Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasycyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasycyzm. Pokaż wszystkie posty

Trzysta słów o wazie

Czarnofigurowa waza garncarza Eksekiasa                                                                 Josifowi Brodskiemu 
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino
ku jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli
śpi i nic nie wie więc my także nie wiemy
dokąd płynie z prądami bukowa łódź lotna


Wiedzą państwo, czemu okropna jest mitologia w książce Roberta Gravesa o spektakularnie enigmatycznym tytule Mity greckie? Bo jest prawdziwa.

Oczywiście, to jest szalenie ciekawe, obserwować, jak teoria mitu obezwładnia wcześniej niepokonaną siłą historii, patrzeć, jak przypowieści, budzące przecież inspiracje setek artystów, zostają sprowadzone do treści o patriarchacie i matriarchacie, o podbitych i podbijających, o bogach wschodu wymieszanych z bogami zachodu. Fascynujące, ale upiorne, bo też taka mitologia to mitologia wyprana z pewnej romantycznej naiwności, pozbawiona misteryjnego trochę, modlitewnego, naiwnego zastanowienia nad światem i jego konstrukcją.

Wybrany przeze mnie tekst Herberta, ostatniego chyba z tytanów polskiej poezji drugiej połowy XX wieku, który się tu jeszcze nie pojawiał, nie jest wcale specjalnie dla niego charakterystyczny, nie jest też długi. Przepisałem go z pierwszej strony wydanego przez A5 Króla mrówek, zbioru zawierającego prywatną, herbertowską mitologię, którą próbował z powrotem przyoblec w treści. Nie wiem nawet, czy ten utwór trafił do jakichś innych książek poety.

Proszę zwrócić uwagę, jak skonstruowany jest tytuł tego wiersza, którego ignorować, biorąc pod uwagę proporcje, nie wolno, a jak sam wiersz. W tytule zaczynamy od zgrzytliwej czerni, kanciastej figury, przechodząc do wazy, czegoś glinianego, kruchego, ze skorup złożonego, a w dodatku stworzonego przez garncarza, stawiającego językowi naturalny opór i to Eksekiasa, wcale niełatwego do wymówienia. Wiersz z kolei jest płynny jak żywa rtęć – nie tylko mówi o wodzie, o żeglowaniu, co kojarzy się z ruchem posuwistym i miękkim, ale w dodatku sunie przez zdania, w efekcie czego końcowa inwersja nie może zdziwić.

Trzydzieści jeden słów poddanych żelaznemu rygorowi rytmu: od stóp długich po krótkie, od składni współczesnej do przestawki – opowieść o tym, czym jest świat. Najkrótsza definicja mitu.

         

"Antologia hałasu", czyli jak nie pisać o klasycyzmie w tomie na wskroś klasycystycznym, dając na ten przykład postowi chwytliwy inaczej barokowy tytuł

Na początek zastrzegam się, że w kwestii klasycyzmu jestem najbardziej niekompetentny z naszej nieświętej trójcy, a ten post dużo lepiej napisałby Marcin. Dalej będzie już z górki.

Antologia halasu, tom Rafała Skoniecznego wydany w ubiegłym roku w WBPiCAKu wywołał u mnie dzisiaj dziwne wrażenia Pozwólcie, że najpierw nakreślę okoliczności lekturowe. Pojechałem z grupą podopiecznych obcokrajowców na wycieczkę, w samym zwiedzaniu nie brałem udziału i schowałem się przed zimnem na tylnym siedzeniu autobusu. Ponieważ nie potrafiłem grać w grę komunikacyjną kierowców rozprawiających o wyższości scanii nad jelczem, jak największy buc zaszyłem się pod kurtką, pozwoliłem spotifajowi puścić jakieś jazzo-bluesy (na jazzie znam się jeszcze mniej, niż na klasycyzmie, a to kolejny element przydatny w lekturze tego tomu) i zacząłem lekturę. Podstawowy problem: rytm piosenek autorów, których nazwisk nigdy nie pamiętam, sprawił, że nie byłem w stanie zrozumieć tego, co czytam. To znaczy rozumiałem, ale wiecie, bez takiego olśnienia, że wow, muszę to przeczytać jeszcze raz. Ale sam akt czytania wierszy z Antologii hałasu był przyjemny. Regularna forma sonetu, rytmiczność, powściągnięta potoczystość. I zabiegi rodem z Horacego (a to, umówmy się, konkretny poeta, z którego warto się uczyć klasycznej frazy), jak choćby powracający uparcie zwrot do adresata w pierwszym wersie.


Mnie to nie razi, przynajmniej do czasu. Razi mnie deklarowany hałas i to, jak go rozumieć w kontekście tomu na wskroś klasycystycznego. Napis z wyłamanym "ł" w "hałasie" z okładki sugeruje wyłom, ale tego wyłomu trochę tutaj nie czuć, nie widać. Z jednym wyjątkiem: wiersza, który w całej klasycystycznej, a więc, umówmy się, harmonijnej, lecz pustej melodii - zabrzmiał.


Jest co prawda znowu apostrofa na początku, ale zanim znów przewrócę oczami, autor cytuje jedno z najbardziej porażających zdań z literatury polskiej. Potem następuje charakterystyczna dla tego tomu łańcuszkowość: jeden element wyzwala kolejny: drzewa-dżungla-statki-dżuma-pięść-rodzina-modlitwa-las-zwierzęta-drzewa po raz drugi. Nic szczególnego z jednej strony, z drugiej jednak taka quasi-fabularność, trochę podobna do tej z wierszy Szymona Słomczyńskiego, nie jest czymś bardzo dla poezji typowym. Problemem jest to, że fabularność może niebezpiecznie ciążyć ku prozie poetyckiej, która pomrukuje jeszcze na obrzeżach, ale zaraz stanie się przykładem par excellence ściągania z nagradzanych autorów.

Dlaczego ten właśnie wiersz urzeka mnie najbardziej z Antologii hałasu? Dlatego, że wyłamuje się z "hałasu" klasycyzmu, w większości opartego na takim doborze słów, żeby stworzyć dobrze wyglądający sonet. Jasne, nie neguję, że Antologia hałasu opowiada pewną historię: jest tam wątek antyklerykalny, jest wątek miłosny, jest pogłębiona refleksja nad śmiercią i sensem życia. To czemu nie napisać powieści? Klasycyzm, szczególnie ten polegający nad związaniu sobie rąk formą mniej lub bardziej regularnego sonetu, jest trochę jak sonaty (nomen omen) Mozarta: słucha się ich bardzo przyjemnie, nie zaprzeczę. Resztę metafory można sobie dobudować we własnym zakresie.

Barok, barok ratuje nas przed klasycyzmem. Wyłom, przesada, jak chcieliby formaliści rosyjscy - chwyt udziwnienia. I dlatego Antologia hałasu jest tomem znakomitym: bo wśród wielu wierszy, które mogę skwitować miną not bad, może pojawić się taka Wizja lokalna, którą mam ochotę pójść i przeczytać kierowcy autobusu.