Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare. Pokaż wszystkie posty

Róża żółta - Jeremi Przybora: onewierszstand.

Znów będzie wiersz o miłości i o kawiarni – o miłości w kawiarni, o czułości w kawiarni, o kolejnej wymyślnej, wymyślonej (?) historii.
Sprawa jest wybitnie niepatetyczna, więc może bardziej dojrzała niż niedojrzała? Państwo zrównani są pajączkową nitką.  I siedzą. Ja się im przyglądam. Przygląda im się też podmiot, więc się w niego ubiorę, na chwilę w niego zamienię.

Jestem Weronika i siedzę sobie w kawiarni. Pamiętam, że kiedyś z tatą kupiliśmy mojej cudownej pani od skrzypiec właśnie róże. Takie herbaciane, żółte. Pomyślałam wtedy że jak będę duża, może je dostanę, wyhoduję własne, albo jakoś kupię.
Najczęściej dostaję czerwone. Z innych kwiatków zdarzają się majowe konwalie, przegubiaste goździki, albo bukiety małych, polnych ze wstążeczką, którą potem wiążę na nocnej lampce. Wracając – od tamtego czasu nie dostałam żadnej herbacianej róży! Całkiem o nich zapomniałam! A teraz – do brzegu. Te kwiaty – niezależnie od koloru – mają pewne konotacje. Najbardziej niebezpieczne są czerwone. Pierwszy bukiet czerwonych, (mając z 15 lat) wrzuciłam gniewnie do bagażnika srebrnego peugeota i – już na niego nie patrząc, przytrzasnęłam. Czerwone róże się pamięta, dlatego wydawane są tylko na specjalne okazje. A inne – częściej: mniej wyrafinowanie, bardziej zwyczajnie. Czy to gorzej? Nie sądzę.


Udowodnijmy.

Podobno każda miłość ma taki czas, gdy jest już w miarę jasna i usystematyzowana. Wtedy, rosnąca wcześniej, hucząca namiętność, opada. Jak mówi autor tej teorii – Pan Sternberg, spadek namiętności nie oznacza końca miłości, końca związku. Miłość jest dojrzalsza, bardziej ugruntowana. Wtedy można siedzieć w kawiarni, chlipać zamówioną kawę (bo za gorąca!), i utrzymywać żywym bezruchem, cienką pajęczą nitkę, której nikt, oprócz mnie – podmiotu – w ogóle nie widzi. I to jest właśnie cenne – tak się ze sobą zasiedzieć, że się nie zauważy swojego zapadnięcia w pewien rodzaj nicości, nie zauważy się, że są tylko cienkie nitki i ręce, a ktoś – anioł miły i dobry – nas pielęgnuje; karmi, odkurza. Że jesteśmy w wierszu. Że, w ogóle, jest o nas wiersz. A w wazonie więdnie zapomniana herbaciana róża.




Epifaniczny offtop. Trochę o dobrej literaturze, która mogłaby być poezją

Tak wyszło, że ostatni miesiąc to poetycka posucha w moim wykonaniu - nie przeczytałem, ani nie usłyszałem (choć było blisko) niczego na tyle ciekawego, żeby napisać coś o czymś nowym. Sięgam więc do Epifanii Jamesa Joyce'a, które jako rzecz nową kwalifikuje nowy przekład Adama Poprawy. W tym miejscu kończę odniesienia do książki, ponieważ recenzowanie (zaczynam się poddawać) przeze mnie czegokolwiek, co odnosi się do irlandzkiego pisarza, byłoby równie dobrym pomysłem, jak zapytanie Marcina "co tam panie w polityce".

Epifania to jedno z tych słów, których znaczenia nigdy nie jestem pewien. Ale przyjmijmy, licentia poetica, że epifania to rodzaj objawienia, olśnienia: poetycko nazwałbym to błyskiem sensu zza rogu rzeczywistości, ale może nie zagalopowujmy się tak daleko. Epifanie Joyce'a są jednak epifanią przekorną i koszmarną, bo nie wiemy, lub też - nie widzimy ich epifaniczności. Ot, historia na fragmencie obok (ostatnim w książce, co odnotowuję z przypisowskiego obowiązku): nie ma w niej nic ciekawego. Nic? Ha! No ale James Joyce bierze ten fragment rzeczywistości i robi z niego literaturę! Tyle tylko, że nie.

Nigdy nie kupowałem tego wytłumaczenia: jeśli to Pisarz pochyla się nad wyimkiem rzeczywistości, to nadaje mu sens (którego wcześniej tam nie było? (może więc wydobywa sens? (a może go tylko próbuje wydobyć?))). Dawno temu ktoś musiał tu generować naprawdę silny modernizm, a teraz odczuwamy efekty wtórne. - Właśnie - zgodził się przechodzący obok Stefan Dedalus. Może Pisarz więc z nas kpi? A może nie ma kogoś takiego jak Pisarz? Przecież w tym fragmencie widoczna jest jego ręka: skreślenia, wtrącenia, poprawki. Stajemy przed czymś, co nie jest objawieniem, ale czymś, co w ogóle jawi się nam mgliście: bo jest urwane, ale przecież uobecnione przez kaprys kogoś, kogo zwykło się nazywać jednym z najwybitniejszych pisarzy XX wieku.

Ale nie mogę od epifanii uciec: pragnę ją dostrzec, więc ją tworzę: widzę ją w głupim wtrąceniu (bo przecież zapis "Dublin, w aptece Hamiltona Longa" i "Dublin, [wtrącone: w aptece] Hamiltona Longa" to nie to samo, każdy to przyzna), widzę ją w słowie, które wykreślone wciąż tam jest, wreszcie - widzę ją w historii, która nie jest epifaniczna. I jestem w tym naiwny, bo kupiłem książkę pół roku temu i spróbowałem ją zrozumieć. Nie zrozumiałem - ale zachwyciłem się nią, bo od samego tytułu o to właśnie chodziło.

Poetka znikła w oddali: Młynarski onewierszstand.



Jedenaście na dziesięć osób wie, o kogo chodzi w poniższym wierszu. Zajmować się będę, zatem, jego całą resztą, choć i pewnie nie całą – bo ileż reszt się zmieści w dwóch tysiącach znaków? Na pewno będzie o cieple, miękkości spojrzeń, zdolnościach do obserwacji, do bycia poruszanym i do poruszania.
A jak poruszać? Jak to umieć? Porusza szczegół, porusza nowość, nieoczywistość. Trzeba być więc nowością, nieoczywistością, być szczegółem. Być takim poetą, który te wszystkie cechy zawrze w podmiocie i najlepiej (to dla fanów), jeśli choć trochę tym podmiotem jest.

Ostatnio dużo jeżdżę, bardzo dużo, więc czytam, żeby myśleć li tylko o tym, co mam w zdobionej, czarnej okładce na książki. W tramwaju numer 8 i autobusie 106, marcowo – Melancholia Bieńczyka. Opisywane tam aspekty melancholiczne, wiążą się, moim zdaniem bardzo mocno, z poezją Młynarskiego. Jak się okazuje, w miarę zgłębiania wspomnianej książki; dobrą maską dla melancholii jest ironia, pewne przejawy humoru, które – albo; na zasadzie depresyjnych masek, skrywają nieszczęście, albo – budzą dobroczynny dystans, odkrywający coraz to szersze perspektywy zdarzeń.

Zobaczmy jak to wygląda w wierszu, na żywo. Uwaga, włączam obrazy.
nr 1 - poetka dowcipna , psotna (…) wszyscy Ją świetnie znali, wszyscy Ją strasznie kochali.
nr 2 - w środku (…) straszliwie zziębnięta, (…) samotna.

Wyczuwam kontrast. Ba, on się nawet sam maluje! Melancholia to rzecz samotna, a nie psotna  – to refleksyjne przeglądanie się w sobie, kontemplowanie utraconego, które nigdy nie wróci. Związane jest z przyjmowaniem perspektywy dystansu, który pozwala zauważać szczegół, który każe go zgłębiać i opisywać, dając w ten sposób melancholikowi tymczasową wolność, złudzenie melancholicznego końca, który de facto, końca przecież nie ma.

Wydaje się, że każdy przywołany przeze mnie wyżej obraz przedstawia zupełnie inną poetkę – logiczne, prawie jasne. Idąc jednak dalej, próbując się przebić przez Bieńczykowe treści i lekko je parafrazując, trzeba przyznać wspomnianej poetce prawo do łączenia niejako dwóch poetek w sobie. Tej, która jest urocza, kochana, śmieje całkiem wdzięcznie i drugiej – czekającej na czułość, upijającej się – jeśli już – to pewnie na smutno. To wszystko jest jej. Melancholijna (ale) całość.

Co robi wspomnienie melancholii w takim wierszu? Znów zwraca uwagę na szczegół. Uczula na niego – nie szarpie. Dotyka delikatnie.
Zadam sobie końcowe pytanie – dlaczego sądzę, że w Poetce jest (po raz dziesiąty!) melancholia? Bo Młynarski pisze niemalże humorystycznie, zadaje kilka niby łatwych (acz ciężkawych) pytań, używa nieziemsko prostych słów, równo rymuje, patrzy miękko i czule. Dałoby się powiedzieć – przez wiersz się uśmiecha. Jeżeli karci, pytając, to subtelnie – wszystko w granicach (właśnie) uśmiechu. Robi rzecz bardzo ciekawą – zamyka historię dwóch obrazów Jednej nie tylko w jej historii, ale i we własnej – poety melancholijnego, który – zza maski – nad niebieskim jeziorem, wzdycha tak, że okular się mgli.

P.S.
Marcinie, dziękuję za Bieńczyka. Oddam niebawem!

szkic: Weronika Janeczko

Safona i inni

Safona - Pieśń 81b 
Spleć, Dike, wiotkie gałązki
delikatnymi rękami
i przystrój bujne kędziory
zielonym pachnącym wieńcem!
Z radością patrzą Charyty
na strojne w kwiaty dziewczęta,
lecz nie obdarzą spojrzeniem
tych, które wieńców nie noszą. 

Antyczna Grecja. Monumentalne, śnieżnobiałe świątynie na klifach. Melorecytowane, patetyczne lamenty tragicznego chóru. Wielkie wojny złotego okresu, marmurowi ludzie i brązowe pancerze, legnący bohatersko w Termopilskim wąwozie, umięśnieni żołnierze i majestatycznie sunące okręty o purpurowych żaglach i rzędach wioseł. Tak?  Otóż nie.

Więc co? Brudne, śmierdzące miasta, pełne żebraków i uchodźców, ludzi chorujących na najokropniejsze zarazy? Ciemne, zasłonięte kamiennymi żebrami zaułki pełne śmiecia i ekskrementów? Bezsensowne rzezie o skrawki skalistej ziemi? Seksualne rozpasanie, prowadzące do najgorszych dewiacji, maskowane rozmowami o głupotach? Otóż nie. Obydwie te recepcje są spłycone ad absurdum.

Jak uczą podręczniki i Zbigniew Herbert, greckie świątynie nie były białe, tylko polichromowane. Ówczesne techniki produkcji barwników były bardzo prymitywne; dziś byle paleta RGB produkuje dziesiątki tysięcy odcieni dziesiątków tysięcy kolorów, co sprawia, że te brudne, gruzłowate, przydymione barwy na zachowanych zabytkach współczesnemu odbiorcy wydają się paskudne. Ale to w żadnym stopniu nie odejmuje greckim budowlom doskonałości geometrycznej.

Czasem wydaje się, że traktujemy antyk jak odrębny wymiar, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. W związku z tym sztukę grecką odbieramy jako coś w rodzaju egzotycznego eksponatu. Chyba tylko w teatrach – i to nie wszystkich – zachowała się tradycja traktowania greckiej tragedii poważnie. Ale komedię, dla odmiany, wymazano, skazano na niebyt, a to z racji jej obsceniczności i przeraźliwie niskiego z perspektywy XXI wieku humoru, rodem z najgorszego gimnazjum.

Mało kogo też obchodzi liryka starogrecka. Trudno do niej dotrzeć, trudno się ją czyta, trudno się nad nią pochylić. A przecież to takie same wiersze, jak te, które piszą ludzie dzisiaj: wiersze o śmierci, o miłości, o pieniądzach, o seksie, o polityce. Pozbawione może językowej wymyślności, w przekładzie w dodatku spłaszczone do poziomu monotonnych wyliczeń, ale jednak boleśnie aktualne. I przypominające, że to tylko dwa tysiące lat; że na osi czasu bliżej jest Kleopatrze do pierwszego iPhone’a niż do budowy piramid. Że nie zmieniliśmy się specjalnie przez ten czas.


Oczywiście, to truizm, pewnie. Ale ilu z państwa zajrzało ostatnio do jakiegoś tomu literatury starogreckiej?

Debiut po debiucie

Zeszłoroczna premiera debiutanckiego tomu Ryszarda Krynickiego każe zadać pytanie o znaczenie tak często używanego słowa jak debiut. To, że debiutem nie musi wcale być pierwsza opublikowana książka, nie jest wcale rzeczą nową: często uznaje się za debiut Wisławy Szymborskiej Wołanie do Yeti z 1957 roku, pomijając, jako powstałe w warunkach niesprzyjających prawdziwemu debiutowi, 2 poprzednie książki noblistki.

Warunków wydania pierwszego Pędu pogoni, pędu ucieczki w 1968 roku również nie można nazwać sprzyjającymi. Wiersze Ryszarda Krynickiego są chyba najbardziej niewdzięcznymi wierszami w historii literatury polskiej do cytowania: wiele wierszy zostało zmienionych przez cenzurę lub błędy wydawnicze. Poeta wracał więc wielokrotnie do swoich wierszy, wprowadzając poprawki i zmiany; były więc one faktycznie pisane latami.

W 2016 roku zadebiutował więc jeden z najważniejszych poetów XX wieku, autor kilkunastu książek. Znaczenie tego debiutu znakomicie podsumował sam autor, mówiąc: "trudno patrzy się na młodego poetę, którym kiedyś byłem". Debiut jest zatem i gestem podsumowania, i wyrażeniem pragnienia rozpoczęcia, które do tej pory było niekompletne. Jednym z najważniejszych wierszy, do których poeta wraca w czasie spotkań, jest wielokrotnie zmieniany i modyfikowany utwór Jednogłośnie, jednomyślnie, którego nie chcę interpretować: spróbuję jedynie zasugerować, jak można na ten wiersz patrzeć.

Szalenie istotna dla poezji Krynickiego jest kategoria niekompletności. Wiersze, szczególnie wczesne, są poszarpaną, szalenie splątaną siecią metafor, podwójnych znaczeń słów, cytatów, cudzych głosów, prawda splata się z fałszem, rzeczywistość - z propagandową atrapą rzeczywistości. Ich zawiłość jest odmienna od poezji Barańczaka: czystszej, ostrzejszej, wyraźniejszej. Wiersze Krynickiego znajdują się po mrocznej stronie języka; poezja Krynickiego jest brudniejsza, bardziej chropowata, ale przez to mi bliższa. Otwarcie wiersza Barańczaka wymaga rozplątania widocznych sieci; otwarcie wiersza Krynickiego wymagałoby ich zerwania, zniszczenia istoty wiersza, który uderza swoim trudną, szorstką, doskonale niekompletną idiomatycznością. 

Jednogłośnie, jednomyślnie

Z białego domu o różowych szybach. Nasz specjalny wysłannik donosi z białego domu o czerwonych
szyldach. Nasz specjalny wysłannik, kelner, donosi potrawy i trawi donosy. Donosy echa. Donośnym
głosem i głosem donosu: o armatach ukrytych w białych wierszach sieci, sieci
wszechświata, wszechświata wywiadu. Nasz specjalny wysłannik w sieci dziennikarzy i wywiadów
urojonej choroby. Zesłany na Syberię
(nowego) świata nasz specjalny wysłannik donosi, kto - jednogłośnie - wstrzymał się od
głosu ze względu na zły stan zdrowia i opieki społecznej, od głosu
sprzeciwu; oraz kto, jednogłośnie
czyli - jednym - głosem
pomylił kaganiec oświaty z oświatą kagańca, rewolucję z jednogłośną
(jednoręczną rezolucją); jednogłośnie ręcząc i
jednogłośnie głosząc, donosząc jednocześnie głos (nasz
specjalny) do wyborczej urny, do urny
z popiołów. Jednogłośnie? Jednoręcznie? Jakkolwiek unieść rękę w tym jawnym
tajnym głosowaniu
prasa
prasy
zmiażdży ci ją nazajutrz. Chociaż kościół inny i w nim jednogłośnie dzwonią na podniesienie
donosu. Donosu echa. Jednogłośnie, jednoręcznie, jednomyślnie, jednocześnie.

(II-VI 1968)

O kotach. Miłosz i Baudelaire (trochę pod włos).


Wiecie, co jest najlepsze w kotach? To, że ludzie poważni, a w tym szczególnym wypadku szanujący się poeci pisujący zazwyczaj o sprawach niedostępnych śmiertelnikom, mogą zostać przez sierściucha spacyfikowani. I zamiast smarować kolejny ratujący świat, etykę, miłość albo ludzkość wiersz, piszą na ten przykład wiersz o kocie. Że to po prostu kolejna inspiracja, kolejny temat? Nie. Koty sprawiają, że nawet taki smutny Julio Cortazar uśmiecha się, gdy służy swojemu kotu (nie znalazłem dobrego zdjęcia poety lub poetki z kotem, wszystkie są jakieś mroczno-pretensjonalne albo mają wiersz o kocie zamiast kota - dlatego gościnnie prozaik).


Dzisiaj jest dzień kota. To wspaniały dzień! Koty oczywiście specjalnie się nim nie przejmują, dla nich każdy dzień jest ich dniem. Ale dzień kota to okazja, żeby ich opiekunowie pomyśleli: o, dzisiaj jest dzień kota! Wrzucę zdjęcie kota na fejsa. Albo poczytam wiersze o kotach. Nie można przecież codziennie czytać o śmierci i miłości, co nie?

Dlatego wiersze będą dwa, nie będzie najbardziej sztandarowego wiersza o kocie, bo to nie do końca wiersz o kocie, za to przybędzie na białym koniu (występ gościnny) Czesław Miłosz z wierszem Do pani profesor w obronie honoru kota i nie tylko. Co prawda Miłosz kota traktuje nieco instrumentalnie, bo w wierszu raczej polemizuje z Marią Podrazą-Kwiatkowską (rzecz rozchodzi się o okrucieństwo i naturę zła - oraz zło w naturze), ale wybaczamy mu to za piękną pierwszą strofę, którą ja, osobiście, przeżywam niemal codziennie:

Mój miły pomocnik, nieduży tygrysek
Śpi słodko na biurku obok komputera
I nic nie wie, że Pani jego ród obraża.

Koty bawią się myszą czy półżywym kretem,
Myli się jednak Pani, to nie z okrucieństwa.
Po prostu widzą rzecz, która się rusza.

Bo jednak zważmy, że tylko świadomość
Umie na chwilę przenieść się w to Inne,
Współ-odczuć mękę i panikę myszy.

I tak jak kot, jest cała przyroda,
Obojętna niestety na zło i na dobro,
Obawiam się, że kryje się tutaj dylemat.
(...)

Dalej następuje już Czesław Miłosz, ale warto uchylić rąbka kapelusza za szacunek poety do kota: wyrozumiałość, pieszczotliwość, czułość. Być może mamy tu do czynienia z pewną niestosowną ludzką zarozumiałością (bo świadomość? serio? kto nie zamieniłby świadomości na ogon i pazurki?), ale nobody is perfect. Oprócz kotów, oczywiście. Te bowiem, jak przypomina nam Baudelaire w sonecie Koty, są istotami mistycznymi.

Kochankowie namiętni i sawanci chłodni,
Kiedy czas ich dojrzewa, jednako sprzyjają
Pysznym kotom łagodnym , co mieszkań są chwała,
Jak oni zasiedziałe u domowych ogni.


Przyjacioły nauki i lubieżnych chęci
W ciszę się pogrążają przez grozę ciemności;
Ereb gońców żałobnych dałby im godności,
Gdyby dumę swą służbie umiały poświęcić.


W zamyśleniu majestat mają niedościgły
Wielkich sfinksów, co w głębi pustyni zastygły,
Jakby w wieczny zapadły sen odrętwiający.


Po ich lędźwiach rodzajnych płyną skry magiczne
I gwiezdnymi pyłami, jak piach migoczący,
Połyskują ich błędne źrenice mistyczne.

(przeł. Artur Międzyrzecki)


Próba objęcia słowem fenomenu kota jest z góry skazana na niepowodzenie i /lub niedopowiedzenie wszystkiego, co winno się o kotach powiedzieć (albo wymruczeć), ale w tym sonecie Baudelaire dokonuje jedynego słusznego wyboru: przyznaje otwarcie, że kot nie jest z tej ziemi. Mistyka kota. Fenomenologia ogona. Metafizyka mruku. Koty nie są dla nas, być może my jesteśmy dla nich. Więc bądźmy dzisiaj dla nich, pogłaszczmy je ostrożnie po brzuszku i wróćmy do ponurej rzeczywistości dopiero jutro.

Trzysta słów o wazie

Czarnofigurowa waza garncarza Eksekiasa                                                                 Josifowi Brodskiemu 
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino
ku jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli
śpi i nic nie wie więc my także nie wiemy
dokąd płynie z prądami bukowa łódź lotna


Wiedzą państwo, czemu okropna jest mitologia w książce Roberta Gravesa o spektakularnie enigmatycznym tytule Mity greckie? Bo jest prawdziwa.

Oczywiście, to jest szalenie ciekawe, obserwować, jak teoria mitu obezwładnia wcześniej niepokonaną siłą historii, patrzeć, jak przypowieści, budzące przecież inspiracje setek artystów, zostają sprowadzone do treści o patriarchacie i matriarchacie, o podbitych i podbijających, o bogach wschodu wymieszanych z bogami zachodu. Fascynujące, ale upiorne, bo też taka mitologia to mitologia wyprana z pewnej romantycznej naiwności, pozbawiona misteryjnego trochę, modlitewnego, naiwnego zastanowienia nad światem i jego konstrukcją.

Wybrany przeze mnie tekst Herberta, ostatniego chyba z tytanów polskiej poezji drugiej połowy XX wieku, który się tu jeszcze nie pojawiał, nie jest wcale specjalnie dla niego charakterystyczny, nie jest też długi. Przepisałem go z pierwszej strony wydanego przez A5 Króla mrówek, zbioru zawierającego prywatną, herbertowską mitologię, którą próbował z powrotem przyoblec w treści. Nie wiem nawet, czy ten utwór trafił do jakichś innych książek poety.

Proszę zwrócić uwagę, jak skonstruowany jest tytuł tego wiersza, którego ignorować, biorąc pod uwagę proporcje, nie wolno, a jak sam wiersz. W tytule zaczynamy od zgrzytliwej czerni, kanciastej figury, przechodząc do wazy, czegoś glinianego, kruchego, ze skorup złożonego, a w dodatku stworzonego przez garncarza, stawiającego językowi naturalny opór i to Eksekiasa, wcale niełatwego do wymówienia. Wiersz z kolei jest płynny jak żywa rtęć – nie tylko mówi o wodzie, o żeglowaniu, co kojarzy się z ruchem posuwistym i miękkim, ale w dodatku sunie przez zdania, w efekcie czego końcowa inwersja nie może zdziwić.

Trzydzieści jeden słów poddanych żelaznemu rygorowi rytmu: od stóp długich po krótkie, od składni współczesnej do przestawki – opowieść o tym, czym jest świat. Najkrótsza definicja mitu.

         

K.K. Baczyński, onewierszstand. Mierzalność spojrzeń.

                                                                                        ***


Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie.
Jest mi o tyle twych spojrzeń samotniej.
Ciemniej
                Opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść

Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
Ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?

Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
Niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.

Dni ulatują w trwogę o ciebie,
Noc obca gwiazdami zarasta i blada miejską trawą.
Wiatr wspomnienia – chmurom oderwana gałąź.
A przecież te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą


Czytając ten wiersz, a czytałam go już naprawdę wiele razy na przestrzeni dobrych paru lat, często wyobrażałam sobie, że nie musi być rozumiany jako przeznaczony konkretnej osobie. Czasem można przecież odczuwać głęboki smutek, jakiś rodzaj samotności, nie wiedząc jeszcze, kto by mógł te odczucia zabrać i rozproszyć. Stawiam więc na niewiadome ty, sentyment dawnych wspomnień, na świat przypominający podmiotowi, że kogoś nie ma, ale nie wiadomo jeszcze kogo. Trwoga o ciebie nie musi być trwogą konkretną, nie musi być tez baczyńską trwogą okołowojenną. Może być, równie dobrze, strachem przed byciem samemu w mieszkaniu wieczorową porą. Może być, czym się czytającemu tylko czuje, widzi.

Czas jest wybitnie sesjowy, trudno mi się skupić na Baczyńskim, ciągle jestem rozkojarzona. Na szczęście, akurat ten wiersz działa uspokajająco, ma nocną melodię, taką gwiezdno – chmurną, roztaczającą odpodmiotową ciepłą opiekuńczość, pewien rodzaj autentyczności. Aż chce mu się wierzyć. I wierzę – że czeka, że tęskni, że widzi tę drugą jakąś osobę – jak mówił w innym wierszu dość podobny podmiot – w szybach każdego tramwaju, że ona mu ten świat robi tak, jak slangowo żart może zrobić komuś dzień, że zajmuje przestrzeń bez zajmowania miejsca.

Wiersz traktuję jako niezwykły – budzi emocje i to emocje nie nadęte. Baczyński smutek nie jest zbudowany tylko dla uzyskania smutkowej formy, nie jest pisany (najpewniej) dla dość głośnych oklasków. Kupuję taki przekaz i wracam do niego często (kiedyś umiałam na pamięć, teraz przytaczam na głos już tylko fragmenty). Uświadamia, że samotność może być mierzalna, że można ją przeliczyć na nieobecne gesty i spojrzenia, które układają się w drogę od domu do domu – teraz już  raczej nie po chodniku, a po internetowych kablach. 

obraz: Montserrat Gudiol

Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził


Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził. 
Nie był płaczem dla niego, chociaż mógł być o nim. 
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi.

I półprzytomny wstyd: że ona tak się trudzi, 
to, co tłumione, czyniąc podwójnie tłumionym 
przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził:

ile więc było wcześniej nocy, gdy nie zwrócił 
uwagi - gdy skrzyp drewna, trzepiąca o komin 
gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi

negowały staranniej: ich szmer gasł, nim wrzucił 
do skrzynki bezsenności rzeczowy anonim: 
"Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził"?

Na wyciągnięcie ręki - ci dotkliwie drudzy, 
niedotykalnie drodzy ze swoim "Śpij, pomiń 
snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi".

I nie wyciągnął ręki. Zakłóciłby, zbrudził 
toporniejszą tkliwością jej tkliwość: "Zapomnij. 
Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził. 
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi".

Pierwsza wersja tego posta była zła, bo tłumaczyła po raz tysięczny, co to jest słowo na v. Każdy domyślny może to wygooglać, więc zostawiam formę na boku (nawet, jeśli uparcie od niej zaczynam).

Wiersze kanoniczne, te, które nawet na egzaminie z literatury współczesnej zostają w głowie, pomimo że są oznaczone etykietą "oczywista oczywistość". Płakała w nocy sąsiaduje więc z Przesłaniem Pana Cogito Herberta i z Który skrzywdziłeś Miłosza; to sąsiedztwo jest kamieniem u nogi i skutkuje prześlizgiwaniem się po słowach wiersza bez jakiejkolwiek głębszej refleksji - bo przecież to jest oczywiste, no nie? Jest z tym trochę jak ze szlagierami: obsłuchane czy obczytane, odsyłają nas ciągle w to samo miejsce i stosunkowo trudno jest przez to przyzwyczajenie się przebić. I łatwo jest uciec w banalny opis vilanelli, który każdy, kto miał styczność z poezją Barańczaka, przeczytał był tysiące razy.

Jego budzi "wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi". Ona płacze płaczem, który "nie był (...) dla niego, chociaż mógł być o nim". A między nimi brak zrozumienia, tym wyraźniejszy, że przecież noc jest porą najważniejszych rozmów: milczy się i nie śpi zazwyczaj z sercem ściśniętym przez myśli, których nie wypowiada się głośno. A jednak zrozumienie następuje: to, co pomyślane przez niego, wypowiada ona. Intymność tego wiersza jest wręcz przerażająca: w wierszu nietrudno jest przesłonić pewne prawdy, ale w tym wypadku zasłona ta jest bardzo cienka. I ściska mnie za gardło, kiedy próbuję pod nią zajrzeć.

Tym bardziej, że nie wiem, czym są te "obce sprawom ludzi": czy to rodzaj ostrzeżenia, szpila wbita metafizyce, abstrakcja nocnych myśli? A przecież to obce jest tak bardzo znane: każdy, kto doświadczył choć raz nocy spędzonej w milczeniu, doskonale o tym wie. Niezwykłość, moja osobista niezwykłość tego wiersza, leży właśnie w tym: mogę sobie tę vilanellę filologicznie rozpisać i nie zostawić nic z wiersza. Mogę też zostawić wiersz w spokoju, a samemu uporać się ze ściśniętym gardłem.

Kaskadzimy śmiechowodziem - S. Młodożeniec, "Futurobnia"

Futurobnia
uchodzone umyślenia upapierzam poemacę
i miesięczę kaszkietując księgodajcom by zdruczyli
skieszeniłem
księgosłalnia kolejując porozwszechnia wzdaleczenia
niewieściątko z długowłosia źrenicuje umojone strofowania
wsłodyczeniu liści do mnie
    "poecicu poemacąc oblubieńczysz dziewicenie
    cudzodajesz utwojenia. licuneczek odmojony
    w fotopiśni dziękczysyłam do uramień ciebiekolnych".
uręczyłem serdeczniejąc.
ścianizuję
dzień w dzień liści.
w jednodnieniu odlistawiam:
    "tygodnieję czekająca
    gwiazdozbralnia udygatnia niebosięża
    cierpiechwili podserdecznia w plancidrzewiu
poecicu zniebaześlny siebiejawę zaziemicuj mojobytnię".
    nogoszybcę farysiejąc...
    międzydomia tylizują...
    zwyorlałem
troszeczkuję... niesmiechliwie obramieniom
przeciwiczy
    słodkowardzę... łaskawiczę...
ujednieni nóżkujemy kaskadziejąc śmiechowodziem
w wargoczwórni królewieję niebieścianie
chodzicielka uaniela skońcokola w poematni...
zbogiemłąćca ukościelnia dosięzejście...
dzieciopiskli...
    w piersiopukni jakośliwie światoradnie
    w poematni wieloiście...
    w latobiegach dzieciomnożnych poemacę
poemacę i miesięczę kaszkietując księgodajcom.


Metod na dynamizację wiersza jest tyle, ile poetów. Można stosować odpowiednie metrum, bo amfibrachy raczej spowalniają rytm niż go przyśpieszają, w przeciwieństwie do trocheju. Rymy można stosować męskie i brutalne, but, bruk, stuk, przeciwwagą akcentu obciążające końce wersów, przytłaczają czytelnika i kończą mocnym tupnięciem. Można stosować o wiele subtelniejsze metody: używać niepostrzeżenie mnóstwa czasowników albo tworzyć gradacyjne konstrukcje, w których  elementy wynikają z siebie nawzajem, kreując poczucie dynamizmu na poziomie nie brzmieniowym, a semantycznym. 

Niewielu poetów poszło drogą Młodożeńca, to znaczy totalnej czasownikacji języka. Bo, Proszę państwa, rzeczowników w tym wierszu tyle co kot napłakał – cała reszta powymieniana jest na formy czasownikowe albo odczasownikowe. Tu nie ma księgarzy, są księgodajcy, czyli ludzie, którzy dają książki. Nie ma alejki, tylko międzydomia tylizujące, czyli przestrzeń między domami rozciągająca się do tyłu. W świecie Młodożeńca, a tym samym w świecie futurystów, świecie dynamicznym, sangwinicznym i dynamicznym nie ma słodkości, jest słodyczenie, czyli bycie słodkim.

Nieco zapomniany już dzisiaj autor nie poprzestaje na tym. Do tej niezbyt w końcu subtelnej metody dodaje jeszcze neologizację, o wiele bardziej hardkorową, niż u tradycyjnie podawanego jako mistrza tego zabiegu Leśmiana – i robi erotyk. Erotyk, który mimo zasłonięcia elementu erotycznego warstwą primo neologizacji, secundo dynamizacji, tertio fabularyzacji, nadal pozostaje dosłowniejszy i bardziej erotyczny niż niektóre dziełka o wiele poźniejszych pisarzy. Bo, proszę Państwa, kto się przy królewieniu w wargoczwórni niebieścianie nie zarumienił, albo przynajmniej głupio nie uśmiechnął, jest świnią!

Tuwim, cukier, łez kawiarenki.

Kiedyś, a to nie było tak dawno temu, czytałam głównie starocie, czyli najróżniejsze słowackie, mickiewiczowskie, tuwimowskie, leśmianowskie baczyńskości. Na półce u taty w pracy jakieś sto lat temu, wypatrzyłam książkę Tuwima. Zaczęłam przeglądać, wertować, przypatrywać się fragmentom. Mówię mu w końcu; zobacz, co tu jest napisane. Napisane było to;


(…) nawet kelner poczuł litość dla niej i pomyślał: „Coś tam złego jest, trzeba podać drugi cukier tej pani, bo jej kawa zgorzknieje od łez (…)

Tata wyglądał na zdumionego i ucieszonego jednocześnie. Okazało się, że na dokładnie ten fragment zwracała uwagę moja, już dawno nieżyjąca,  babcia. Doszło do jakiegoś cudnej urody połączenia moich i babci myśli, poczucia wierszy. Niezwykłe uczucie powiązania, obecności i w ogóle (tu powinna być dygresja o tym, że babcia też była pewnym gatunkiem przypalającej obiady, roztrzepanej marzycielki, która chowała książki z wierszami pod szmatkę, którą miała sprzątać podłogę, więc – jak się można domyślić – porządek w domu bywał udawany).

Wracając do wiersza. Tuwim jest, moim zdaniem, mistrzem nienachalności, mistrzem subtelnej ironii dopiętej do ogromnej ilości sytuacji. Jak się łączy miłość z ironią, bo o miłości jest tu niewątpliwie? Łączy się naturalnie, banalnie. Tuwim pokazuje codzienną sytuację – ona w lekko histerycznej  rozpaczy, on niespecjalnie przejęty (ale się spotka, mimo nawału prac, żeby nie stracić, nie zawalić tej historii).  Pokazywanie jest okraszone, zapieczone z kruszonką smacznych słówek, określeń, dokłuć wyrazową szpilką.  Dialogi, opisy myśli, generalizacje, przerysowania. Mimo  tej ilości zabiegów, wiersz jest lekki, lotny, biegnie szybko. Tuwimowi brak, wspomnianej już, nachalności przekazu. Historia jest rzeczywiście banalna. Banalna w tym przypadku oznacza też naturalna, umiejętnie banalna, mądrze naturalna. Nie widać w niej niczego wymuszonego. Wiersz nie musi być od razu zaangażowany, skomplikowany treściowo i konstrukcyjnie, żeby chciało się go na trochę zapamiętać. Dobrze poprowadzony obrazek, dobra zwykłość, pisana w miarę z sercem i wrażliwie, trafia. Przypadkiem i nagle można się zorientować, że w zagmatwanej głowie ma się jeszcze jedno, choćby i małe, całkiem czułe miejsce.






obraz: E. Hopper, Automat, 1927


Kolędy można fałszować!

Jak już pewnie każdy zdążył zauważyć, zaczyna się powolutku czas okołoświąteczny. Sprzedawcy perfumują sklepy zapachem piernikowym, żeby koszyki na kółkach pękały w szwach. Słychać uroczą piosenkę o tym, że on dał jej swoje serce w ostatnie święta, ona mu je zwróciła i inne takie, albo – na przykład – siedzi się w łóżku i wygląda, jakby ci ktoś tarł twarzą o chodnik, a na tym chodniku leżało sobie dodatkowo confetti z trzywarstwowych chusteczek Velvet. Czuć święta, zimę, śnieg, cały nastrój. Niezwykłości.
Co jeszcze zrobić, żeby poczuć magię 24 – 26 grudnia? (cisza, więc podpowiem)
Można powysyłać całej liście kontaktów cudowne wierszyki świąteczne i noworoczne w stylu;

Święta, święta, święta – niech każdy pamięta.
Rodzina się zbiera, choinkę ubiera. Do wigilii spieszy,
Jezuska ucieszy. A Jezusek mały, przyniesie im chwały.
Niechaj Twoi bliscy zawsze będą obok, niechaj się odezwać będzie dziś do kogo!
Nowy Rok niech da Ci dużo słońca, blasku – 2017 w oparach oklasków!

Otrzymanie takiego wierszyka jest doświadczeniem traumatycznym. Nigdy nie wiem, co ze sobą zrobić, po przeczytaniu podobnego. Zdaję sobie sprawę z jak najlepszych chęci nadawcy, odpisuję grzecznie (kiedyś nawet zarymowałam swój w podobnie tandetny sposób, jak powyżej), ale przeżyć nie mogę i Was, do nieprzeżywania, zachęcam.

To jest jednak tekst czwartkowy, czyli tekst o starociach. Przejdę więc płynnie do nich.
Wiele z kolędowych staroci znacie na pamięć; nie ma co ich przytaczać. Jeśli jednak zależy Wam na tekstach, a najprawdopodobniej zależy, skoro jesteście na tej stronie, weźcie pod uwagę parę spraw.
Warto nie zniszczyć tekstu śpiewaniem. Nie chodzi o fałszowanie – śpiewać każdy może jak to, nomen omen, śpiewał znany człowiek.

Czego zatem nie robić? Dobrze nie dzielić wyrazów oddechem. Podzielony wyraz umiera, rozpływa się, rozlatuje. Treść wychodzi przez najbliższy otwór we framudze, a o treść, w tych kolędowych wierszach, nam przecież chodzi (żeby nie wychodziła!). Fajnie jest też się zastanowić, o czym się śpiewa i nie sylabizować za nadto.  

Weźmy sobie dwa przykłady (i mała legenda  – slash oznacza oddech)

MI–ZER–NA CIIII–CHA /STA–JEN–KA LIII–CHA/ PEŁ–NA NIE/–BIEEE-EEES-KIEJ CHWAA–AAA–ŁY
albo GDYYY ŚLI-CZNA PAAA–NNA SY-NA/KO – ŁY – SAAA– ŁAAA

Melodyjka ładna, cieszymy się, ale treści brak zupełnie. Może Wam być dziwnie, możecie uznać, że się czepiam i nie mam na święta większych problemów niż odpowiednie śpiewanie kolęd i odpisywanie na smsowe wierszyki. Jeśli jednak zwróci się uwagę na (jakąś, choćby kulturową) wagę tych tekstów i to, że ktoś się ich od nas uczy – na przykład mój mały brat i może Wasz chrześniak, chrześnica, siostra, dziecko, sprawa nabierze znaczenia. Nasz światek okołowierszowy, jak już pisałam kilkukrotnie, jest malutki jak nie wiem, więc choć w tej małej grupie starajmy się, żeby dobrze przekazywać teksty. To nie jest dużo roboty – zaśpiewać dobrze. Może być nawet nieczysto – w czyszczeniu nieczystości zawsze ktoś nam pomoże – śpiewaków jest przecież więcej niż amatorów wierszy.


Wesołych!


Ja tędy, my tam, czyli w końcu ktoś pisze o Szymborskiej

z konwersacji facebookowej
Ja: Piszę o Szymborskiej
Marcin: Coooo xD

Jakoś tak jest w środowisku czytających poezję, że raczej nie odpowiada się na pytanie o ulubionego autora/autorkę: Herbert. Albo Szymborska. Często się kombinuje, żeby nie wyjść na laika: a no wiesz, zachwyca mnie wczesna Bargielska, cenię późnego Zadurę, a tak w ogóle to tylko tylko Słomczyński albo Podgórnik (nazwiska przypadkowe, choć odpuściłem sobie wyciągnięcie czterech karteczek; ale niezłe połączenie w sumie). Tymczasem "po tomy uznanych nestorów", jak to ujął profesor Marian Stala, sięgamy "od biedy lub od święta". Więc dzisiaj przed świętami, choć nie od biedy sięgam po nestorkę.


Pogrzeb

„tak nagle, kto by się tego spodziewał”
„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”
„jako tako, dziękuję”
„rozpakuj te kwiatki”
„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”
„z tą brodą to bym pana nigdy nie poznała”
„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”
„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”
„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”
„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”
„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”
„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”
„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”
„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”
„dwa żółtka, łyżka cukru”
„nie jego sprawa, po co mu to było”
„same niebieskie i tylko małe numery”
„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”
„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”
„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkę”
„no, nie wiem, chyba krewni”
„ksiądz istny Belmondo”
„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”
„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”
„niebrzydka ta córeczka”
„wszystkich nas to czeka”
„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”
„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej”
„było, minęło”
„do widzenia pani”
„może by gdzieś na piwo”
„zadzwoń, pogadamy”
„czwórką albo dwunastką”
„ja tędy”
„my tam”

Niesamowicie urzeka mnie ten wiersz. Po pierwsze, urzeka mnie jego niezwykła prostota oparta na banalnym w gruncie rzeczy koncepcie: kolażu najzupełniej pustych fraz, które nie służą niczemu poza podtrzymaniem komunikacji. Można uznać, że śmierć została gdzieś w jej trakcie zmarginalizowana, a więc oswojona. Z drugiej strony - wiersz wciąż ma tytuł Pogrzeb: jest zatem przemilczenie, a jeżeli przemilczenie, to zapewne i wewnętrzny niepokój.

I wiele wierszy Szymborskiej funkcjonuje podobnie: prosty, nieprzesadny i niepretensjonalny mechanizm językowy powołuje wyobrażenia, refleksje dookoła języka: jasne, że nikt nie mówi w wierszu o śmierci, ale przez to każdy mówi o śmierci. Gest całkowitego wycofania autorki, gest "mówcie, a ja zapiszę" jest jednocześnie gestem pełnej obecności autorki w tym wierszu: wycinającej z nas i budującej nas. Z nas samych.

Nie mówię, że przed Szymborską trzeba padać na kolana; że swoją poezją zaklina rzeczywistość i przerabia nas, zjadaczy chleba, na aniołów. Właśnie nie w tym tkwi wartość poezji Szymborskiej: jest szalenie wnikliwą i trafną obserwacją, która nie potrzebuje nawet specjalnej obudowy - wystarczy zwrócenie spojrzenia na to, co dla większości z nas jest przezroczyste - i subtelne pociągnięcie tego płynną, szymborską frazą.

Patrząc na czereśni czerwień

Na tej czereśni czerwień, na jej krwawe włókna
kładą się oto w oczach mięśnie ćwiartowanym
pasmem, smugi bandaży rozwinięte, na nich
wyschnięte sieci ran, już gęstniejące w płótna 
gobelinów utkanych grubym zmartwychwstaniem
purpury w nadpalonych policzkami kłótniach,
ostrzach, pogoniach, ciętych nitkach tego sukna,
gdzie strumyk krwi jak w żyłach rdzawych liści zanikł 
i splątał się; w czerwieni, w tych włóknach mięsistych
za cichą kartką skóry wrą wyrwane trawy
w płonącej plątaninie, rosną w oczach iskry 
ruchu i słychać szkarłat ścieranych bezprawi
w tych gałkach żyłkowanych, kiedy patrzą, bliskie,
na tej czereśni czerwień, na jej włókna krwawe. 

To - najprawdopodobniej - jeden z najdoskonalszych wierszy, jakie czytałem w życiu. Utwór absolutnie niezwykły, zachwycający formalnie, obsypany poetyckimi zabiegami jak cesarska korona złotem, o przepięknej frazie, niesamowitej melodii, obrazowy aż do bólu w szalejących od pierwszego do ostatniego wersu źrenicach. A przede wszystkim: nie mam pojęcia, o co w nim chodzi.

Jeśli zechcę się kiedyś o coś szczerze pomodlić - będzie to modlitwa właśnie o zachowanie tego błogiego niezrozumienia. Niezrozumienia, które pozwala mi postrzegać ten wiersz w formie czystej, formie nieskażonej i tak skazaną na porażkę próbą interpretacji, wyniesienia z niego czegoś więcej poza porażającym, estetycznym zachwytem, porównywalnym tylko do proustowskiej sonaty Ventuila albo - bliżej moich własnych gustów i zapatrywań - schubertowskiego kwartetu o Śmierci i dziewczynie.

Nie wiem, co oznaczają metafory, obrazy zawarte w tym sonecie. Zaczyna się on z perspektywy zupełnej abstrakcji, bez żadnego "ujęcia ustanawiającego", które pozwoliłoby czytelnikowi odnaleźć się w rzeczywistości poetyckiej; od razu czereśni czerwień i krwawe włókna, które nie wiadomo, co oznaczają; natychmiast pasma ćwiartowane mięśni, natychmiast grubym zmartwychwstaniem tkane gobeliny. A dalej płonące plątaniny wyrwanych traw, szkarłat ścieranych bezprawi... Elementy natury mieszają się tutaj z nieodpowiednimi dla swoich desygnatów przymiotnikami, przymiotniki oznaczają nie to, co powinny, abstrakcje są konkretne, a konkrety abstrakcyjne. To straszny, okrutny świat; świat krwi i czerwieni, świat, w którym oczy - jedyna w miarę czytelna metafora w wierszu - są jedynym znanym elementem; to świat, w którym się tylko patrzy. 

Patrzmy na ten wiersz, nigdy go nie czytajmy. Nie próbujmy nawet go przeczytać; jeśli się uda, zniszczymy coś. Przeprowadzimy brutalne morderstwo na świecie, który Barańczak w tych czternastu wersach stworzył; będziemy winni semiotycznego zabójstwa. Po prostu tego nie róbmy. Patrzmy.

Mundury zamiast koronek - Anna Świrszczyńska

Harcerka

Kiedy umierała w szpitalu
powiedziała koleżankom że się wstydzi
że jest wojna że ona jest żołnierzem
więc się bardzo wstydzi ale prosi
ona nigdy nie była na zabawie
żeby ją ubrały po śmierci w tę sukienkę
z koronką


Gdy umarła ubrały ją w sukienkę
I stanęły we cztery na baczność
przy jej łóżku i stały godzinę


Coraz częściej, bardzo i bardzo dotyka mnie problem konieczności naginania i rozciągania czasu. Mimo wszystko, cieszę się zawrotnym tempem życia, masą projektów, w których siedzę po uszy. Smuci trochę fakt odkładania spotkań ze znajomymi, niemożność odpisania na wszystkie maile i to, że w sukience pojawiam się raczej w pracy (bo trzeba); raczej nie na imprezach.

Harcerki podczas służby chodzą w rzeczach dość odświętnych – spódnica plus bluza mundurowa; zdarza się, że z białym kołnierzem. I pas. I beret. W okresie wojennym ze strojem bywało różnie, wiadomo. Trzeba było tylko odznaczać się tak, żeby inni wiedzieli (mniej więcej), coś ty za jedna. Sukienki mundurowe też zdarzało się pewnie skądś kombinować, albo sukienki – przebrania, żeby w czasie akcji, udawać kogo tam potrzeba.
Ważne, historyczne sprawy. Uśmiechnięte, idealne czarno – białe twarze na zdjęciach. Czarne i białe sukienki.

Czy w takim razie koronkowa kreacja na dawnej prywatce to nieważna sprawa?

Ubierasz.
Czujesz się kobietą bardziej niż w pyle, bardziej niż w spodniach, bardziej niż zwykle (chyba, że masz tę wrodzoną pewność siebie, której – na nieszczęście – daleko do stereotypu). Rozpuszczasz włosy. Falują lekko, sięgają koloru rękawów. Obracasz się. Kręci się z tobą. Kolejne kółko. Jeszcze i jeszcze. Nikt nie musi patrzeć. Jesteś sama
przed lustrem.
(mamy wyobrażenie, jedźmy więc dalej)

Nie była na zabawie, a chciała. Jej koleżanki nie wiedziały, czy stać w mundurach, czy ściągnąć, czy może jednak płakać.
Na największą uwagę w tym wierszu zasługują stojące na baczność. Piorunują mnie, mrożą. Nie wiedziały, co zrobić. Tak bardzo nie wiedziały, że aż im się zdarzyło coś prawie niemożliwego – powstrzymanie naturalnej reakcji.
Ubrały ją i stały.

Jak, czytając, zwizualizować sobie tak ochłodzone kobiety? Kto wyobraża sobie oddane przyjaciółki i brak lamentu po śmierci jednej? OK, one miały powód, można je wytłumaczyć. Wojna. O Wojnie każdy powie sobie sam, powie sobie dużo.  Ja powiem coś poza prawdziwą historią, coś w nawiasie przypuszczeń, uczuć, wierszowych domysłów. To stanie jest sztywno – ładno –  honorowe, ale i zakłopotane. One też się wstydzą, ale muszą, muszą wytrwać w formie. Co by się stało, gdyby wszystkie wtedy zaczęły płakać i myśleć, że Marysia nie żyje, że one też nigdy nie miały sukienki, że zaraz mogą zginąć, że nie będzie nic na kolację i nie wiadomo, czy Maciek, który podobał się całej paczce druhen, bezpiecznie dotrze z punktu A do C? Wszystko by się posypało. Trzeba było się odciąć, stać godzinę, palić znicze, od czasu do czasu coś napomknąć, pamiętać.

Skoro ten wiersz piorunuje, musi poruszać we mnie coś bardziej blisko – codziennego. Zamienię więc jedno z napisanych już zdań na takie – Nie byłaś na zabawie, a chciałaś . Dodaję newsy z korporacyjnej pracy moich koleżanek i wychodzi podobne odczucie. Skrobie, zastanawia. 



Co robił Frank O'Hara 17 lipca 1959 roku i dlaczego do dziś odczuwamy tego skutki

W lipcu 1986 roku ukazała się rzecz doniosła. Rzecz, bez której, jak twierdzi Wikipedia (ale przysięgam, to samo mam w notatkach z prowadzonych przez dr. Bronisława Maja zajęć z ewolucji poezji polskiej po 1968 roku), nie byłoby ani Świetlickiego, ani Sendeckiego, ani Barana, ani Podsiadły. No, może Podsiadło by był, on raczej jest tak w ogóle. Napięcie pewnie sięga zenitu i ekran wam zaczyna pękać, więc pozwólcie, że je rozładuję: w lipcu 1986 roku ukazał się 7 numer miesięcznika "Literatura w świecie".

Badum tss.

Jeżeli wygooglacie "niebieski numer", to znajdziecie trochę historii; ja tego oszczędzę. Grunt, że Piotr Sommer i spółka wpuścili do polskiej poezji coś dziwnego, co nazywa się "szkołą nowojorską" (podobno termin ten nie funkcjonuje nigdzie poza Polską, ale to nie tylko ten termin tak ma). Nazwiska takie jak John Asbery, Allen Ginsberg, Frank O'Hara, Charles Reznikoff zagościły, co prawda ze sporym opóźnieniem, w polskim świecie poetyckim. Piotr Sommer jest personą w ogóle niezwykłą, ale równie niezwykłe są jego tłumaczenia: niezwykłe, bo dobre, a to wcale nieczęsta rzecz w przypadku poezji. W przypadku poniższym, przyznam, że tłumaczenie podoba mi się nawet bardziej, niż oryginał.

Dzień, w którym umarła Lady Day [The Day Lady Died]

Frank O'Hara rozmawia przez telefon
Jest 18:20 w Nowym Jorku pewien piątek
trzy dni po rocznicy zburzenia Bastylii, aha
jest rok 1959 i wychodzę żeby znaleźć pucybuta
bo o 7:15 wysiadam w Easthampton
z tego o 4:19 a potem idę prosto na kolację

i nie znam ludzi którzy dadzą mi jeść

idę po parnej ulicy zaczyna prażyć słońce
i zjadam hamburgera i piję koktail mleczny i kupuję
szpetnie wydanych PISARZY TRZECIEGO ŚWIATA
żeby zobaczyć co tam
ostatnio słychać u poetów w Ghanie
wchodzę do banku
i pannie Stillwagon (usłyszałem kiedyś że ma na imię Linda)
nawet raz w życiu nie przyjdzie na myśl sprawdzić moje saldo
i u GOLDEN GRIFFINA kupuję Patsy małego Verlaine'a
z rysunkami Bonnarda chociaż właściwie myślę o
Hezjodzie w tłum. Richmonda Lattimore albo o nowej
sztuce Brendana Behana albo o Le Baleon lub Les Negres
Geneta, ale nic, trzymam się już Verlaine'a po tym

jak niemal poszedłem się przespać z dylematem

a dla Mike'a wchodzę po prostu do Monopolowego
na PARK LANE i proszę o butelkę Stregi i
wracam skąd przyszedłem na 6-tą Avenue
i do kiosku w Ziegfield Theatre i od
niechcenia proszę o karton Gauloise'ów i karton

Picayune'ów, i o NEW YORK POST z jej twarzą na wierzchu

i pot już leje się ze mnie i myślę o tym jak
w 5 SPOT oparłem się o drzwi kibla
gdy ona nad klawiatura szeptała Mal Waldronowi
piosenkę i wszystkim i mnie na chwilę zamarł oddech

Żeby nie robić posta historycznoliterackiego, parę słów o tym, co mnie frapuje. Po pierwsze, Dzień... to klasyczny przykład o'harowskiego "I do this, I do that" - chyba nie muszę tłumaczyć, na czym polega ta metoda pisarska. Ale to jest rzecz naprawdę niezwykła: wzięcie jakiegoś wyimka rzeczywistości, standardowych czynności: przesiadek w komunikacji miejskiej, wszamania burgera, wizyty w banku, kupowania papierosów, myślenia o sztuce - i zrobienia z tego doświadczenia wstrząsającego. Pewnie pomaga w tym fakt, że pointa tego wiersza jest bez wątpienia najlepszą pointą napisaną kiedykolwiek, ale sama m o ż l i w o ś ć, dziś być może oczywistość, napisania w ten sposób, zmienia wszystko: poezja nie musi być li tylko o uniwersaliach, wielkich ideach, pisana przez wielkich ludzi, którzy mają nam do przekazania myśli na lodówkę, poezja staje się w takich wierszach zapisem żywego życia. A wiecie, co jest w tym najlepsze? Że wcale nie trzeba w tym grzebać. Nie ma niepotrzebnych metafor. Nie ma dzikich, stylistycznych wycieczek. Nie ma nic, poza codziennością... no dobrze, nie zapędzajmy się tak daleko. Jest trochę więcej. Jest napisanie tej codzienności, przeoczanej i nieuchronnie dążącej do tego momentu, w którym oblewa nas zimny pot.

Pewnie nie mam racji, bo wcale ten O'Hara nie jest taki rewolucyjny. No jasne, że nie. Na skalę światową wystarczy wziąć, bo ja wiem, Verlaina, ale fakt faktem, mało kto dzisiaj czytuje symbolistów czy innych młodopolan do poduszki. Polska poezja powojenna, która lubiła żywić się II wojną światową, traumą, holokaustem, bólem, cierpieniem (co zresztą zupełnie zrozumiałe), a później była wyrazem buntu przeciwko językowi (uogólniam), mogła po lipcu 1986 roku stać się czymś nowym. I to było cholernie cenne.

Zwiastowanie Brunona Jasieńskiego

Zwiastowanie 

1
pytały się raz ciszy
rogówki z twarzą modrą:
„dlaczego nocy czarny dyszel
włazi nam ciągle między biodra?
 
dlaczego, choćżeśmy ładne
i miłość dajemy tanio
nie przyjdzie nigdy do żadnej
prawdziwy biały anioł?
 
dzień zdycha na zachodzie
i z nosa sączy farbę
ach, ciężko jest chodzić co dzień
z nieba olbrzymim garbem!”





To oczywiste, że dziwka jest kobietą. Instynktownie przyzna to każdy – od samej dziwki, przez jej klienta, aż do autorów uczonych rozpraw z rodzaju Bataille'a. Pytanie, które stawia Bruno Jasieński, futurysta, skandalista, naczelny dandys II Rzeczpospolitej i komunistyczny działacz, brzmi zupełnie inaczej: czy dziwka jest człowiekiem?

Jasieński w swojej poezji prezentował, jak na tamte czasy szokujący, dziś już tylko szokująco aktualny, program wrażliwości społecznej; wrażliwości bezgranicznej, całkowitej i totalnej, wrażliwości, która nikogo nie wyklucza spod swoich niewielkich przecież i kruchych skrzydełek.

Mówimy tu o poecie, który przez całe życie, tragiczne przecież i pełne świadomych  wyborów i groteskowych pomyłek, konsekwentnie stawał po stronie herbertowskich „poniżonych i bitych”, ludzi wykluczonych, pozostawionych na marginesie społeczeństwa, które bardzo lubimy idealizować, a które bynajmniej nie należało do przyjaznych ani różowych. Jasieński to nie tylko But w butonierce; to również Śpiew maszynistów, Pieśń o głodzie, Miasto, Zwiastowanie i wiele innych wierszy o zabarwieniu społecznym. 

2
a kiedy usną grzecznie
w objęciach czyichś dłoni
śni im się, że z drogi mlecznej
archanioł schodzi do nich.
 
tuli ich ciała kruche
w mosiężnych ramion żarnach
i długo bezpłodne brzuchy
zapładnia złotym ziarnem.
 
jest wielka cisza w niebie
i słyszą w tej ciszy śpiew czyjś
i kulą nogi do siebie
niezgrabnym ruchem dziewczyn
 
a gdy wracają blade
za mgły błękitnym zamszem,
cienie do stóp im się kładą
i dzwony dzwonią na mszę.
 
jest cisza spełnionych legend
w godzinie świtu rannej.

Dziś jeszcze, po prawie stu latach, trudno znaleźć w polskiej literaturze bardziej kontrowersyjny obraz prostytutki. Oczywiście, przywykliśmy -  jako dzieci popkultury – do o wiele bardziej obrazoburczych poetów, jednak żeby w 1922 roku „rogówkom” przyznać atrybuty boskie, określić charakter ich zawodu jako religijny i zwrócić się do nich z tak bezbrzeżnym współczuciem, błękitnym zamszem empatii, trzeba mieć było mnóstwo cywilnej odwagi.

W tym sensie, jeśli rogówki są świętymi, Jasieński staje się apostołem; apostołem zjawiska, które nazywamy wrażliwością społeczną, a które dzisiaj stało się o wiele powszechniejsze, choć przez niektórych nadal niesłusznie zapominane. 

To właśnie poezja empatyczna, a nie dziwaczne eksperymenty formalne i ortografia fonetyczna jest prawdziwym spadkiem po twórczości Jasieńskiego, prawdziwym jego osiągnięciem. I upierał się będę ze świętym przekonaniem, że niewiele ma to wspólnego z tak chętnie wypominanym mu dzisiaj komunizmem; nie o komunizm tu idzie. Tu idzie o serce.

3
przez miasto długim szeregiem
wracają najświętsze panny