Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WBPiCAK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WBPiCAK. Pokaż wszystkie posty

Replay - ze światem raz na zawsze. Podsiadło onewierszstand.

Magda zakłada pończochy samonośne

Jej ruchy są obiecujące jak tytuł tego wiersza,
to poruszenia zwierzęcia,
po którym już widać, że da się oswoić,
chociaż jeszcze biegnie i podrzuca głową.
Rozciąga pończochę, naciąga, puszcza
i gumka z koronką pewnie, po królewsku zaciska się na udzie.
Ten gest mówi: rozprawiłam się ze światem raz na zawsze.
O, słodyczy nieprawd! Wstaje i idzie, a światło czepia się
jej skóry. Tytuły jej e-maili też są obiecujące:
„Poszukiwacze złota”, „Z Tobą, o Tobie”,
„W czymś zupełnie innym”, „Przenoszenie uwagi”,
„Oddychanie” i ten „Bylibyśmy pierwsi”.
 

Powiedzcie dziennikarzom, że zdarzenia muszą się odstać.
Kiedy się kochamy, często nam się zdarza
długo patrzeć sobie w oczy i to daje światu jakiś
punkt zaczepienia. Gdyby jej uda oplotły moje biodra
jak korzenie kamień, gdybyśmy nie przestali, gdybyśmy
nie odpowiadali na pukania w sprawie zmiany ręczników,
gdyby nas nie znaleziono i gdyby się nie dało
oderwać nas od siebie, bylibyśmy pierwsi
.

Najgorsze jest to, że ona stale jest. Stoi i ręka po nodze, delikatnie, pod włos (którego nie ma, bo może Magda to nie tylko mżawka i światło, może Magda to gładkość?), ciągnie. A pończocha za ręką, opornie, choć ślisko, hop – układa się. Przez chwilę ścisk. Ciśnienie opada. Rozkłada wiotki ciężar. Leży i żyje, a i to tak łatwo można przerwać. (St)ale jest.

Były maile, a w nich sreberka, złotka – takie zlepki liter, którym do obrazu jest tak blisko jak do Żabki z każdej uliczki miasta (niezależnie od tego, gdzie mieszkasz, Czytelniku). Da się je przywołać – etykieta Magda. Może z nazwiskiem, ale po co , skoro Magda jest raczej jedna. Nawet, jeśli Magd byłoby kilka, w tym momencie – w momencie play włączanej obserwacji, kadr obejmuje tę naszą.

Później wstaje i idzie. 
Więc jeszcze raz. Stoi i ręka po nodze, delikatnie, pod włos (…)
Jest, bo została
obrazem, który da się odtwarzać, ciągle gwałcąc replay (języku postów, pozdrawiam!). To jest pierwsza zwrotka.
Gdybyśmy się zatrzymali jednak tylko przy niej, czy byłoby tak rzewnie? A skądże! Dobrze
jest mieć taką kobietę, która zakłada pończochy, jakby się rozprawiała z całym bożym światem. Dobrze mieć taką Magdę, o której jest w każdym zdaniu. Od której maile nie są pod Magdą. Przychodzą, gdy klikniesz odbierz. Przychodzi, gdy powiesz rozbierz. I tak dalej.
Sprawa się (od)stała. Więc zamiast i tak dalej, wspomnijmy tym podobne. Bo istnieją straty – choćby pieniędzy
w fontannach, do których się nie wraca. I w ludziach – te są podobno największe. A jak być z nimi na gładko? Łagodzić dobrym trybem. W końcu nostalgia jest łatwiejsza od twardego smutku. Bylibyśmy pierwsi – to prawie nadziejne. Bo gdyby nie jeden ruch, albo brak ruchu, to to by było już – prawie. Prawda? Bylibyśmy pierwsi?




Nic, czyli zastępcze rozważanie o czwartej nad ranem. Grzebalski.

Pierwszy raz o wierszu w nocy, albo tak rano, że nie wiadomo, jak to rano nazwać. Ranne rano?

Są takie ranki (ranne). Mieszkanie marzło (otwarte nazbyt na oścież). Wchodzę. Dmucham. Siedzimy – kurtka (czerwona) i koc (krata). Za(k)ratowani, zak(r)atowani. Otwieram, chybił trafił, i nic. Nic. Niedomiar. Grzebalski. Książka z pułki, potrzeba wiersza, trzeba się schować. Kupiłam zeszłorocznie, na Śląsku. Tam też pewnie nic – najpewniej noc, no(c).


Nic

Chodziło o miłość.
O miłość. Języki deszczu,
kiedy miłość. Słupy
dymu, kiedy miłość.
Sen jak mury, kiedy miłość.

Chodziło o miłość.
O miłość. Stopy o podłogę,
kiedy miłość. Ciało
w ciało, kiedy miłość.
Gzyms radości, kiedy miłość.

I nic. Dym w gardle.
Języki deszczu o asfalt.
Wiatr w usta, śnieg:tarcza
ciemności. Chodziło
O miłość. O miłość.

Jeśli nie chodzi miłość, chodzi o pieniądze, o jedzenie, uwagę, nutkę zemsty (więc znowu jakąś miłość). Jeśli jednak o nią, tak naprawdę – to już nie chodzi. Albo rzadko chodzi. Raczej biega. Szaleje,  prędko się toczy (z góry z radości albo inaczej – do pojemnych czarnych, ocznie mokrych dziur idealnie mieszczących smutnych ludzi w ilości jeden na dziurę i nigdy nie znajdziesz).

Emocjonuje niezależnie od treści – pusta czy pełna. Jeśli pełna, napełnia. Jeśli pusta, zapuszcza; puszcza usta – kąciki kleją się do brody – nie odkleisz. Zmienia, rozmienia na cząstki czas – wtyka do snów słodkie/słone słowa i słone/słodkie twarze. Waży uważność, mnie pamięć, składa w samoloty i jeśli nie wyjdzie, zostaje na długi czas: przypomina miną – nic się nie wydarzyło, nie chodziło  o miłość, albo – kradnąc prawie ostatni wers:

ciemności. Chodziło
o miłość.

Wysiedziane miejsce? Pasewicz.

Po przeczytaniu nowego Pasewicza, doszłam do wniosku – nic nowego.  Kolejny rok i kolejna książka – najwyraźniej spełniło się zapisane w Miejscu: zrobię to, co zawsze, rozgadam się i nie zatrzymam wcale (Blitzkrieg).  Jak zauważył Maciej Topolski, podczas krakowskiego spotkania z Autorem, Pasewicz niespecjalnie się zmienia. Przyjmuje formy, których możemy się spodziewać, sięgając po kolejną książkę. Nie mnie oceniać, czy to dobrze. Zauważam i staram się nazywać te zauważenia. Znów pojawia się nieskrępowana biologiczność przekazu – zatopienie myśli w ciele – w każdej, nawet najmniejszej,  komórce i – znowuż, obserwacyjność małych sytuacji – w ostatnich latach czule pielęgnowana, ze stałego miejsca w Miejscu – po lewej stronie, nieistniejącego od stycznia, baru.


Zatopione w ciele myśli są jego częścią tak, jak właściwe ciało jest ich zlepkiem. Stając się ciałem, język miejscowych wierszy, nabiera konkretnego kształtu, bardziej przystępnego zwykłemu bywalcowi pubów.  Ten kształt łatwiej nam poznać, bo jest możliwy do zaobserwowania, jest realny, jest ludzki. Od śledzenia ruchów i zachowań ciał, przechodzimy do wrażeń, które te ciała przywodzą, następuje nazwanie i stopniowe wynoszenie ich, w skndensowanej wierszem formie, na coraz bardziej uniwersalne poziomy rozumienia, które mogą ulec coraz szerszej interpretacji. Można zatrzymać się na poziomie obrazka z Estery 1 (pomagając sobie WBPiCAKową okładką) i dzięki wierszom odtwarzać, już nieczynne, wnętrze. Można iść dalej, pokluczyć chwilkę i znaleźć się wyżej o kilka stopni na poziomie fascynacji procesami, które zachodzą wewnątrz każdego, kto zajmuje miejsce przy stoliku.  Są pewnie tacy, którzy powiedzą, że Edward się zasiedział, że powinien się przejść, przewietrzyć. Że dosyć już mitochondriów, piwek, posiadówek, chłopców, dziewczyn i zwierzątek. Sama byłam bliska podobnemu przekonaniu. Zasiedzenie to kwestia poetyki, którą się obierze. Jak mówił ostatnio Pasewicz – to kwestia, po prostu, widzenia świata w określony, usystematyzowany (jeden) sposób.

Może właśnie  o to chodzi, żeby na tej naszej małej poetyckiej trawce, wysiedzieć sobie własną przestrzeń, którą będzie widać nawet, jeśli się już wstanie?

Poza tym, siedzenie w miejscu może być przyjemne, może być potrzebne, może być zwyczajnie ciekawe, albo  jak mówił kiedyś Jakobe Mansztajn i (w innej sytuacji) Wojciech Bonowicz, stać się świadectwem pracy myśli. Nie musi być epokowe, nie musi stanowić przełomu. Może być ciągiem dalszym obserwacji autora, który odcina się od powszechnego obecnie egotyzmu, zwracając uwagę na wszystko inne, co oprócz niego, jeszcze się rusza. 

Dla zaintereowanych i nieposiadających ksiażki, wrzucam Weronal, o którym miałam tu pierwotnie napisać (a było to zanim skłoniłam się do generalnych pospotkaniowych refleksji).

Weronal

Najpewniej od dźwięków, gdy zaczęły znaczyć,
gdy zlepiły się z tkanka i powietrzem, gdy
umówiły się ze światłem, że też będą świecić,
wziął się strach przed ciemnością

Dlatego zawsze masz jakąś latarkę,
może paść prąd i trzeba będzie pójść do piwnicy
albo do knajpy wpadną chłopcy,
którzy nie lubią dyskutować o cielesności języka,
walą w mordę po ludzku i narodowo.
Po ich wyjściu można dać sygnał,
że jeszcze się żyje.
Pstryk, latarko, pstryk, litero, pstryk, rozmowo.
Pstryk, krwinki czerwone i leukocyty
zdezorientowane rozmową,
schnące na szarym linoleum

Bliskość, której nie można wymawiać. Karol Ketzer; onewierszstand.

Widziałam wiele forów internetowych, na których 13 letnie dziewczynki (albo dziewczynki zdecydowanie starsze) pytały się nawzajem jak się bliskość robi i jak to wyliczyć, żeby znaleźć się na odpowiednim miejscu; w odpowiedniej, szczęśliwej lokalizacji. Trudne rzeczy. Liczy się trudno. Rozmarzone dziewczęta miewają problemy z matematyką. Wyliczają – raz odezwie się on, raz ja, a skoro teraz ja, to nie mogę potem raz jeszcze, bo się świat zawali; a z upragnionych lokalizacji zostaną nici. Czekają aż coś się wydarzy, patrząc z deszczowych okien swoich małych pokoików. Jeśli akurat nie płaczą, to być może właśnie, ocierają łzy koleżanek (za panów się nie wypowiem, chyba nie potrafię).


Na bliskość

Anatematyka nie przestaje przeliczać na wylot,
zaleca szczególną ostrożność. W przybliżaniu
najważniejszy jest dystans.

- Każda nieskończoność ma dwa końce - anatematyka żartuje,
zanim wyzna ku toksycznym od-do.
Wyrachowani do półprzytomności
liczymy siebie jak ostatnie monety na drżącej dłoni.
Chwiejna nadzieja, że starczy,
pokazowa pewność, ze jest w sam raz.


Matematyka jest gdzieś zawsze na początku nieśmiałych bliskości. Matematyka na temat bliskości – anatematyka? Może trochę, chociaż nie przekonuje mnie to zbytnio. Najbardziej kojarzy mi się z imieniem którego nie wolno wymawiać, z nazywaniem tak dookoła – żeby nie było, że nazwę, bo jak to zrobię, rzecz pryśnie, rozleje się, skończy, albo po prostu ktoś jej zaprzeczy.
Anatematka (…) zaleca szczególną ostrożność. W przybliżaniu
najważniejszy jest dystans
– cudowna wieloznaczność wersów. W anatematyce można się zawieść samemu i zawieść kogoś, zaokrąglając (padają słowa: mylisz się, to nie to), licząc za szybko (tobie to tylko o to chodzi!), ale też dukając, gubiąc się w działaniu (można czekać wieki!). Najgorsze jest to, że w tej dziedzinie nic nie jest definitywne, nic nie jest powiedziane. Opiera się na grach w oczekiwania i domysły, wrażliwości i gniewy, opiera się na grze w obserwację, w interpretowanie dziwnych umysłowych metapoziomów. Jest to zabawa, w której nie można zadawać pytań wprost, można tylko czasami (wersja dla odważniejszych) pokazać coś nieśmiałym gestem.
Jeżeli gra w gesty się uda, można liczyć dalej aż do wyliczenia; jesteśmy odtąd dotąd – ode mnie do ciebie; odcinek bez nazwy. Więc pracuje się znowu, żeby zostało tak, jak jest, albo jeszcze lepiej . Dobrze jednak nie mówić  – jest lepiej, bo pryśnie, rozsypie się, skończy. 
Anatematyka się śmieje, a im ręce się trzęsą, marzną.  Marzną, trzęsą się, czyli pewnie jeszcze jakoś są. I tu się trzeba zgodzić – jest w sam raz. Nic nie trzeba wyliczać. 

"Antologia hałasu", czyli jak nie pisać o klasycyzmie w tomie na wskroś klasycystycznym, dając na ten przykład postowi chwytliwy inaczej barokowy tytuł

Na początek zastrzegam się, że w kwestii klasycyzmu jestem najbardziej niekompetentny z naszej nieświętej trójcy, a ten post dużo lepiej napisałby Marcin. Dalej będzie już z górki.

Antologia halasu, tom Rafała Skoniecznego wydany w ubiegłym roku w WBPiCAKu wywołał u mnie dzisiaj dziwne wrażenia Pozwólcie, że najpierw nakreślę okoliczności lekturowe. Pojechałem z grupą podopiecznych obcokrajowców na wycieczkę, w samym zwiedzaniu nie brałem udziału i schowałem się przed zimnem na tylnym siedzeniu autobusu. Ponieważ nie potrafiłem grać w grę komunikacyjną kierowców rozprawiających o wyższości scanii nad jelczem, jak największy buc zaszyłem się pod kurtką, pozwoliłem spotifajowi puścić jakieś jazzo-bluesy (na jazzie znam się jeszcze mniej, niż na klasycyzmie, a to kolejny element przydatny w lekturze tego tomu) i zacząłem lekturę. Podstawowy problem: rytm piosenek autorów, których nazwisk nigdy nie pamiętam, sprawił, że nie byłem w stanie zrozumieć tego, co czytam. To znaczy rozumiałem, ale wiecie, bez takiego olśnienia, że wow, muszę to przeczytać jeszcze raz. Ale sam akt czytania wierszy z Antologii hałasu był przyjemny. Regularna forma sonetu, rytmiczność, powściągnięta potoczystość. I zabiegi rodem z Horacego (a to, umówmy się, konkretny poeta, z którego warto się uczyć klasycznej frazy), jak choćby powracający uparcie zwrot do adresata w pierwszym wersie.


Mnie to nie razi, przynajmniej do czasu. Razi mnie deklarowany hałas i to, jak go rozumieć w kontekście tomu na wskroś klasycystycznego. Napis z wyłamanym "ł" w "hałasie" z okładki sugeruje wyłom, ale tego wyłomu trochę tutaj nie czuć, nie widać. Z jednym wyjątkiem: wiersza, który w całej klasycystycznej, a więc, umówmy się, harmonijnej, lecz pustej melodii - zabrzmiał.


Jest co prawda znowu apostrofa na początku, ale zanim znów przewrócę oczami, autor cytuje jedno z najbardziej porażających zdań z literatury polskiej. Potem następuje charakterystyczna dla tego tomu łańcuszkowość: jeden element wyzwala kolejny: drzewa-dżungla-statki-dżuma-pięść-rodzina-modlitwa-las-zwierzęta-drzewa po raz drugi. Nic szczególnego z jednej strony, z drugiej jednak taka quasi-fabularność, trochę podobna do tej z wierszy Szymona Słomczyńskiego, nie jest czymś bardzo dla poezji typowym. Problemem jest to, że fabularność może niebezpiecznie ciążyć ku prozie poetyckiej, która pomrukuje jeszcze na obrzeżach, ale zaraz stanie się przykładem par excellence ściągania z nagradzanych autorów.

Dlaczego ten właśnie wiersz urzeka mnie najbardziej z Antologii hałasu? Dlatego, że wyłamuje się z "hałasu" klasycyzmu, w większości opartego na takim doborze słów, żeby stworzyć dobrze wyglądający sonet. Jasne, nie neguję, że Antologia hałasu opowiada pewną historię: jest tam wątek antyklerykalny, jest wątek miłosny, jest pogłębiona refleksja nad śmiercią i sensem życia. To czemu nie napisać powieści? Klasycyzm, szczególnie ten polegający nad związaniu sobie rąk formą mniej lub bardziej regularnego sonetu, jest trochę jak sonaty (nomen omen) Mozarta: słucha się ich bardzo przyjemnie, nie zaprzeczę. Resztę metafory można sobie dobudować we własnym zakresie.

Barok, barok ratuje nas przed klasycyzmem. Wyłom, przesada, jak chcieliby formaliści rosyjscy - chwyt udziwnienia. I dlatego Antologia hałasu jest tomem znakomitym: bo wśród wielu wierszy, które mogę skwitować miną not bad, może pojawić się taka Wizja lokalna, którą mam ochotę pójść i przeczytać kierowcy autobusu.

Poeci [beep] generation/święta święta i po świętach,

a po świętach przychodzi z reguły czas na ogarnięcie jak spędzić ten jeden wyjątkowy dzień, jeden na 365 z wariacją 366, którego wyjątkowość definiuje przede wszystkim final countdown, rury wypełnione prochem i hektolitry Coвeтcкoe Игpиcтoe. A "poeci [beep] generation ślą sygnał, kurwa mać, alfabetem Morse'a".

Tomasz Bąk, [beep] generation, problem pierwszy i drugi: najlepsze wiersze są za długie, żeby je cytować w całości, i są przesycone bluzgiem najwyższej próby. Bluzgiem potrzebnym, ale też niekoniecznie cytowalnym, jeśli dalej nasz blog ma być czytany przez ludzi wrażliwych; tych, którzy wychodzili po pierwszym, trzecim albo trzydziestym wersie litanii do człowieka-pizdy podczas recytacji Bąka na Stacji Literatura.

Tytuł. [beep]: jednocześnie oczywiste, brzmieniowe i, w pewnej mierze, ideowe odniesienie do Beat Generation, dźwięk sygnału telefonu i wypikanie przekleństwa rzuconego w niewłaściwym miejscu. Książka poetycka nie jest może dobranocką, ale ten rodzaj symbolicznej autocenzury, za którą podąża Bąk w tytułowym [beep] generation, sugeruje, że być może wciąż tak jest, że bastion Poezji (pojmowalnej, powszechnej, obowiązującej, kanonicznej) wciąż opiera się temu, co powinno być jej istotą. I tak:

[Can I scream?].

Być może szukasz czegoś,
co ukoi twe uszy.
Poeci [beep] generation ślą
sygnał, kurwa mać, alfabetem Morse'a.

Być może szukasz czegoś,
co da odpocząć oczom.
Poeci [beep] generation wlepiają
sygnał, kurwa mać, alfabetem Braille'a.

Być może szukasz czegoś,
co uspokoi nozdrza.
Poeci [beep] generation pakują
sygnał, kurwa mać, w puszki z gazem pieprzowym.

Być może szukasz czegoś,
co ujmie cię smakiem.
Poeci [beep] generation kreślą
sygnał, kurwa mać, sambalem na kanapce.

Być może szukasz czegoś,
co dotknie cię do żywego.
Poeci [beep] generation wydrapują
sygnał, kurwa mać, igłami do akupunktury
(...)

Tomasz Bąk, [beep] generation, problem trzeci i czwarty: rzeczywistość w której żyjemy, jest skonstruowana tragicznie, to wiemy wszyscy, a poetów kojących/ uspokajających/ ujmujących/ dotykających do żywego zastąpili poeci wkurwieni. Nie bawimy się w melodię, związujemy poetykę (vide Taranek), nie próbujemy przekrzyczeć ekonomicznego rozpierdolu, który serwujemy sobie codziennie - piszemy wiersze, w których rozdrapujemy ogarniętą powszechną degrengoladą rzeczywistość.

Pijacki, narkotyczny rytm poezji Bąka to oczywiście cytaty z Beatników, głównie Allena Ginsberga. Ale Bąk nie szuka, jak się zdaje, nici porozumienia z tamtym pokoleniem: raczej sięga głębiej, do trzewi idei niezgody, skąd wyciąga tę samą estetykę, ten sam ton. Bo raczej ton, niż krzyk, który sugeruje otwierający cytat "can I scream", a jeśli już, to krzyk w formie modlitwy, litanii: (prawie) ten sam, w którym wznosił swoje bluźniercze modły Ginsberg w Skowycie.

Prawie: [beep] generation jest w końcu książką niezwykle uporządkowaną. Intertekstualną, zgoda, sięgającą do estetyk różnego rodzaju. Ale uporządkowaną w tym sensie, że nie ma tutaj miejsca na specjalne semantyczne rozbicia, przekształcenia i inne tego typu zabiegi. Bąk nadaje sygnał w rytm własnej muzyki, która miejscami łagodzi obyczaje, a miejscami rozpętuje rewolucję.

Bez gołębi z listami na nóżkach – o © Tomasza Dalasińskiego


Zazwyczaj piszę o tekstach, które mnie dotykają mocno, nie pozwalają przejść obok, zatrzymują. Skupiałam się ostatnio na zaskoczeniach pozytywnych, a wiersze, przecież, mają budzić najróżniejsze emocje. Nie muszą to być jedynie; wzruszenie, smutek, radość, strach  –  jak to mówi dwóch moich znajomych – góry smutek, umieranie. Można się zetknąć również z nieswoją poetyką. Można wierszy nie czuć, ale wiedzieć, że na sto procent ktoś dostrzega w nich coś wyjątkowego. W końcu są wydane, czyli jakoś zauważone. Autor jest doceniany. Ja się z tym nie kłócę.
Próbuję więc znaleźć w jego książce coś najbardziej dla mnie, żeby przebić murek, który przy pierwszym czytaniu się między nami zbudował. Odcinam się od pierwszego wrażenia, szukam punktu, w którym się zaczepię. To będzie Lato.

Tylko do tego miejsca. Dalej trochę później.
Tak się nigdy nie mówi. Pyta się: dlaczego?

Powtarza się i tęskni. Idzie się na obiad.
Czyści buty i zęby, słucha indie rocka.

Et caetera, słoneczko. Korzystamy z lata.
Jeszcze jedna ulica, potem koniec drogi.

Za chwilę odejdziemy, pożywni i smaczni:
my w czarnych fatałaszkach, on ubrany w drewno.

Zaczepiam się w Lecie. Zatrzymuje mnie. Czyli mamy z autorem kompromis. Coś na nie, coś na tak. Wybaczcie, wrócę do ogółów, znów do całości  ©, bo Lato każdy sobie, jeśli chce, zobaczy. Trochę się potłumaczę. Jak już pisałam, nie za dobrze czyta mi się Dalasińskiego. Nie odmawiam mu, jednak, pomysłu, nowoczesności, mocnego osadzenia we współczesnym języku internetu, w slangu, w znaczeniowych gierkach. Takie teksty są potrzebne. Pokazują, że poezja może korzystać z wszelakich nowości. Nie musi się w niej pisać listów na czerpanym papierze i przyczepiać białym gołębiom do nóżek. Można pisać maile, pić kawę Nescafe, albo chodzić do Tesco, myśleć o śmierci Anny Przybylskiej, czy sylwestrowych zamieszkach.  Autor zestawia obchodzące nas na co dzień – nazwijmy to górnolotnie – życiowe sprawy (każdy instynktownie poczuje, o których sprawach mowa), z odrapanym otoczeniem pełnym hot dogów w zestawie z colą za 7,50. Obchodzi je naokoło – jak śmierć w Lecie, ironizuje, zapętla. Usilnie produkuje komunikaty, mimo tego, że kilkukrotnie wspomina w © o jakimś rodzaju niekomunikatywności.

To się może podobać. Tom jest pod tym względem ciekawy i, zapewne, nie tylko pod tym. W trakcie pisania tekstu, zaczynam się zastanawiać, czy może to nie spowodowało, że książka zaczęła mówić do mnie bardziej. Przeskakuję formę, widzę więcej treści. Zastanawiam się, co mi się podoba w tym, czego nie czuję. To dobra lekcja czytania poezji. Bardzo polecam. Budzi emocje i zastanowienia, a przecież o to chodzi. 

Akwarelą - "Nice" Barbary Klickiej

Wiele jest w tym tomie znaków zapytania, a to by się zgadzało, bo skoro wiele jest znaków zapytania, to wiele pytań, wiele też spostrzeżeń i próśb, mało za to stwierdzeń, mało ekskatedry, wiele, bardzo wiele niezrozumienia świata. A przecież – pozwolę sobie na ekskatedralne stwierdzenie – niewiele jest rzeczy piękniejszych niż niezrozumienie świata.  W związku z tym tomik Klickiej przekonuje mnie, mówiąc szczerze, dużo bardziej niż cokolwiek o czym już tutaj pisałem.

To książka bardzo kobieca, co jest równie rzadkie, co ożywcze. Niewiele poetek pozwala sobie na bycie poetkami – większość jest poetami, tylko piszącymi o kobiecych sprawach. Klicka o kobiecych sprawach mało, za to prezentuje nam poezję damską w pełnym wymiarze i na każdej warstwie, kontynuując całkiem bogatą w polskiej literaturze tradycję, jak dotąd zakończoną na Poświatowskiej. Tradycję poezji delikatnej, czasem przesadnej, czasem przejmująco smutnej albo czułej, a przede wszystkim obrzydliwie, rozpaczliwie szczerej.

Trudno wybrać z Nic wiersze na których można te tezy zilustrować (och, jak wygodnie!), bo to zjawisko objawia się punktowo – w pojedynczych zdaniach, sformułowaniach, powtórzeniach. Przy całej subtelności tych utworów przeprowadza się tutaj brutalną, bezpardonową wiwisekcję rzeczywistości, której wyniki wcale nie są specjalnie pocieszające, bo ta wiwisekcja nie prowadzi do niczego (!), a zostawia stertę resztek. Rozgrzebanie istnienia ma swoją cenę.

Z kobiecością kojarzy się też kompozycja, przypominająca gradient. Klicka zaczyna mocnym otwarciem, silną refleksją, którą następnie stopniowo rozmywa, rozcieńcza coraz bardziej, żeby w środku zadać pytania, których wcale nie chce się usłyszeć, a zakończyć fałszowaną tuszem farbką, ledwo kryjącą papier. 

Nawiasem mówiąc, to kolejne skojarzenie, które przychodzi mi do głowy na myśl o Nicach – akwarela. Delikatne obrazowanie, stojące w sprzeczności do filozoficznie brutalnego obrazu świata, który się za nim kryje, tworzy wspaniały dysonans: 

Zatoka 
Morze wlało się przez otwarte okna.
Słona zatoko – jesteś miękka w środku,
jesteś miękka wszędzie; unieś do mnie biodra.
Unieś do mnie biodra i poć się na srebrno.  
Gdy zanurzam palce, pachniesz mgławicami,
pachniesz jak glony, które z Ciebie zdrapię,
żeby ci je oddać. Woda w twoim pępku,
cierpka przyjaciółko, w innej opowieści 
niosłaby mnie falą na jakieś przedmieście.
Ale spójrz – patrzę, gdy zamykasz oczy
i ciągle tu jestem. Ten flesz jest święty,
zakładko na piasku, po nim stąd wyjdziemy.

Mógłbym tak pisać jeszcze długo. Tak się często mówi: „to długa historia”, „długo by opowiadać” – i raczej unikam takich frazesów  – skoro nie ma się czasu mówić, to po co otwierać usta? W tym wypadku jednak muszę się złamać i napisać szczerze: to nie jest tom, o którym powinno się pisać w trzech tysiącach znaków. Dlatego skończę teraz, już, gdy w tekście jest drobny okruch tego, co chciałbym powiedzieć. 

Przed rozluźnieniem pięści - Matecznik, Małgorzata Lebda

pierwsze dni wiosny: lektura
porządkowanie papierów przeglądanie lekarskich adnotacji
jakby miało się nadzieję na odwrót pośród aktów własności
papierów z gminy ostatnich numerów „pszczelarstwa”
książka

pachnie klubowymi obserwuję na papierze wstydliwe ślady
ojcowskiej lektury na mszy proboszcz cytuje z niej fragment
wiersza który ma świadczyć o miłości czuję wstyd
bowiem nie świadczy

podczas podniesienia rozluźniam pięści uspokaja mnie
dopiero myśl o ulubionym scyzoryku ojca
który włożyłam do trumny
na chwilę przed

To była – jak się okazało – dosyć naiwna nadzieja, że traumę można przepracować jedną książką. Bo czy da się tego dokonać w ogóle? - tak mówiła Małgorzata Lebda – autorka Matecznika w wywiadzie przeprowadzonym dla Fragile. Więc (nie zaczynaj od "więc"!) – jak to jest –  czy już się udało z tą traumą? Można powiedzieć – niby tak – widać pracę, widać temat relacji rozłożony na 31 wierszy. To naprawdę dużo. Nie tym podobno należy się martwić, czytając poezję, ale kusi, więc (więc!) – jeszcze raz – gdzie widać tę pracę? Może w niewyraźnej twarzy ojca i chłodach, surowościach miejsc, w których twarz przebywa, w jego spojrzeniach na córkę – córeczkę tatusia, do której – być może – nie mówiło się głośno kocham? Wspomniane elementy ożywiają to, co było, albo to, czego brakowało. Trudne – niejeden nie chciałby ich przywracać, prawda?

W pewnym momencie oswajania traumy jest tak, że dużo się milczy – wydarzenia, osoby, smaki, zapachy, miejsca przerażają, ale nie da się jeszcze o nich opowiadać. Cały czas wydaje Ci się, że tamto zdarzenie, osoba, rzecz jest stale teraz, stale obok Ciebie. Najcudowniejszym efektem pracy jest odzyskanie zdolności opowiadania historii – zrekonstruowanie wydarzeń i nabranie do nich pewnego dystansu, wytłumaczenie ich sobie, włączenie do życia w postaci bardziej uporządkowanych, niż nieuporządkowanych wspomnień. To się udało! Łączy się, jak najbardziej – z amokiem pisania, rozpamiętywania, o którym wspominała Lebda. Skutkuje szybkim powrotem dawnej historii, dzięki wcześniejszemu stopniowemu wprowadzaniu się w pisanie o niej, pisanie nią  – dzięki pozwoleniu sobie na odzyskanie zdolności mówienia. Wiadomo – nie musi to oznaczać pełnego ozdrowienia, ale dużo, bardzo dużo zmienia, układa – niezwykle pomaga.

Koniec przypuszczeń. Wracamy do wiersza. Dlaczego wybrałam ten? Najbardziej dotyka, skrobie, boli – ojciec, o którym była cała książka, umiera. Tak po prostu (bo w Mateczniku – chociaż odpamiętany – jest niewątpliwie żywy - mówił nawet do nas!). Wspomnienia ML się kończą – zamykają się wraz z wiekiem trumny. Warto pamiętać –  ona zamyka się już po raz drugi. Przed tym jednak, Córka opowiada o trudnej, ale kształtującej ją mocno relacji. Pozwala jej odejść dopiero w przetworzonej formie. Przed wspomnianym odejściem, Autorka daje sobie prawo do pewnego gestu – zwraca ojcu ulubiony scyzoryk, którym uczył ją pracować we krwi. Nauka się powiodła. Już może rozluźnić pięści.