Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zebrało się śliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zebrało się śliny. Pokaż wszystkie posty

#chwilaprzerwy na krytykę zaangażowaną. O wierszu Kopyta i wielu innych poetów

                
#kobane 

 przewijam pasek ze zdjęciami
odciętych głów dziewczyn
które nie miały większego wyboru
niż szybko nauczyć się strzelać
i włożyć mundur
z czerwoną gwiazdą
 
 
trwa medialna noc
ale płoną oblane benzyną
domy i ulice kobane
choć śpią lotnicy bogatych państw
korespondenci jedzą regeneracyjne
posiłki wolny świat mozolnie
walczy z terroryzmem
 
 
ruchliwy jest zwłaszcza wirtualny pasek
ale nie zerwie się na pomoc
mężczyznom i kobietom
staruszkom i dzieciom
otoczonym przez amerykańskie zdobyczne czołgi
leżącym na barykadach i
ubranym w niewłaściwe mundury
z czerwoną gwiazdą
 
 
czerwona może być tylko krew
blednie flaga tureckiej wiosny
kto wspomni przyszłej jesieni
bohaterkę arin mirkan
i tysiące bezimiennych
i nieistotnych
walczących z ludźmi wielkiej wiary
 
 w naszych oczach rośnie w ciemności
finał drżących kotłów ody do radości
przeraźliwie głuchy prostokąt
odbitego ekranu
 
 tak broni się kobane
pamiętaj
kobane
 

To zupełnie naturalne, że poezja podejmuje temat aktualnie toczonych wojen – siłą rzeczy najczęściej tych, które toczą się na Bliskim Wschodzie, względnie jeszcze bliższym wschodzie. Problem w tym, że poziom tematycznych refleksji, pojawiających się u tych słynnych poetów zaangażowanych, jest żenujący. Nie tylko u Szczepana Kopyta.

Kiedy w 2003 roku wojska Koalicji po miesiącu bombardowań wkraczały do Iraku, miałem 11 lat i przekaz z telewizora był prosty: są dobrzy [Amerykanie] i źli [Irakijczycy]. Dzisiaj, czternaście lat później, gdy zaczynam dzień od rundki po stronach Al-Jazeery, gadzinówkach IS i różnych twitterach najdziwniejszych bojówek, od Hamasu po PKK, ośmielę się stwierdzić: używanie kategorii dobra [jakiegokolwiek] i zła [czyjegokolwiek] w kontekście wojny jest najlepszym dowodem na to, że cywilizacja okcydentu niczego się nie nauczyła.

Jakiekolwiek ustalanie skrajnie relatywnych stosunków między stronami walczącymi w Syrii* jest jawną deklaracją: „nie mam pojęcia, o czym właściwie mówię”. W przytoczonym wierszu Kopyta nie ma żadnej próby rozwikłania moralnego węzła gordyjskiego, jest tylko próba ustosunkowania się do problemu, do którego stosunkować się osoba żyjąca w Polsce nie ma moralnego ani logicznego prawa.

Zamiast stygmatyzować samo zjawisko wojny, stygmatyzuje się – konsekwentnie i bez żadnej żenady – zjawisko multizrelatywizowanego przekazu medialnego, który sprawia, że jako obywatele spokojnego kraju w Europie mamy w ogóle jakokolwiek dostęp do tego, co dzieje się gdzieś tam, daleko. Nie bez powodu tytuł Kopyta jest hasztagiem; nie bez powodu w poezji zaangażowanej przewija się bez przerwy motyw ekranu, streamu, protestu internetowego i tak dalej. „Wirtualny pasek nie zerwie się na pomoc”.

Polskiej poezji AD 2017 nie przeraża to, co dzieje się w Kobane, Aleppo, Al-Bab, Homs, Iłowajsku, Mosulu czy Timbuktu, tylko przekaz medialny. Twittera obwinia się o wojnę, bo wojna jest przekazywaną bajką z youtuba, podobną do Kucyków Pony. A to źle – bo trzeba patrzeć [nie można nie patrzeć] i dobrze – bo można otoczyć się bańką medialną [i wtedy X to ci dobrzy]. Widok cudzego cierpienia. Wolelibyśmy nie wiedzieć. Efekt jest podobny do kuriozalnej i chyba nie do końca świadomej refleksji Słomczyńskiego z Latakii:  odczuwam dyskomfort nie dlatego, że tam ludzie giną, tylko dlatego, że ja tu sobie jem arbuza.

Jestem bezwzględnie przeciwny kategoryzowaniu w tak wygodnicki sposób.

*- Syrii, Afganistanie, Nigerii, Mali, Republice Środkowoafrykańskiej, Somalii, Myanmarze, Ukrainie, Meksyku, Sudanie, Pakistanie, Algierii, Burundi etc. etc.


            

Poeci [beep] generation/święta święta i po świętach,

a po świętach przychodzi z reguły czas na ogarnięcie jak spędzić ten jeden wyjątkowy dzień, jeden na 365 z wariacją 366, którego wyjątkowość definiuje przede wszystkim final countdown, rury wypełnione prochem i hektolitry Coвeтcкoe Игpиcтoe. A "poeci [beep] generation ślą sygnał, kurwa mać, alfabetem Morse'a".

Tomasz Bąk, [beep] generation, problem pierwszy i drugi: najlepsze wiersze są za długie, żeby je cytować w całości, i są przesycone bluzgiem najwyższej próby. Bluzgiem potrzebnym, ale też niekoniecznie cytowalnym, jeśli dalej nasz blog ma być czytany przez ludzi wrażliwych; tych, którzy wychodzili po pierwszym, trzecim albo trzydziestym wersie litanii do człowieka-pizdy podczas recytacji Bąka na Stacji Literatura.

Tytuł. [beep]: jednocześnie oczywiste, brzmieniowe i, w pewnej mierze, ideowe odniesienie do Beat Generation, dźwięk sygnału telefonu i wypikanie przekleństwa rzuconego w niewłaściwym miejscu. Książka poetycka nie jest może dobranocką, ale ten rodzaj symbolicznej autocenzury, za którą podąża Bąk w tytułowym [beep] generation, sugeruje, że być może wciąż tak jest, że bastion Poezji (pojmowalnej, powszechnej, obowiązującej, kanonicznej) wciąż opiera się temu, co powinno być jej istotą. I tak:

[Can I scream?].

Być może szukasz czegoś,
co ukoi twe uszy.
Poeci [beep] generation ślą
sygnał, kurwa mać, alfabetem Morse'a.

Być może szukasz czegoś,
co da odpocząć oczom.
Poeci [beep] generation wlepiają
sygnał, kurwa mać, alfabetem Braille'a.

Być może szukasz czegoś,
co uspokoi nozdrza.
Poeci [beep] generation pakują
sygnał, kurwa mać, w puszki z gazem pieprzowym.

Być może szukasz czegoś,
co ujmie cię smakiem.
Poeci [beep] generation kreślą
sygnał, kurwa mać, sambalem na kanapce.

Być może szukasz czegoś,
co dotknie cię do żywego.
Poeci [beep] generation wydrapują
sygnał, kurwa mać, igłami do akupunktury
(...)

Tomasz Bąk, [beep] generation, problem trzeci i czwarty: rzeczywistość w której żyjemy, jest skonstruowana tragicznie, to wiemy wszyscy, a poetów kojących/ uspokajających/ ujmujących/ dotykających do żywego zastąpili poeci wkurwieni. Nie bawimy się w melodię, związujemy poetykę (vide Taranek), nie próbujemy przekrzyczeć ekonomicznego rozpierdolu, który serwujemy sobie codziennie - piszemy wiersze, w których rozdrapujemy ogarniętą powszechną degrengoladą rzeczywistość.

Pijacki, narkotyczny rytm poezji Bąka to oczywiście cytaty z Beatników, głównie Allena Ginsberga. Ale Bąk nie szuka, jak się zdaje, nici porozumienia z tamtym pokoleniem: raczej sięga głębiej, do trzewi idei niezgody, skąd wyciąga tę samą estetykę, ten sam ton. Bo raczej ton, niż krzyk, który sugeruje otwierający cytat "can I scream", a jeśli już, to krzyk w formie modlitwy, litanii: (prawie) ten sam, w którym wznosił swoje bluźniercze modły Ginsberg w Skowycie.

Prawie: [beep] generation jest w końcu książką niezwykle uporządkowaną. Intertekstualną, zgoda, sięgającą do estetyk różnego rodzaju. Ale uporządkowaną w tym sensie, że nie ma tutaj miejsca na specjalne semantyczne rozbicia, przekształcenia i inne tego typu zabiegi. Bąk nadaje sygnał w rytm własnej muzyki, która miejscami łagodzi obyczaje, a miejscami rozpętuje rewolucję.

Apolityczny program polityczny Jakobe Mansztajna

O Jakobe Mansztajnie można pisać na przynajmniej kilka sposobów, dość dobrze już utrwalonych: albo zacząć od klucza "melanchujni" z Piosenki nocnych wioślarzy II (grzecznie powtarzam przypis Mansztajna: "zasłyszane od julii szychowiak"), albo od motywu śmierci lub samobójstwa, rzucającego dramatyczny cień na Studium przypadku. Można też zastosować stary, sprawdzony chwyt i odnieść się do pozapoetyckiej aktywności poety.

Dość trudno czyta się Mansztajna, bez narosłego kontekstu społeczno-politycznego: swoje zrobiło włączenie wierszy z Wiedeńskiego high-life'u i Studium przypadku do antologii młodej poezji zaangażowanej Zebrało się śliny, ale też całe to "skandaliczne" flirtowanie z mainstreamowymi mediami (bo poeci to tylko Planty jesienią, czysta zamiast porządnego obiadu i szlugi na rozpadającym się balkonie).

Dobra, dość hermetycznego bełkotu: Jakobe Mansztajn, poeta rozpoznawalny, pisze Wiersz programowy, warto się temu przyjrzeć. Lubię, bardzo lubię wiersze solidnie zbudowane, brzmiące, dynamiczne, bez kaszlącego rytmu i kulawych przerzutni. To od razu rzuca się w oczy: przez wiersze Mansztajna, nawet, jeżeli cechuje je nieprzeciętna liryczna wrażliwość, idzie się znakomicie. (Zresztą cały Wiersz programowy jest oparty na różnych wariacjach pójścia gdzieś, odejścia, nakazuje przecież "na pełnej kursywie nieprzerwanie iść").

Ale czy da się uciec od kontekstu społecznego? I po co miałoby się to robić? Jest przecież Jan Palach, czeski student, który podpalił się, protestując przeciwko agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1969 roku; są faszyści, prawnicy, nawet ekonomia: cukiernia zamiast księgarni. Ale co mnie fascynuje w poezji Mansztajna, szczególnie tej ulokowanej w Zebrało się śliny między agresywno-pasywnymi (w dobrym znaczeniu, jakkolwiek ironicznie to nie brzmi) wierszami Kamili Janiak a silnie związanymi z wojną na Ukrainie tekstami Dawida Mateusza, to genialna wręcz postawa świadomego obserwatora, który się nie zatrzymuje, choć i "poetę nachodzą wątpliwości" (a "to poważna metafora", jak czytamy w kolejnym wierszu). Dużo tu niezgody na zastaną rzeczywistość, ale jeszcze więcej dynamiki. I ta rzadka w gruncie rzeczy osobista deklaracja: nie agitacja, nie porywanie tłumów. Zresztą to nieprzerwane parcie naprzód to chyba coś więcej niż tylko pusta nadzieja (jakkolwiek pewna wątpliwość wybrzmiewa też w ostatnich wersach). No i ten "jeden wielki gest" na który ma "wystarczyć miejsca": nie widzę tu raczej deklaracji najradykalniejszego buntu w duchu Palacha, choć przecież to w tym kierunku wskazuje drogowskaz z portfela. Wszystko to składa się na bunt, który mi bardzo odpowiada: świadoma refleksja bez popadania w wyraźną deklarację światopoglądową. Nie mówię, że to problem, bo przecież takich gestów nie unikają Konrad Góra, Kira Pietrek czy Ilona Witkowska; po prostu program Mansztajna chyba rozumiem i trafia do mnie to, co pisze, a to wcale nieczęsta cecha poezji tak zwanej zaangażowanej. 






offtop: Słomczyński samochodem, Mansztajn pieszo; następnym razem trzeba będzie znaleźć coś o rowerzystach (przepraszam).