zasługują stojące na baczność. Piorunują mnie, mrożą. Nie wiedziały, co zrobić. Tak bardzo nie wiedziały, że aż im się zdarzyło coś prawie niemożliwego – powstrzymanie naturalnej reakcji.
Ubrały ją i stały.

Jak, czytając, zwizualizować sobie tak ochłodzone kobiety? Kto wyobraża sobie oddane przyjaciółki i brak lamentu po śmierci jednej? OK, one miały powód, można je wytłumaczyć. Wojna. O Wojnie każdy powie sobie sam, powie sobie dużo.  Ja powiem coś poza prawdziwą historią, coś w nawiasie przypuszczeń, uczuć, wierszowych domysłów. To stanie jest sztywno – ładno –  honorowe, ale i zakłopotane. One też się wstydzą, ale muszą, muszą wytrwać w formie. Co by się stało, gdyby wszystkie wtedy zaczęły płakać i myśleć, że Marysia nie żyje, że one też nigdy nie miały sukienki, że zaraz mogą zginąć, że nie będzie nic na kolację i nie wiadomo, czy Maciek, który podobał się całej paczce druhen, bezpiecznie dotrze z punktu A do C? Wszystko by się posypało. Trzeba było się odciąć, stać godzinę, palić znicze, od czasu do czasu coś napomknąć, pamiętać.

Skoro ten wiersz piorunuje, musi poruszać we mnie coś bardziej blisko – codziennego. Zamienię więc jedno z napisanych już zdań na takie – Nie byłaś na zabawie, a chciałaś . Dodaję newsy z korporacyjnej pracy moich koleżanek i wychodzi podobne odczucie. Skrobie, zastanawia. 



Ł(y)kanie jest gorzkie – o wierszu Marty Podgórnik

Zamek
To nieważne. Kiedy mówię zbyt głośno i głos się zatacza
domyślnie. Domyślnie to nie te klawisze, którymi
porusza się gardła i struny, które brzmią na wietrze;


ja jestem grafomanka ze złamanym sercem. Poniekąd to
jest prawda na szklanej kozetce. Ale przepraszam.
Że zwymiotowałam te kilkadziesiąt prawd jakby naprędce
I teraz to wygląda, jakbym ciut cierpiała. Cierpiała


Całkiem trochę, i wymiotowała kryształy swojej prawdy
W plastikową pomarańczową miskę, trzymaną na klęczkach.
A tymczasem ja siedziałam po turecku, kolana
Podkuliwszy głupio. Aż pod szyję.

Od strony przełyku, u nasady języka, mamy specjalne miejsce. Odpowiada, między innymi, za rozpoznawanie gorzkiego smaku. Jak przypomina Wikipedia, pierwotną funkcją smaku jest odróżnianie pokarmów jadalnych od trujących. Jeśli więc substancja, zdecydowanie nam niesprzyjająca, przekroczy barierę kubków gorzkich, jesteśmy troszkę ugotowani. Trucizna wchodzi do środka. Jak się bronić? Można odruchowo.
Więc przychodzi odruch, opisany wierszem przez Podgórnik. Po nim, powinno być lżej. Jeśli i on nie pomoże, należy zdać się na bardziej zaawansowaną immunologię. Na przykład książkę pełną wierszy.

Miałam duży problem z wyborem tekstu, bo jak tu pisać o Szanownej, żeby to miało sens? Z której strony ugryźć temat, żeby nie było zbyt płytko, ale też, żeby zachować świeżość i nie zanudzać (jakichś może) stałych czytelników? Miało być i o niej i o Cohenie, bo jest przecież wiersz Piąta nad ranem, który się powinno czytać słuchając jednym uchem piosenki Famous blue raincoat Leonarda.  Padło jednak na Zamek. Właśnie w nim mieści się to, co nazwałabym moją teorią na temat Podgórnik, albo chociaż tej teorii – powiedzmy – esencją.

Jest gorzko.

Królowa poezji się dławi. Gorzkość dosięga pułapu. Trzeba zwymiotować. Co z tego wychodzi? Kolejny wiersz. Ale wiersz inny. Nie ma tutaj aż tak wielu podtrutych, ironicznych słówek, wzywających do nie obchodź się mną, nie patetyzuj.
Podgórnik raczej nie patetyzuje. Pisze o rzeczach opiewanych przez innych ładnymi strofkami. Bierze je niby brutalniej, niby bardziej saute, obraca, ogląda. Nie zmusza się do delikatności, której jej też (oczywiście!) nie odmawiam.
Jej głos ma dość wyraźne kontury. Rzadko przyznaje się w wierszach wprost do światłocieniowania odczuć. Nie gra domyślnością klawiszy, którymi porusza się serce gardła i struny, które brzmią na wietrze. Stawia na te wymagające konfiguracji ustawień. Żeby je zmienić, potrzeba kilku ruchów, poruszeń. Z Zamku zróbmy zatem zamek ruchomy, z pompą w końcu to dość drogi przybytek, a w środku dzieją się ważne rzeczy. Na przykład przeprosiny bez żalu i żal, bo cała scena wygląda, jakby siedząca w nim ciut cierpiała. Cierpiała całkiem trochę (…).

Co robić z cierpieniem? Na cierpienie zjada się tabletki. Dobre tabletki są gorzkie. Rosnący poziom cierpienia zwiększa ilość przyjmowanych leków. Spróbujmy wziąć tych tabletek, dajmy na to, dziesięć. Albo się zwymiotuje, albo umrze. Na szczęście, 
tutaj nie dochodzi do śmierci.

Wiersze Podgórnik balansują na granicy gorzkości i wylewalności. W lwiej części swoich książek, Królowa się trzyma – cynizm, ironia, dystans, rytm i rym (bo tylko to się w końcu liczy!), pewna prześmiewczość, robią swoje. Jasne. Tak. W Zamku widać jednak małe coś innego. Nie będę rościć sobie prawa do nazwania tego małym boję się i małym czuję. Echo niesie się po pustych ścianach budynku. Nikt nie słyszy. Może można zatem, zaryzykować choć jedno stwierdzenie, że buńczuczno - zaczepny sposób patrzenia prowadzi w końcu do przerostu gorzkości nad treścią. Treść się wylewa, menisk wypukły pęka, nie daje rady. Powstaje tekst o smutkach i kozetkach, w którym pada coś (jednak) o prawdzie. Wiadomo, prawda może być wymyślona. Mnie, mimo wszystko, choćby i w takiej formie, zaskakuje. Nawet o nieprawdziwej trudno pisać tak,  jakby relacjonowało się fakty, nie scenerię. 


Duszności zamkniętych w tomografie - "Kieszenie" Bronki Nowickiej


Do krojenia marsz! – powiedziała, zmniejszona do potrzeb wiersza, Bronka. Ojciec posłusznie wszedł do tomografu. Wyznaczony cios przeszedł kolano, ręce, zęby. Czegoś takiego nie było w miejscowym szpitalu. Lekarze zwołują zebranie. Leżał jakoś krzywo, mogę to wziąć do domu? Niech klikną jeszcze raz. Proszę już leżeć spokojnie.

Cięcie. Nowicka opiera się o ścianę. Nikt nie wie - to ona sprawnie rozdzieliła ojca na atrybutywne części. Patrzenie filmuje chwile. Każdy z atrybutów znajduje sobie miejsce wokół ułamka sekundy, zacieśnia go, okręca mocno jak skuteczny wąż, trochę dusi. Powietrza robi się mniej
niż zwykle. Zamykam książkę. Wdech.

Mam problem ze skupieniem się na treści wiersza, chociaż, co jasne, treść do mnie trafia. Skupiam się na formie, która sprawiła, że chciało mi się zatrzymać w trakcie czytania tomu. Zatrzymać na dłużej. Bo Kieszenie. 

Na początku wyobrażam sobie, że na wpół urzeczowienie rąk będzie służyć czysto filmowej obserwacji, że to będzie szybki cykl zdjęć. Ułożony, żeby odpamiętać, co składało się na gniecionego matką ojca i to, jak widziało się go spod dziecięcych nóg rodzinnego stołu. Widzę jak mały podmiot zapełnia prawe dolne rogi chudego notesu i tworzy jedną z pierwszych własnych animacji. Zaryzykuję stwierdzenie, że każdy, będąc cztero-pięciolatkiem, narysował podobną. I był dumny. Problem jest taki, że film naszej drobnolatki łączy się z pewnym doświadczeniem i możliwe – nie jest to pierwsza z jej produkcji. Dziewczynka nagle rośnie, okazuje się całkiem dużą Bronką, artystką, reżyserką znanego show. Po co był jej ten dziecięcy zabieg? Należy odpowiadać ostrożnie. Pewnie znów wypadnie mi zabawić się w psychologa. Niewątpliwie, wiersze Nowickiej wiążą się z cierpieniem, a w sytuacjach z nim związanych pamięta się często sam ból, fragmenty zdarzeń, szczegóły otoczenia – na przykład narzędzia takie, jak nóż lub takie, jak ręka. Co robić, jeśli chce się uniknąć cierpienia? Zależnie od sytuacji – dobrze zażyć tabletkę lub zwiać. To przynosi efekt. Ucieczką może być schowanie rąk. I to w dosłownym znaczeniu. Komuś. Niech ich nikt nie znajdzie.
Jest też drugi sposób – całkiem skuteczny - rozłożenie kogoś w pamięci na maleńkie części – tak, żeby skrawki dało się włożyć do małego pudełka o pojemności wiersza. Jeśli podpalisz umiejętnie, wybuchną i staną się, choć na chwilę, nowe, trwałe, większe. Na przykład tak duże, żeby zasłużyć na Nike.

Ojciec został w tomografie. Przekroje dalej się tworzą. Mała Bronka opiera się o ścianę i rysuje – metodycznie, z zacięciem – a co? Rysuje wiersz. Patrzcie jak się porusza.

Dlaczego chryzelefantyna? Słów kilka o cyklu Jacka Dehnela


O Venezii albo Zuzannie i starcach, jednym z cykli poetyckich zawartych w tomie o wdzięcznym tytule Rubryki strat i zysków, miałem przyjemność pisać już kiedyś artykuł. Taki prawdziwy artykuł, naukowy, za punkty, z przypisami i książkami o wieloczłonowych tytułach w bibliografii. Nie stwierdzał on nic odkrywczego i w gruncie rzeczy nie miał większego sensu, ale dał mi okazję do refleksji: dlaczego Venezia albo Zuzanna i starcy?

Bo muszę się w tym miejscu przyznać, że właśnie od tej książeczki zaczęła się moja przygoda z poezją współczesną. Znalazłem ją kiedyś w Empiku, przeczytałem kilka wierszy z omawianego cyklu i kupiłem, po raz pierwszy w życiu kupiłem jakąś książkę współczesnego poety. Dlaczego?

Venezia…, jak sam autor twierdzi w sygnaturze, pisana była w latach 2000-2001, gdy Dehnel miał dwadzieścia lat. I faktycznie, trudno te wiersze porównywać z jego późniejszymi dziełami – są aż do przesady ufryzowane, oparte na barokowych konceptach, często rymowane, tu i ówdzie pisane nienagannym sześciostopowym amfibrachem, a tu i tam sylabiczne, słowem, doszlifowane aż do ostatniej fasetki.

Niestety, jak powszechnie wiadomo, za przerostem formy zazwyczaj idą niedostatki treści. O czym to właściwie jest, to ja nie wiem do dzisiaj, mimo wielokrotnej lektury. Coś tam na pewno jest o sztuce, jakaś refleksja nad pięknem się pojawia, nad czasem, śmiercią nawet, a więc nad przemijaniem siłą rzeczy, trochę o sakralnym wzruszeniu, a trochę o religijnej obłudzie, nie wspominając o tym, że całość może robić za rymowany przewodnik po weneckich zabytkach. Błyskotek otrzymujemy mnóstwo na wszystkich warstwach. To nie są cechy dobrej poezji.

Święta Maria Magdalena – niepokutująca

Nic w tym dziwnego, że stoi w ołtarzu - 
- rama z amorów godną jest oprawą
dla jej jedwabiów i wiotkiego ciała.

W dłoni ukryła fiolkę belladonny,
w słoju – barwiczki, wstążki, pieścidełka.
I kark schyliwszy, jak należy, wdzięcznie,
patrzy spod rzęs.

A potem, prawie się nie oglądając, 
w perłach i dąsach idzie na pustynię.
Bacząc, by sukni atłasów kwiecistych
pustynnym cierniem nie zedrzeć zbyt szybko.

Więc dlaczego? Co aż tak mnie przyciągnęło do tych kilkunastu wierszy, a potem do kolejnych cykli, kolejnych książek Dehnela? Dlaczego się tak uwziąłem na tę Zuzannę, dlaczego posiekałem ją na strzępy notatkami na temat frekwencji samogłosek? Co sprawia, że mimo pewnej archaiczności, niedzisiejszości tej frazy, ciągle do niej wracam z uporem maniaka?

Jeśli ktoś, czytając ten felieton, w oczywisty sposób oparty na koncepcie, czeka na zaskakującą, barokową pointę, to niestety mocno się zawiedzie. Długa, skomplikowana i oparta na różnych mądrych lekturach literaturoznawcza refleksja przywiodła mnie do tego tylko wniosku: te wiersze są po prostu bardzo, bardzo ładne. Naprawdę zajebiście piękne.

            

Żeby zbić szybkę - wywiad z Dawidem Mateuszem

Ciemna, pusta piwnica krakowskiej knajpy, godzina 13. W tle leci mecz Piasta z Zagłębiem. Weronika Janeczko i Marcin Świątkowski rozmawiają z Dawidem Mateuszem, autorem debiutanckiego tomu Stacja wieży ciśnień, który ukazał się w tym roku nakładem Biura Literackiego.


Weronika Janeczko: Rozpocznijmy techniką wiersza – jeżeli techniką da się to nazwać, bo może chodzi po prostu o naturalny, niezbywalny element Twojego pisania – spontaniczny, nieplanowany. Bardzo ciekawi mnie zabieg znaczących w dwie strony przerzutni – tak je sobie roboczo nazywam. Stosuje go kilku współczesnych autorów  - na przykład Sendecki, Jarniewicz, Słomczyński, ale także stosował Pułka, z którym już Cię delikatnie łączono. Takim podziałem znacząco zwiększasz głębię słów, wykorzystując wieloznaczności wyrazowe, mnożysz liczbę możliwych interpretacji. Można zapytać: dzielisz, przekładasz wersy kilkukrotnie po napisaniu właściwego wiersza, żeby osiągnąć efekt czy raczej powstaje on od razu w trakcie pisania – natychmiast i skojarzeniowo? Jak się taki efekt czuje – jak Ty go czujesz, bo to niewątpliwe odkrywanie od nowa i od nowa drugich denek znaczeń? Doskonałym przykładem tutaj może być Ligustr.


Dawid Mateusz: Szczerze mówiąc, ten tekst był pomyślany w ten sposób, żeby się zazębiał na wielu, płaszczyznach, wszędzie jest ten sekator, ucinanie, przecinanie, w przeróżnych znaczeniach. Skąd to się bierze? Nie wiem, po prostu tak ten wiersz przemyślałem i tak go napisałem. Ciężko mi teraz powiedzieć coś więcej o tym konkretnym wierszu, bo powstawał tak naprawdę przez 8 lat. Niemniej, wydaje mi się, że takie wzmocnienie odświeża język, sprawia, że to po prostu jest ciekawsze, jest lepsze, jest bardziej atrakcyjnie dla czytelnika.


W.J.: Czułości słowne, delikatne smutki, czasami bezsilność i lekko ironiczne, miękkie zdrobnienia. Nie byłam na nie przygotowana, otwierając Stację wieży ciśnień. Okazało się, że jednak są i działają. Działają mocno. Szczególnie wtedy, gdy łączysz je – na zasadzie kontrastu – z dobitnie zaznaczonymi strasznościami i nie chodzi tu tylko o wojnę. Niesamowite jest to, że słowa budzące cieplejsze nuty emocjonalne mogą łączyć się z okrutniejszym chłodem i to funkcjonuje u Ciebie, nie rażąc, nie powodując, że my – czytelnicy – nie uwierzymy w jedno lub drugie, bo któreś jest za słabe lub za silne. Zadałam sobie pytanie: dlaczego? Odpowiedź była taka: bo ten, kto do nas mówi, nie jest blisko – obserwuje z wysoka, z pokoiku Stacji, jest zdystansowany, zdaje się racjonalnie ważyć fakty i emocje.  Jak się okazuje – to, że jest daleko, że mógłby wygłaszać nam tylko suche wiadomości,  nie oznacza, że nie czuje, że to jego czucie nie jest namacalne. Jest. I to widać. Dlatego robi nam się w oczach ludzki. Zaczynamy go rozumieć, doceniać, patrzeć przez niego swoimi oczami. Czy o to chodzi?


D. M.:  Oczywiście, są to wiersze komentujące jakąś rzeczywistość, ale – tak naprawdę – one wszystkie wzięły się z jakiegoś osobistego przeżycia. Przeżycia autora, które się przekłada na teksty. Natomiast, rzeczywiście, ustawiłem podmiot w tej Wieży ciśnień  - w pewnym dystansie. To mi pomogło w jakiś sposób odsunąć się od własnych emocji i przełożyć je na tekst. Gdybym się nie zdystansował i nie zrobił takiego zabiegu oddzielenia w swojej głowie, gdybym nie pisał jako ktoś inny o swoich emocjach, to wydaje mi się, że bym tych tekstów nie napisał. Ten dystans był potrzebny jako autorski zabieg spojrzenia na siebie, na swoje emocje z zewnątrz.


Marcin Świątkowski: Powiedziałeś: „nie napisałbym tych tekstów”, a ja właśnie chciałem pytać: dlaczego? Po co Ci ten dystans? Czy nie napisałbyś ich z powodu jakiejś organicznej niemożności, przez blokadę, czy dlatego, ze obawiałbyś się zawarcia tych emocji w formie niezdystansowanej, nieprzetworzonej w żaden sposób?


D.M.: Jedno i drugie jest chyba tutaj prawdą. Ja sobie wymyśliłem tę postać – tego Dawida Mateusza (ja się nazywam inaczej). Wymyśliłem go jako bohatera książki i jako jej autora. To postać, w którą wszedłem, którą się stałem, dzięki której samego siebie w pewien sposób oszukałem. Wierzę w literaturę, która się bierze z autentycznego przeżycia i akurat mi, żeby tę książkę napisać, potrzebny był ten zabieg do zbicia szybki w sobie, Wymyśliłem bohatera, a jednocześnie autora tej książki, kogoś, kto jest kimś innym. I wymyśliłem go, bo był mi potrzebny.


M. Ś.: Taka liryka maski bez maski?


D.M.: No, teraz możemy kombinować z takimi określeniami, ale to raczej nie będzie trafne (śmiech). Ale tak, to jest ktoś, kogo sobie wymyśliłem, w kogo wszedłem i kim się w pewnym stopniu stałem.


W. J.: Ja też mam pytanie odnośnie tego Mateusza – jak się gra w coś takiego? Wydajesz książkę, jest pod jakimś tam pseudonimem, wszyscy wiedzą, że Twoje nazwisko jest inne i jak to z Tobą łączyć? Jak to wygląda? Wydaje się to bardzo bezpieczne.


D.M.: Bezpieczne? Wydaje mi się właśnie, że to zupełnie nie jest bezpieczne, gdybym pisał bezpieczne teksty, wyglądałyby zupełnie inaczej. Ja tę książkę podparłem pewną podstawą filozoficzną - chociaż “podparcie” to nie jest do końca trafne określenie – wziętą z Baudillarda, z Symulakrów i symulacji. Dawida Mateusza wymyśliłem jako symulakra, który będzie udawał mnie – ale to nie jest tak naprawdę pseudonim, w pseudonimie często chodzi o to, żeby ukryć prawdziwą tożsamość. A ja podkreślam, że tak naprawdę nazywam się inaczej. Chodzi o symulację kogoś, kto jest mną, a kto jednocześnie mną nie jest. To jest właściwie zagadnienie bardziej z psychologii literatury niż z krytyki literackiej. Do końca nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wiem, że to było mi potrzebne  - po sześcioletniej przerwie zacząłem pisać nowe wiersze dopiero wtedy, kiedy wymyśliłem sobie tego Dawida Mateusza.


W.J.: Niektórzy poeci twierdzą, że to, co zawierają w wierszach, nie ma nic wspólnego z nimi jako z osobami. A co u Ciebie? Utożsamiasz się jakoś z tymi wierszami, czy wolisz mówić, że są własnością czytelnika?


D.M.: Dotykasz tutaj dwóch ciekawych kwestii, bo autorzy faktycznie postrzegają to bardzo dualnie: albo się utożsamiam albo zupełnie mnie to nie interesuje – wiersz to własność czytelnika. Nie jestem przekonany, co do sensowności tej dualności i prawdziwości tej ambiwalencji. Wolę powiedzieć, że się nazywam Dawid Kasiarz, dzisiaj byłem na Kleparzu, kupiłem włoszczyznę, muszę jeszcze iść do apteki po leki dla dziewczyny, poza tym po śmietanę, bo będę gotował zupę grzybową – byliśmy na grzybach ostatnio,  dużo koźlarzy i borowików – i tym się zajmuję Dawid Kasiarz. A Dawid Mateusz na pewno jest autorem i bohaterem tej książki. Wiem, ze w jakimś stopniu się nim stałem, ale nie wiem w jakim. Nie wiem też, jak ich rozdzielić, nie wiem nawet, czy istnieje możliwość takiego rozdzielenia. Dla mnie samego jest to w pewnym stopniu zagadką. Nie mogę powiedzieć, że te teksty nie mają nic wspólnego z moimi emocjami, ani też, że jestem podmiotem mówiącym.


W.J.: A jeśli kolejna książka powstanie – o ile, jak wspominałeś, powstanie – na okładce podasz prawdziwe imię i nazwisko?


D.M.: Nie wiem. Może będzie drugie imię, albo trzecie, bo byłem bierzmowany. Może będzie Piotr, może Piotr Dawid, Piotr Dawid Mateusz. Może coś wymyślę. Prawdę mówiąc mam parę pomysłów na książki, których nie chcę zdradzić, bo nie jestem pewien, co z tego będzie.


W.J.: A co z tą przerwą? Mówiłeś w którymś wywiadzie, że udało Ci się założyć  Crossover i tam szybka pękła – uświadamiasz sobie, że jesteś poetą, wiesz, że to pisanie gdzieś w Tobie jest, a potem sześcioletnia przerwa. Nie miałeś wątpliwości, czy będziesz pisał dobrze? Jak to wyglądało – długa przerwa, a potem „bum”, znowu będę pisał wiersze?


D.M.: U mnie od zawsze to funkcjonuje w ten sposób,, że kończąc jeden wiersz, nigdy nie wiem, czy napiszę następny. Zawsze mi się wydawało, że – no, to tyle. Koniec. Przerwa trwała sześć lat – ale nie do końca, bo jakieś tam trzy teksty czy zalążki tekstów powstały. Ale to nie było tak, że się niecierpliwiłem, że nie piszę przez te 6 lat, Cały czas czytałem, cały czas o tym myślałem, żyłem, zbierałem doświadczenia i tak dalej. Poza tym często coś zaczynałem i uznawałem, że jest za słabe. Jestem dość krytyczny wobec siebie i bardzo dużo przeczytałem, zanim w ogóle zacząłem pisać, dzięki czemu chyba ominął mnie etap straszliwej grafomanii. Ja od trzynastego roku życia czytałem poezję współczesną, zacząłem pisać od siedemnastego i naprawdę byłem bardzo, bardzo krytyczny wobec tego, co piszę. Te sześć  lat też polegało na tym, że uznawałem swoje pisanie za kiepskie, więc szukałem dalej.


W.J.:  I się znalazło.


D.M.:  I się znalazło. Na tę książkę się znalazło. Ale co będzie dalej, nie wiem.


W.J.: Wspominałeś w którymś z wywiadów, że niektóre z Twoich tekstów są wykorzystywane do piosenek. Pytanie technicznie: czy każdy Twój wiersz, odpowiednio ograny muzycznie, nadaje się na piosenkę, czy jakoś to rozdzielasz?


D.M.: Wydaje mi się, że większość można przerobić na piosenki – ale ja tego nie rozdzielam, po prostu kończąc tekst widzę, czy to może być piosenka, czy nie. To też zależy od techniki pisania. Są teksty, które zupełnie się do tego nie nadają, bo po prostu o coś innego w nich chodziło. Teraz zresztą będę nagrywał płytę. Dogadałem się z Kordianem Trudnym – to taki strasznie dziwny muzyk z Katowic, którego nikt nie słucha. Zgadaliśmy się zupełnie przypadkowo, okazało się, że ja lubię jego muzykę, on lubi moje teksty – więc stwierdziliśmy, że spróbujemy coś zrobić razem, ale nie wiem, co z tego wyjdzie.


M.Ś.: A ja zapytam o wojnę. Zupełnie mnie nie interesuje Ukraina – Donbas, Majdan, Julia Tymoszenko – to pozostaje  poza sferą moich zainteresowań, natomiast ciekawi mnie, jakie miejsce w Twoim myśleniu zajmuje wojna jako doświadczenie, które nam jest no empirycznie obce. W tomie jest jej dużo – czasem nazwana wprost, czasem nie, ale zawsze otoczona niedosłowną metaforyką i zastanawiałem się, skąd  się wzięła ta wojna, nie licząc oczywiście wydarzeń bieżących?


D. M.: Na pewno chodzi tutaj o pewną figurę konfliktu, którego przykładem jest ukraińska wojna – czy może raczej przekaz medialny z Ukrainy. Ten obraz konfliktu jest dla mnie pewnym wyznacznikiem obecnych czasów, zwłaszcza, że każdy konflikt jest dla mnie literacko ciekawy: konflikty międzyludzkie, międzypłciowe, związkowe, klasowe, ideologiczne, terytorialne – wszystkie, które mnie bezpośrednio dotykają.


M.Ś.: Spróbuję teraz wbić kij w mrowisko. Może wiesz, że całkiem niedawno w literackim internecie wybuchła afera, kiedy Barbara Klicka wysnuła w stosunku do Biura Literackiego zarzut, że wcale nie wspierają debiutantów. W oczach postronnego obserwatora wyglądało to dosyć kuriozalnie, bo w czasie gdy trwała dyskusja na ten temat, Biuro bombardowało wszystkie kanały reklamą Twojego debiutanckiego skądinąd tomu. Jak to było? Jesteś debiutantem z ulicy, wysyłałeś książkę przez formularz na stronie głównej BL? Czy dotarłeś do wydawnictwa jakimiś okrężnymi drogami?


D.M.: Nie czytałem całego wywiadu z Basią Klicką, widziałem gdzieś tylko ten wyimek o “ścieżce zdrowia”, którą podobno muszą przejść debiutanci w BL. Szczerze mówiąc, nie wiem o co chodzi, dla mnie to nieco absurdalne – moja współpraca z Biurem polegała na tym, że pierwszą wersję książki wysłałem do Biura i do Mariusza Grzebalskiego z WPBiCAKu. Negocjowałem tu i tam, aż w końcu stanęło, że wydaję w Poznaniu. Ostatecznie nie mogliśmy jednak się dogadać. Wysłałem zatem tom Arturowi  Burszcie, który wcześniej o niego dopytywał i po dwóch godzinach miałem odpowiedź, że wydajemy, a po trzech dograne wszystkie szczegóły umowy. Dlatego ciężko mi raczej powiedzieć, żeby Biuro mnie nie wspierało jako debiutanta. Przeciwnie – nie mogę złego słowa powiedzieć, bo moja współpraca z Wydawnictwem przebiega bardzo dobrze. Nie wiem również, skąd Basia Klicka bierze informacje o “ścieżkach zdrowia” i tym podobnych historiach. Tym bardziej, że z tego, co kojarzę wcale nie debiutowała w BL i chyba nawet nie miała okazji z BL współpracować. No, ale może to zostawmy. Tylko jednego jestem w tej kwestii pewien: zaognianie sytuacji między Wydawcami poprzez wypowiedzi Autora Pierwszego Wydawnictwa na temat domniemanych zasad panujących w Drugim Wydawnictwie buduje piramidę absurdu, w której to budowie absolutnie nie chcę uczestniczyć, bo niczemu sensownemu ona nie służy.


M.Ś.: I ostatnie pytanie. W wywiadzie dla BL cytowałeś Zadurę, mówiącego, że „debiutuje się wtedy, kiedy się wie, jak się skończy. Debiutowałeś. Jak to się skończy?


D.M.: Mam nadzieję, ze dobrze (śmiech). Chodziło mi o to, żeby debiutować jako świadomy autor, wiedzący co chce robić w literaturze, jak ją dalej eksplorować. Gdybym wydał książkę trzy lata temu, to byłby straszny błąd, którego bym się teraz wstydził. Tymczasem mam pomysły na kolejne cztery – pięć książek. Muszę tylko znowu zbić tę szybkę, bo jak tego nie zrobię, to nigdy niczego już nie napiszę.