Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersze. Pokaż wszystkie posty

Czy Tomasz Pułka jadł activię? [ZOBACZ WIĘCEJ]

Domki wczasowe mają to do siebie, że wieczorami robią nastrój; nic – tylko siedzieć na balkoniku (zdrabniajmy po krakowsku), przy kwiatach, przy suszarce na ręczniki, przy kiełbasce, przy winku, przy kanapeczce z plasterkiem łososia. Bajka w drewnianej otoczce. Chyba że znajdzie się grupka dymiących grillem – palących tak, że robi się z niego znicz. Wtedy myślę sobie: można by się kiedyś zdenerwować i okazać to jakoś publicznie. Na przykład ten sprzęt wywalić – niech biedne resztki różowych trupów potoczą się, gdzie pieprz rośnie.

Postawmy w tej sytuacji Tomasza Pułkę. Myślę, że zareagowałby jakoś zabawnie, albo, mówiąc popularnie, wkurwiłby się i coś sąsiadom powiedział, oczywiście w sposób godny zapamiętania. Zależy, czy byłby przed, czy po, czy w trakcie. Przy sławnym grillu, w wyobraźni, widzę tabliczkę z QR kodem.

Tak się na niego patrzy: legendarnie, wchodzi i BUM. Pułka pisał w jednym z wierszy, że chciałby być raczej postrzegany nisko, zajmować zacienione rejony. Na ulubionej przeze mnie drodze od światła do świata, umiejscawiał się – jak mniemam – w półcieniu, który konieczny jest zarówno przed naturalnym końcem, jak i początkiem światła. Zero kantów, tylko płynności. Pozdrawiam fizyków.

Zrobiło się nadęcie. To denerwujące. Mieliśmy w małym poetyckim światku taki fajny, ciemny pokój, do którego zaglądało się tylko czasem, o którym mówiło się nocnie, pokątnie, o którym miało się informacje tylko pobieżne. Książki niemalże spod lady, okładki odbijane w kserze, śledzone blogi, przewertowany internet, nieznośne niedosyty. Z Tomaszem było jak z dobrym serialem, który się kończy przed spadkiem oglądalności, powodując płaczliwe skargi widzów.  Teraz mamy jasny pokój, który wyoglądany na dziesiątą stronę, zacznie nudzić. Tego się boję.

Zostaliśmy wpuszczeni do świata, który, moim skromnym zdaniem, powinien być jeszcze przez parę lat ukryty. Poeta, jako artysta i człowiek, dysponuje prawem do pewnego rodzaju autokreacji. Nie musi mówić i pisać, jak jest naprawdę. Jeśli chce, to może, jasne. W wywiadach ma prawo stwierdzać, że to, co czym pisze, nie ma związku z jego prywatnym życiem - że to wymyśla, bo przecież kto jest na tyle głupi, by osądzać (tu wybitna anegdotka ze spotkań z poetami), dajmy na to Stephena Kinga o planowanie i dokonywanie zabójstw? Kto by sądził lidera zespołu Boys w sprawie licznych flirtów z kobietami, o których jest przecież pełno w jego tekstach, stanowiących niewątpliwą wartość kulturową? Wracając do wytartej jak modne jeansy myśli – kreuje się, tworzy na bieżąco siebie z odpowiadających mu prawd, zabiegów i półprawd, które gwarantują uzyskanie satysfakcjonującego obrazu społecznego. Człowiek piszący o rozmaitych przygodach, dzięki kreacji, społecznie stwarza pozór, który powtarzany wielokrotnie, staje się tak samo ważny, jak hasło z Wikipedii i raźno funkcjonuje. Czy byłoby fair, gdyby go z tych półprawd ogołocić?
Jestem pewna, że każdy autor i to bez wyjątku, posiada w komputerze folder „śmietnik”, który z rzadka opróżnia, albo tego folderu odpowiednik (plik z gmatwaniną szkiców, nazywający się, na przykład, „inne”) przeznaczony do szybkiego usunięcia, czy późniejszego przemodelowania polegającego, załóżmy, na pozostawieniu tylko jednej nadającej się do użycia zwrotki, paru linijek tekstu itd.
Elementem autokreacji może być nieposiadanie „śmietnika” – pisanie tylko dobrych wierszy, mówienie o przysłowiowej szufladzie z cudownie derealizującym oddaleniem. Czy powinno się pozbawiać autora takiego przywileju przez udostępnienie Plików? Upublicznianie grozi rozbiciem stale żyjącej kreacji. Czy warto było zajmować się tym aż tak wcześnie?

Z pewnością stanowiło to dylemat. Po jednej stronie huśtawki czytelnicza ciekawość (boże, publikują nieznane wiersze tego autora!), ciekawość brzydko – ludzka (znaleziono majtki Wisławy Szymborskiej [zobacz więcej], odkryto wierszowe pliki Tomasza Pułki [kliknij]) i historyczną (jak pisał, jak to wyglądało jako proces twórczy, jak powstaje geniusz łamany przez ceniony młody poeta), po drugiej –  prawo autora do kreowania siebie i dzieła wśród ludzi, którzy mają (tutaj – mieli) okazję znać go osobiście i wreszcie – prawo do zachowania siebie dla siebie. Bo, umówmy się – odkrycie szkiców Białoszewskiego czy Tuwima nie spotkałoby się zapewne z aż taką, zachłannością czysto ludzką – a dlaczego? Dlatego, że – może to głupio zabrzmi - sporo czasu minęło od ich śmierci i mało kto z żyjących znał ich osobiście, albo choć widział z daleka.

            Obecna sytuacja to nowość. Już dawno nie było w poetyckim świecie przypadku zniknięcia młodego poety (budzącego dodatkowo silną reakcję społeczną) i wydania po paru latach, tak zwanych utworów wszystkich. Środowisko się tego uczy, uczy się reakcji, więc jeszcze może (zmetaforyzujmy) błądzić. To naturalne. Jak mówi się w świecie trudnych operacji, w przypadku szansy powodzenia wynoszącej 50 na 50, osiągnięcie sukcesu gwarantuje radość bez zastrzeżeń, natomiast porażka (nawet częściowa), powoduje głębokie refleksje dotyczące tego, co i dlaczego poszło nie tak. Żyjemy w takim właśnie momencie.
W tej w patologicznej rodzinie, jak powiedział ciepło Marcin Sendecki po przyjęciu ostatniej nagrody – w otoczeniu osób, które niemalże zawodowo zadają pytania i szukają na nie odpowiedzi, nie ma szans, by nie powstały wątpliwości co do tego, czy sprawa Pułki została poprowadzona najlepiej, jak mogła.

Mam poczucie, że nasza czytelnicza ciekawość zamieniła się w ciekawość brzydko – ludzką pod tytułem zajrzyjmy mu do komputera.  Tak zwane Pliki opublikowano jako pełne wiersze. Nie ma wtrąceń – komentarzy na temat tego, skąd dokładnie pochodzą, kiedy były pisane (mnie interesowałoby na przykład – między powstaniem której, a której książki).
Mimo tego, że Pułkę należy chwalić, wypada przecież zauważyć (i z pewnością już zauważono), że jego styl na przestrzeni poszczególnych książek jest różnorodnym (krótkie i długie formy, bardziej, mniej zmetaforyzowane, bardziej, mniej otwarte/zamknięte itd.), że niektóre wiersze miałyby większe szanse na zwycięstwo w konkursach poetyckich, inne mniejsze. Z prezentowanego zbioru robi się, w moim odczuciu, zupa – misz masz: po chronologicznie ułożonych, wewnętrznie zróżnicowanych tomach, dostajemy zbiór plików z tak zwanego międzyczasu, który najzwyczajniej wprowadza pewien rodzaj chaosu.

Zajrzeliśmy mu do komputera. I co z tego? Jest lepiej? Ja czuję się źle. Mam obok siebie obłożoną w szary papier, obrzydliwie pomarańczową książkę, która kolorem – nawet, jeśli komuś podoba się odcień – wybija się na tle innych tomów poetyckich. Wybija się również jako twór artystyczny – rozciągniętą do szerokości skrzydła brązowawą twarzą autora.
Miało być zacnie – pod projektem podpisuje się Artur Burszta, szef Biura Literackiego. Burszta wziął na siebie odpowiedzialność za, najważniejszą pewnie, a przynajmniej najbardziej wyczekiwaną biurową książkę roku. Zupełnie jak kapitan dobrego statku, który dzielnie prowadzi okręt w trudny rejs, a w razie niesprzyjających okoliczności – idzie z nim na dno. (Najlepszą i zarazem najgorszą informacją jest to, że zarówno w wypadku pomyślnego rejsu, jak i zatonięcia, zawsze wspomina się nazwisko dowódcy jednostki.)  Do redagowania zaprosił znamienitych poetów, wybitnych literatów lub/i osoby bliskie autorowi wierszy. Brawo dla redakcji, dla pomagających w zebraniu tekstów. Ogromna robota, wielkie nadzieje. Gdybym miała możliwość zaangażowania się w coś takiego, z pewnością bym się tej pracy podjęła. Prowadzenie operacji z szansą 50 na 50 procent wymaga nie lada odwagi. Tę odwagę szanuję. 

Chcemy ustanowić legendę, która i tak już krąży. To jak spisanie wreszcie historii o Wawelskim Smoku czy samolocie smoleńskim. Zgadzam się, to potrzebne. Zastanawiam się jednak, czy koniecznie aż tak prędko, czy trzeba się było spieszyć. Czy legendy nie trzeba budować jak najbardziej autentycznie, osadzając ją mocno w ziarenku prawdy, którym grupowo dysponujemy? Grupa jest przecież niewielka – 1354 czytelników poezji. Nie znaczy to jednak, że nie warto się starać – a jeśli już było postarane, to może starać się tak, żeby za 100 lat w bibliotece książka nie była pamiętana jedynie ze względu na jej śmieszny kolor i delikatny bałagan w środku? Może dobrze było zadbać o opisanie szkiców oraz dopasowanie projektu okładki do stylu pozostałych tomów tak, by stanowiły w miarę harmonijną całość?

Można powiedzieć, że się nie znam, że nie warto nazywać legendy legendą (i w ogóle używać tego słowa – staram się nie korzystać, tak samo jak z wyrazu pokolenie).  Jestem od Pułki młodsza, nigdy go nie widziałam, pojęcie o sytuacji mam zapewne bledsze niż wiele żyjących osób, ale coś czuję w tym temacie. Jest mi z tym źle, inaczej bym widziała tę książkę.  Biję się ze sobą. Czekałam na tę publikację, zamówiłam w przecenie dwa egzemplarze, żeby wcisnąć szybko do ważnej okołopoetyciej ręki (dla pierwszych kupujących niezły upust). Mam poczucie niespójności Wybiegania z pozostałymi publikacjami Pułki. Coś mi się nie zgadza, umyka opisywaniu.
Jasne, wydanie w takiej formie może być też zrozumiałe. Dobrze zamykać pewne sytuacje. Dobrze mieć kontrolę. Dlatego, z tego właśnie względu, jestem skłonna pojąć pośpiech rodziny, bo przecież i tak ktoś by tego Pułkę chciał wydać, i tak by była sensacja, więc warto to skończyć, uzyskując pomoc znajomych Tomasza, wybierając za własnego życia, na co pójdą pieniądze ze sprzedaży (a tu się nadarzył naprawdę cudny cel, całym sercem jestem za!) itd. Wyżej opisałam tego cenę

Wróćmy do formy. Jest w porządku, jeśli potraktujemy oranżadkowy zbiór jako pewien rodzaj wyciągnięcia z dna szuflady, jako świadectwo literackiego muzealnictwa. Jest tam wiele utworów służących jedynie jako zobrazowanie procesu literackiego Pułki, albo po prostu nieprzeredagowanych wierszy – szkiców! Czułabym się jak dziecko z baśniowego tłumu, które mówi głośno król jest nagi, ale słyszałam już kilka podobnych opinii, więc jestem spokojna. Czy to było sensowne? Czy to będzie użyteczne? Czy to nie zawadzi legendzie, która mogła być inna? Czy legendę powinno się na siłę tworzyć (podobno najlepiej tworzy się sama i, nomen omen, właśnie się jakaś pułkowa ustala, ale zupełnie inna niż ta z preliminarza)? Znów – OK, zobaczmy sobie – to normalny gość, popełniał błędy, zmieniał treści, trzymał w komputerze pliki różnej trafności, czasami podpisane nazwiskami kolegów, czasami własnym, zbierał notatki, ale boże – przecież chyba nie szykował z nich wszystkich nowej książki?! Może warto było opatrzyć szkice kawalątkami informacji – skąd te prawie - wiersze się wzięły, podawać historie, daty, zrobić niby - patetyzujące memorandum? Przecież też rozeszłoby się jak świeże bułeczki, a byłoby coś więcej wiadomo. Teraz jest niby wszystko, a jednak nic. Znów sobie boleję. Wtedy pewnie też by były pretensje.

To szalenie ciekawe. Czekałam na tę książkę, mam ją na półce, wzięłam ze sobą na wakacje, piszę o niej jak szalona w czasie urlopu, emocjonuję się tak, że mi kawa niepotrzebna, pokazuję wszystkim jak wygląda, noszę w płóciennej torbie (tak, tej od Biura, tej z Wojaczkiem), molestuję rodzinę czytaniem na głos. Ale czekanie mi już przeszło, już nie potrzebuję. Cieszyłam się kiedyś jak mały pies z życia faktem, że miły pan w Ha!arcie sprzedał mi przykurzony Zespół szkół, że Gosia Lebda pożyczyła mi Paralaksę, bo swoją musiałam odnieść do biblioteki, że w różnych dziwnych knajpkach mogłam słuchać opowieści o wierszach, które zna Rafał Skonieczny, czy Dawid Mateusz, których nikt z nas ich nie widział.  Teraz niemal wszystko mam na tacy (i to nieładnej). Nie wiem już, co z tym zrobić.

To nie przypadek, że w świecie reklamy spotyka się często stwierdzenie sprzedajemy OSTATNIE egzemplarze tego a tego. Takie ogłoszenia znacząco zwiększają popyt na produkty z serii, nawet jeśli tak naprawdę została ich jeszcze liczba wystarczająca dla połowy populacji potencjalnych odbiorców. Pułki jest teraz pełno. Staje się dostępny, kanciasty, wychodzi z niszy, w której przykurzona niedoskonałość była jak najbardziej do przyjęcia. Zamiast niedosytu, podjudzającego apetyt, dostajemy nadmiar odpowiedzi, prześwietlenie tematu. Robimy z Tomasza celebrytę, odbierając mu tajemnice, które nierozwiązane bywają przecież niezwykle ciekawe. Na stronie Biura ma aktywny formularz kontaktowy. Czy to nie przesada?


Nie słyszałam jeszcze, żeby tak wielu znajomych masowo czytało jakąś poetycką książkę. Dzieję się coś istotnego – wydany, niemal w całości, został autor cytowany przez młodych poetów, autor – legenda, autor – inspiracja (pozwolę sobie na chwilowy słowny blichtr), więc się przyglądam. Chcę wiedzieć, o co chodzi, śledzę, zastanawiam się, chciałabym, żeby ważne działo się w jak najlepszej formie. Mam obawy, o których pisałam, a w takich sytuacjach wszelkich obaw, wątpliwości – jak wiadomo – ma się małe zaufanie do innych i może się wydawać, że samemu zadbałoby się o sprawę lepiej, że zauważyłoby się więcej –  więc tym chętniej się wtrącam. Mam szacunek do twórców książki i wierzę, że włożyli w nią wszystkie swoje siły. Może strona graficzna jest właśnie możliwie najbardziej dopracowana (przepracowana?), a redakcyjna także, mimo wszystko, przetestowana na dziesiątą stronę? Może udostępnienie Plików to świadectwo tego, że autor, po śmierci, koniecznie i w całości musi stać się własnością publiczną? W mojej opinii, nawet tych wszystkich sił, wyżej wspomnianych osób, tutaj nie wystarczyło (stąd tyle zdań o ubolewaniu!). Ale to już nieważne, sytuacja jest nie do odwrócenia. Mamy książkę. Z pewnością też sukces sprzedaży. Skupmy się na jej celu. Bo jeśli powstała po to, żeby pomóc początkującemu (i niech to nie brzmi jak potrzebujący), dobrze że powstała. A Pułka się z tej książki jakoś wykaraska. Nie z takich rzeczy wychodził cało. 

Poetka znikła w oddali: Młynarski onewierszstand.



Jedenaście na dziesięć osób wie, o kogo chodzi w poniższym wierszu. Zajmować się będę, zatem, jego całą resztą, choć i pewnie nie całą – bo ileż reszt się zmieści w dwóch tysiącach znaków? Na pewno będzie o cieple, miękkości spojrzeń, zdolnościach do obserwacji, do bycia poruszanym i do poruszania.
A jak poruszać? Jak to umieć? Porusza szczegół, porusza nowość, nieoczywistość. Trzeba być więc nowością, nieoczywistością, być szczegółem. Być takim poetą, który te wszystkie cechy zawrze w podmiocie i najlepiej (to dla fanów), jeśli choć trochę tym podmiotem jest.

Ostatnio dużo jeżdżę, bardzo dużo, więc czytam, żeby myśleć li tylko o tym, co mam w zdobionej, czarnej okładce na książki. W tramwaju numer 8 i autobusie 106, marcowo – Melancholia Bieńczyka. Opisywane tam aspekty melancholiczne, wiążą się, moim zdaniem bardzo mocno, z poezją Młynarskiego. Jak się okazuje, w miarę zgłębiania wspomnianej książki; dobrą maską dla melancholii jest ironia, pewne przejawy humoru, które – albo; na zasadzie depresyjnych masek, skrywają nieszczęście, albo – budzą dobroczynny dystans, odkrywający coraz to szersze perspektywy zdarzeń.

Zobaczmy jak to wygląda w wierszu, na żywo. Uwaga, włączam obrazy.
nr 1 - poetka dowcipna , psotna (…) wszyscy Ją świetnie znali, wszyscy Ją strasznie kochali.
nr 2 - w środku (…) straszliwie zziębnięta, (…) samotna.

Wyczuwam kontrast. Ba, on się nawet sam maluje! Melancholia to rzecz samotna, a nie psotna  – to refleksyjne przeglądanie się w sobie, kontemplowanie utraconego, które nigdy nie wróci. Związane jest z przyjmowaniem perspektywy dystansu, który pozwala zauważać szczegół, który każe go zgłębiać i opisywać, dając w ten sposób melancholikowi tymczasową wolność, złudzenie melancholicznego końca, który de facto, końca przecież nie ma.

Wydaje się, że każdy przywołany przeze mnie wyżej obraz przedstawia zupełnie inną poetkę – logiczne, prawie jasne. Idąc jednak dalej, próbując się przebić przez Bieńczykowe treści i lekko je parafrazując, trzeba przyznać wspomnianej poetce prawo do łączenia niejako dwóch poetek w sobie. Tej, która jest urocza, kochana, śmieje całkiem wdzięcznie i drugiej – czekającej na czułość, upijającej się – jeśli już – to pewnie na smutno. To wszystko jest jej. Melancholijna (ale) całość.

Co robi wspomnienie melancholii w takim wierszu? Znów zwraca uwagę na szczegół. Uczula na niego – nie szarpie. Dotyka delikatnie.
Zadam sobie końcowe pytanie – dlaczego sądzę, że w Poetce jest (po raz dziesiąty!) melancholia? Bo Młynarski pisze niemalże humorystycznie, zadaje kilka niby łatwych (acz ciężkawych) pytań, używa nieziemsko prostych słów, równo rymuje, patrzy miękko i czule. Dałoby się powiedzieć – przez wiersz się uśmiecha. Jeżeli karci, pytając, to subtelnie – wszystko w granicach (właśnie) uśmiechu. Robi rzecz bardzo ciekawą – zamyka historię dwóch obrazów Jednej nie tylko w jej historii, ale i we własnej – poety melancholijnego, który – zza maski – nad niebieskim jeziorem, wzdycha tak, że okular się mgli.

P.S.
Marcinie, dziękuję za Bieńczyka. Oddam niebawem!

szkic: Weronika Janeczko

Zamiast czerwonych majtek Szeherezady. Kaczmarski i inne takie.

Witryny nawołują. Z okazji walentynek należy sobie koniecznie kupić czerwone majtki.  Najlepiej z koronką. Przypadł mi okołowalentynkowy post – będzie w nim jednak nie o majtkach i ciastkach w kształcie serca, chociaż przecież by być mogło.

Bardzo zależało mi na tym, żeby nie wkleić wiersza ociekającego tandetyzmami (kocham cię szalenie i się z tobą ożenię), ani takich, które są smutne jakoś dogłębnie (bo miłość jest niedostępna, odległa jak w niektórych wierszach Honeta, albo gorzka jak u Podgórnik, lub po prostu ciężka przeogromnie jak w Końcu wakacji Grzebalskiego).

Wiersze o miłości są pewnie dość trudne do pisania. Trzeba ciągle sprawdzać, czy to już nie kicz, czy już nie za dużo jest nazwane, czy przypadkiem nie cały czas mówi się ty, myślę, miłość? Może ktoś mi jakoś odpowie.

Ale nie musi. Napiszę, co myślę. Myślę sobie, że można o niej pisać mocno doznaniowo, wizualnie, bez użycia tej osoby niemalże. Miłość, czy wszelkie przejawy fascynacji, zakochania można wplatać w sytuacje z życia, w dobro, zło, niespodzianki, śróddzienne myślowe zawieszenia. Wypowiedzią chciałabym dobrnąć do momentu, w którym Wam przekażę – rozumiem to tak, że pisze się wiersze niejako przez te odczucia. A może po prostu nimi postrzega się to, co chce się potem opisać, zaznaczyć, wypunktować, uwypulić w wierszu.

Szalenie ciekawi mnie proces tworzenia, sposób postrzegania świata przez piszących. Ciekawi mnie jak widzą przez taki rodzaj odczuwania, jak im to robi wiersze, jak im to się oplata wokół głowy, wokół rąk, nóg, wszystkich pomysłów. Ten rodzaj odczuwania (miłość) ma mechanizm podobny do uzależnieniowego. W uzależnieniu najlepiej jest pod wpływem, na przykład na haju. Jeśli substancji nie ma, pojawia się craving – poszukiwanie, a później dochodzi do przykrych objawów odstawiennych. To wszystko widać w wierszach. Są takie (zmetaforyzujmy, to jasne) o haju, są o cravingu, o efektach abstynencji, o wszelkich przewrotach w życiu. I prawie wszyscy o nich piszą (mało znam poetów, którzy jakoś się do tego często nie odnoszą).  Jeden z bardzo starych filozofów twierdził, że żyjemy przecież po to, żeby się kimś opiekować, przejmować (jak zwał, tak zwał). Więc skoro to jest najważniejsze, skoro to esencja naszości, to czemu by o tym nie tworzyć sloganów w witrynach, piec serduszkowych ciastek, kręcić filmów, montować teledysków, pisać wierszy? 

Od czego się to zaczyna? Od czego zaczyna się pisanie wierszy przez/pod wpływem?
Zaczyna się najpewniej od pierwszego spotkania, od łyka, bucha, dotknięcia, spojrzenia. Pyk i działa. Do czasu, kiedy litrów, liści, rąk i oczu wystarczy. Trzeba mieć ciekawe życie lub/i ciekawą wyobraźnię. 

Rzucam kolejne pytanie - dlaczego lubimy wiersze o miłości?

Czytając smutne, możemy się w nich odnaleźć. Czytając nadziejne, również. To samo w przypadku gorzkich, wesołych, wszelkich innych. Styl może nie odpowiadać – mimo wszystko, często kupujemy jednak przekaz. Temat jest znany. Przeszliśmy już po kilka, kilkanaście uzależnień i odwyków. Rozumiemy, o co chodzi. Znane, więc  atrakcyjne.
Koniec rozważań. Planujcie sobie walentynki, jeśli chcecie. 
Zaopatrzcie się na ten czas u dobrego dealera lub lekarza, a jeśli nie ma takiego w okolicy, kupcie ciastka, czytajcie wiersze. Walentynki to tylko jeden dzień.

P.S.
Tak, wiersz też jest. Jest o tym, o czym pisałam. I jest długi, jak mój post. Dodatkowo, pozostając w tematyce, polecam Legendę o miłości Kaczmarskiego.




K.K. Baczyński, onewierszstand. Mierzalność spojrzeń.

                                                                                        ***


Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie.
Jest mi o tyle twych spojrzeń samotniej.
Ciemniej
                Opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść

Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
Ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?

Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
Niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.

Dni ulatują w trwogę o ciebie,
Noc obca gwiazdami zarasta i blada miejską trawą.
Wiatr wspomnienia – chmurom oderwana gałąź.
A przecież te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą


Czytając ten wiersz, a czytałam go już naprawdę wiele razy na przestrzeni dobrych paru lat, często wyobrażałam sobie, że nie musi być rozumiany jako przeznaczony konkretnej osobie. Czasem można przecież odczuwać głęboki smutek, jakiś rodzaj samotności, nie wiedząc jeszcze, kto by mógł te odczucia zabrać i rozproszyć. Stawiam więc na niewiadome ty, sentyment dawnych wspomnień, na świat przypominający podmiotowi, że kogoś nie ma, ale nie wiadomo jeszcze kogo. Trwoga o ciebie nie musi być trwogą konkretną, nie musi być tez baczyńską trwogą okołowojenną. Może być, równie dobrze, strachem przed byciem samemu w mieszkaniu wieczorową porą. Może być, czym się czytającemu tylko czuje, widzi.

Czas jest wybitnie sesjowy, trudno mi się skupić na Baczyńskim, ciągle jestem rozkojarzona. Na szczęście, akurat ten wiersz działa uspokajająco, ma nocną melodię, taką gwiezdno – chmurną, roztaczającą odpodmiotową ciepłą opiekuńczość, pewien rodzaj autentyczności. Aż chce mu się wierzyć. I wierzę – że czeka, że tęskni, że widzi tę drugą jakąś osobę – jak mówił w innym wierszu dość podobny podmiot – w szybach każdego tramwaju, że ona mu ten świat robi tak, jak slangowo żart może zrobić komuś dzień, że zajmuje przestrzeń bez zajmowania miejsca.

Wiersz traktuję jako niezwykły – budzi emocje i to emocje nie nadęte. Baczyński smutek nie jest zbudowany tylko dla uzyskania smutkowej formy, nie jest pisany (najpewniej) dla dość głośnych oklasków. Kupuję taki przekaz i wracam do niego często (kiedyś umiałam na pamięć, teraz przytaczam na głos już tylko fragmenty). Uświadamia, że samotność może być mierzalna, że można ją przeliczyć na nieobecne gesty i spojrzenia, które układają się w drogę od domu do domu – teraz już  raczej nie po chodniku, a po internetowych kablach. 

obraz: Montserrat Gudiol

Tuwim, cukier, łez kawiarenki.

Kiedyś, a to nie było tak dawno temu, czytałam głównie starocie, czyli najróżniejsze słowackie, mickiewiczowskie, tuwimowskie, leśmianowskie baczyńskości. Na półce u taty w pracy jakieś sto lat temu, wypatrzyłam książkę Tuwima. Zaczęłam przeglądać, wertować, przypatrywać się fragmentom. Mówię mu w końcu; zobacz, co tu jest napisane. Napisane było to;


(…) nawet kelner poczuł litość dla niej i pomyślał: „Coś tam złego jest, trzeba podać drugi cukier tej pani, bo jej kawa zgorzknieje od łez (…)

Tata wyglądał na zdumionego i ucieszonego jednocześnie. Okazało się, że na dokładnie ten fragment zwracała uwagę moja, już dawno nieżyjąca,  babcia. Doszło do jakiegoś cudnej urody połączenia moich i babci myśli, poczucia wierszy. Niezwykłe uczucie powiązania, obecności i w ogóle (tu powinna być dygresja o tym, że babcia też była pewnym gatunkiem przypalającej obiady, roztrzepanej marzycielki, która chowała książki z wierszami pod szmatkę, którą miała sprzątać podłogę, więc – jak się można domyślić – porządek w domu bywał udawany).

Wracając do wiersza. Tuwim jest, moim zdaniem, mistrzem nienachalności, mistrzem subtelnej ironii dopiętej do ogromnej ilości sytuacji. Jak się łączy miłość z ironią, bo o miłości jest tu niewątpliwie? Łączy się naturalnie, banalnie. Tuwim pokazuje codzienną sytuację – ona w lekko histerycznej  rozpaczy, on niespecjalnie przejęty (ale się spotka, mimo nawału prac, żeby nie stracić, nie zawalić tej historii).  Pokazywanie jest okraszone, zapieczone z kruszonką smacznych słówek, określeń, dokłuć wyrazową szpilką.  Dialogi, opisy myśli, generalizacje, przerysowania. Mimo  tej ilości zabiegów, wiersz jest lekki, lotny, biegnie szybko. Tuwimowi brak, wspomnianej już, nachalności przekazu. Historia jest rzeczywiście banalna. Banalna w tym przypadku oznacza też naturalna, umiejętnie banalna, mądrze naturalna. Nie widać w niej niczego wymuszonego. Wiersz nie musi być od razu zaangażowany, skomplikowany treściowo i konstrukcyjnie, żeby chciało się go na trochę zapamiętać. Dobrze poprowadzony obrazek, dobra zwykłość, pisana w miarę z sercem i wrażliwie, trafia. Przypadkiem i nagle można się zorientować, że w zagmatwanej głowie ma się jeszcze jedno, choćby i małe, całkiem czułe miejsce.






obraz: E. Hopper, Automat, 1927


Kolędy można fałszować!

Jak już pewnie każdy zdążył zauważyć, zaczyna się powolutku czas okołoświąteczny. Sprzedawcy perfumują sklepy zapachem piernikowym, żeby koszyki na kółkach pękały w szwach. Słychać uroczą piosenkę o tym, że on dał jej swoje serce w ostatnie święta, ona mu je zwróciła i inne takie, albo – na przykład – siedzi się w łóżku i wygląda, jakby ci ktoś tarł twarzą o chodnik, a na tym chodniku leżało sobie dodatkowo confetti z trzywarstwowych chusteczek Velvet. Czuć święta, zimę, śnieg, cały nastrój. Niezwykłości.
Co jeszcze zrobić, żeby poczuć magię 24 – 26 grudnia? (cisza, więc podpowiem)
Można powysyłać całej liście kontaktów cudowne wierszyki świąteczne i noworoczne w stylu;

Święta, święta, święta – niech każdy pamięta.
Rodzina się zbiera, choinkę ubiera. Do wigilii spieszy,
Jezuska ucieszy. A Jezusek mały, przyniesie im chwały.
Niechaj Twoi bliscy zawsze będą obok, niechaj się odezwać będzie dziś do kogo!
Nowy Rok niech da Ci dużo słońca, blasku – 2017 w oparach oklasków!

Otrzymanie takiego wierszyka jest doświadczeniem traumatycznym. Nigdy nie wiem, co ze sobą zrobić, po przeczytaniu podobnego. Zdaję sobie sprawę z jak najlepszych chęci nadawcy, odpisuję grzecznie (kiedyś nawet zarymowałam swój w podobnie tandetny sposób, jak powyżej), ale przeżyć nie mogę i Was, do nieprzeżywania, zachęcam.

To jest jednak tekst czwartkowy, czyli tekst o starociach. Przejdę więc płynnie do nich.
Wiele z kolędowych staroci znacie na pamięć; nie ma co ich przytaczać. Jeśli jednak zależy Wam na tekstach, a najprawdopodobniej zależy, skoro jesteście na tej stronie, weźcie pod uwagę parę spraw.
Warto nie zniszczyć tekstu śpiewaniem. Nie chodzi o fałszowanie – śpiewać każdy może jak to, nomen omen, śpiewał znany człowiek.

Czego zatem nie robić? Dobrze nie dzielić wyrazów oddechem. Podzielony wyraz umiera, rozpływa się, rozlatuje. Treść wychodzi przez najbliższy otwór we framudze, a o treść, w tych kolędowych wierszach, nam przecież chodzi (żeby nie wychodziła!). Fajnie jest też się zastanowić, o czym się śpiewa i nie sylabizować za nadto.  

Weźmy sobie dwa przykłady (i mała legenda  – slash oznacza oddech)

MI–ZER–NA CIIII–CHA /STA–JEN–KA LIII–CHA/ PEŁ–NA NIE/–BIEEE-EEES-KIEJ CHWAA–AAA–ŁY
albo GDYYY ŚLI-CZNA PAAA–NNA SY-NA/KO – ŁY – SAAA– ŁAAA

Melodyjka ładna, cieszymy się, ale treści brak zupełnie. Może Wam być dziwnie, możecie uznać, że się czepiam i nie mam na święta większych problemów niż odpowiednie śpiewanie kolęd i odpisywanie na smsowe wierszyki. Jeśli jednak zwróci się uwagę na (jakąś, choćby kulturową) wagę tych tekstów i to, że ktoś się ich od nas uczy – na przykład mój mały brat i może Wasz chrześniak, chrześnica, siostra, dziecko, sprawa nabierze znaczenia. Nasz światek okołowierszowy, jak już pisałam kilkukrotnie, jest malutki jak nie wiem, więc choć w tej małej grupie starajmy się, żeby dobrze przekazywać teksty. To nie jest dużo roboty – zaśpiewać dobrze. Może być nawet nieczysto – w czyszczeniu nieczystości zawsze ktoś nam pomoże – śpiewaków jest przecież więcej niż amatorów wierszy.


Wesołych!


On nie wie, że też go nagrywam – "Wiersze o moim psychiatrze"

Nie wypowiedziałam się ani razu podczas ostatniej dyskusji dotyczącej najnowszej książki Tkaczyszyna – Dyckiego. A to dlaczego? Bo bardzo trudno mi jest interpretować tego autora, nie wiążąc go z konkretną jednostką chorobową, w której okolicy –  ze względu na afektywne zainteresowania – siedzę z każdym dniem coraz głębiej.
Odwagę zyskałam dopiero na pospotkaniu, rozwijając opowieść o schizofrenii, ChADzie i innych księżniczkach. Wyszło w końcu, że ta moja opinia mogłaby być całkiem ciekawa i że czemu nic nie mówiłam wcześniej. Nie chciałam zbytnio psychologizować, bo przecież w wierszach nie chodzi tylko o odgadywanie stanów, emocji, braków, ale też o wyciąganie pewnych zabiegów, celowych form, jakichś, niezwiązanych z samą postacią autora, przemyśleń. Jak to zwykle bywa, nie chciałam mieć nawet możliwości zasiania jakiegokolwiek fermentu, a jeśli o fermencie nie mogło być mowy – to chociażby, wprowadzenia nowego ogniwa do rozmowy.

W miłej atmosferze kilku przyjaźnie nastawionych osób, można się otworzyć, więc w końcu coś tam poopowiadałam. W związku z tym Michał i Wojtek stwierdzili – ciekawe co pani psycholog na to powie. Wręczyli mi Wiersze o moim psychiatrze Kotańskiego.
O tej książce można mówić dużo, bardzo dużo! Czytało mi się znakomicie. Nie będę, jednak, pisać o całości, bo – jak wspominał Marcin Świątkowski w pierwszym szkicu na naszej stronie – nie zajmujemy się tutaj rozprawianiem o całych tomach. Bardziej o pojedynczych wierszach.


NA MIŁOŚĆ BOSKĄ CZŁOWIEKU

on nie wie że ja jego też nagrywam
na dyktafon
tak jak on mnie
czyli sobie pozwala czasami
na wulgaryzmy

jak ja kurwa mówię że pan musi sobie zmienić
samoocenę
to pan ta ma wykonać do kurwy nędzy
a nie mydlić nam obu oczy
kupując sobie wycieczkę do kurwa Tokio

na miłość boską człowieku
pan nie żyje wyłącznie po to
żeby robić wrażenie na psychiatrze




Relacja terapeutyczna chciałaby się tutaj obrócić do góry dnem jak dziecko na trzepaku. Uparcie jednak jej to nie wychodzi. Kreatywny pacjent postanawia nagrywać psychiatrę i, tym samym – choćby pozornie – przejmować kontrolę w relacji (Zobaczcie, zaraz wam puszczę. To z zeszłego wtorku!). Próbuje pewnie pokazać, że on  jest taki, a  lekarz owaki. Klasycznie.  Mamy wreszcie zrozumieć, kto tu rzeczywiście popełnia w życiu błędy (wiemy już, kto). Słuchając nagrania, powinniśmy odwrócić uwagę od pacjenta i jego wszelakich przypadłości. Powinniśmy skupić się na psychiatrze. Nie robimy tego jednak. Dlaczego? Odpowiedź czuje się instynktownie, nie będziemy tu nikogo unaiwniać i ogłupiać.

Ten wiersz i wszystkie pozostałe w książce w delikatny, ironiczny, pełen dystansu, ale też całkiem prawdziwy sposób, opisują usiłowania pacjenta i lekarza. Zadanie leczonego to pokazanie się od jak najlepszej (przecież nie choruję!) strony, psychiatry zaś; obejście wewnętrznych zabezpieczeń pacjenta. W sposób przepyszny można sobie obserwować, jak leczony ciągle wsypuje sam siebie. Jak bardzo jego opowieści są niespójne, jak nieświadomie staje się po prostu zabawnym bohaterem wierszy.
Jako studiująca psychologię, w rozmaitych ćwiczeniach (i nie tylko!), miałam okazję zasiadać zarówno po stronie pacjenta, jak i badającego, więc coś tam wiem. Wiersze Kotańskiego są dogłębnie prawdziwe, bo dokładnie opisują okołopsychiatryczny świat. Jednak prawdziwe są nie tylko dlatego. Dotykają też bardzo uniwersalnych mechanizmów. Czytając, można się poczuć jak w domu, można się poczuć rozumianym. Można dostosować te opisy do własnych myśli, które pojawiają się w nadzwyczaj zwyczajnych życiowych sytuacjach. To tak doskonale ułatwia wczuwanie się w książkę. Przeczytałam, jak na razie, raz i wertowałam z pięć, oddam ją koledze,  później kupię swoją.

Jej, to brzmi jak reklama. I trochę jak tania recenzja
(albo recepta?).

Może wypadało od razu wypisać coś droższego.

Ł(y)kanie jest gorzkie – o wierszu Marty Podgórnik

Zamek
To nieważne. Kiedy mówię zbyt głośno i głos się zatacza
domyślnie. Domyślnie to nie te klawisze, którymi
porusza się gardła i struny, które brzmią na wietrze;


ja jestem grafomanka ze złamanym sercem. Poniekąd to
jest prawda na szklanej kozetce. Ale przepraszam.
Że zwymiotowałam te kilkadziesiąt prawd jakby naprędce
I teraz to wygląda, jakbym ciut cierpiała. Cierpiała


Całkiem trochę, i wymiotowała kryształy swojej prawdy
W plastikową pomarańczową miskę, trzymaną na klęczkach.
A tymczasem ja siedziałam po turecku, kolana
Podkuliwszy głupio. Aż pod szyję.

Od strony przełyku, u nasady języka, mamy specjalne miejsce. Odpowiada, między innymi, za rozpoznawanie gorzkiego smaku. Jak przypomina Wikipedia, pierwotną funkcją smaku jest odróżnianie pokarmów jadalnych od trujących. Jeśli więc substancja, zdecydowanie nam niesprzyjająca, przekroczy barierę kubków gorzkich, jesteśmy troszkę ugotowani. Trucizna wchodzi do środka. Jak się bronić? Można odruchowo.
Więc przychodzi odruch, opisany wierszem przez Podgórnik. Po nim, powinno być lżej. Jeśli i on nie pomoże, należy zdać się na bardziej zaawansowaną immunologię. Na przykład książkę pełną wierszy.

Miałam duży problem z wyborem tekstu, bo jak tu pisać o Szanownej, żeby to miało sens? Z której strony ugryźć temat, żeby nie było zbyt płytko, ale też, żeby zachować świeżość i nie zanudzać (jakichś może) stałych czytelników? Miało być i o niej i o Cohenie, bo jest przecież wiersz Piąta nad ranem, który się powinno czytać słuchając jednym uchem piosenki Famous blue raincoat Leonarda.  Padło jednak na Zamek. Właśnie w nim mieści się to, co nazwałabym moją teorią na temat Podgórnik, albo chociaż tej teorii – powiedzmy – esencją.

Jest gorzko.

Królowa poezji się dławi. Gorzkość dosięga pułapu. Trzeba zwymiotować. Co z tego wychodzi? Kolejny wiersz. Ale wiersz inny. Nie ma tutaj aż tak wielu podtrutych, ironicznych słówek, wzywających do nie obchodź się mną, nie patetyzuj.
Podgórnik raczej nie patetyzuje. Pisze o rzeczach opiewanych przez innych ładnymi strofkami. Bierze je niby brutalniej, niby bardziej saute, obraca, ogląda. Nie zmusza się do delikatności, której jej też (oczywiście!) nie odmawiam.
Jej głos ma dość wyraźne kontury. Rzadko przyznaje się w wierszach wprost do światłocieniowania odczuć. Nie gra domyślnością klawiszy, którymi porusza się serce gardła i struny, które brzmią na wietrze. Stawia na te wymagające konfiguracji ustawień. Żeby je zmienić, potrzeba kilku ruchów, poruszeń. Z Zamku zróbmy zatem zamek ruchomy, z pompą w końcu to dość drogi przybytek, a w środku dzieją się ważne rzeczy. Na przykład przeprosiny bez żalu i żal, bo cała scena wygląda, jakby siedząca w nim ciut cierpiała. Cierpiała całkiem trochę (…).

Co robić z cierpieniem? Na cierpienie zjada się tabletki. Dobre tabletki są gorzkie. Rosnący poziom cierpienia zwiększa ilość przyjmowanych leków. Spróbujmy wziąć tych tabletek, dajmy na to, dziesięć. Albo się zwymiotuje, albo umrze. Na szczęście, 
tutaj nie dochodzi do śmierci.

Wiersze Podgórnik balansują na granicy gorzkości i wylewalności. W lwiej części swoich książek, Królowa się trzyma – cynizm, ironia, dystans, rytm i rym (bo tylko to się w końcu liczy!), pewna prześmiewczość, robią swoje. Jasne. Tak. W Zamku widać jednak małe coś innego. Nie będę rościć sobie prawa do nazwania tego małym boję się i małym czuję. Echo niesie się po pustych ścianach budynku. Nikt nie słyszy. Może można zatem, zaryzykować choć jedno stwierdzenie, że buńczuczno - zaczepny sposób patrzenia prowadzi w końcu do przerostu gorzkości nad treścią. Treść się wylewa, menisk wypukły pęka, nie daje rady. Powstaje tekst o smutkach i kozetkach, w którym pada coś (jednak) o prawdzie. Wiadomo, prawda może być wymyślona. Mnie, mimo wszystko, choćby i w takiej formie, zaskakuje. Nawet o nieprawdziwej trudno pisać tak,  jakby relacjonowało się fakty, nie scenerię. 


Przed rozluźnieniem pięści - Matecznik, Małgorzata Lebda

pierwsze dni wiosny: lektura
porządkowanie papierów przeglądanie lekarskich adnotacji
jakby miało się nadzieję na odwrót pośród aktów własności
papierów z gminy ostatnich numerów „pszczelarstwa”
książka

pachnie klubowymi obserwuję na papierze wstydliwe ślady
ojcowskiej lektury na mszy proboszcz cytuje z niej fragment
wiersza który ma świadczyć o miłości czuję wstyd
bowiem nie świadczy

podczas podniesienia rozluźniam pięści uspokaja mnie
dopiero myśl o ulubionym scyzoryku ojca
który włożyłam do trumny
na chwilę przed

To była – jak się okazało – dosyć naiwna nadzieja, że traumę można przepracować jedną książką. Bo czy da się tego dokonać w ogóle? - tak mówiła Małgorzata Lebda – autorka Matecznika w wywiadzie przeprowadzonym dla Fragile. Więc (nie zaczynaj od "więc"!) – jak to jest –  czy już się udało z tą traumą? Można powiedzieć – niby tak – widać pracę, widać temat relacji rozłożony na 31 wierszy. To naprawdę dużo. Nie tym podobno należy się martwić, czytając poezję, ale kusi, więc (więc!) – jeszcze raz – gdzie widać tę pracę? Może w niewyraźnej twarzy ojca i chłodach, surowościach miejsc, w których twarz przebywa, w jego spojrzeniach na córkę – córeczkę tatusia, do której – być może – nie mówiło się głośno kocham? Wspomniane elementy ożywiają to, co było, albo to, czego brakowało. Trudne – niejeden nie chciałby ich przywracać, prawda?

W pewnym momencie oswajania traumy jest tak, że dużo się milczy – wydarzenia, osoby, smaki, zapachy, miejsca przerażają, ale nie da się jeszcze o nich opowiadać. Cały czas wydaje Ci się, że tamto zdarzenie, osoba, rzecz jest stale teraz, stale obok Ciebie. Najcudowniejszym efektem pracy jest odzyskanie zdolności opowiadania historii – zrekonstruowanie wydarzeń i nabranie do nich pewnego dystansu, wytłumaczenie ich sobie, włączenie do życia w postaci bardziej uporządkowanych, niż nieuporządkowanych wspomnień. To się udało! Łączy się, jak najbardziej – z amokiem pisania, rozpamiętywania, o którym wspominała Lebda. Skutkuje szybkim powrotem dawnej historii, dzięki wcześniejszemu stopniowemu wprowadzaniu się w pisanie o niej, pisanie nią  – dzięki pozwoleniu sobie na odzyskanie zdolności mówienia. Wiadomo – nie musi to oznaczać pełnego ozdrowienia, ale dużo, bardzo dużo zmienia, układa – niezwykle pomaga.

Koniec przypuszczeń. Wracamy do wiersza. Dlaczego wybrałam ten? Najbardziej dotyka, skrobie, boli – ojciec, o którym była cała książka, umiera. Tak po prostu (bo w Mateczniku – chociaż odpamiętany – jest niewątpliwie żywy - mówił nawet do nas!). Wspomnienia ML się kończą – zamykają się wraz z wiekiem trumny. Warto pamiętać –  ona zamyka się już po raz drugi. Przed tym jednak, Córka opowiada o trudnej, ale kształtującej ją mocno relacji. Pozwala jej odejść dopiero w przetworzonej formie. Przed wspomnianym odejściem, Autorka daje sobie prawo do pewnego gestu – zwraca ojcu ulubiony scyzoryk, którym uczył ją pracować we krwi. Nauka się powiodła. Już może rozluźnić pięści.

Na after party zostają najmniej pijani (czyli o debiutanckiej książce Piotra Przybyły)


i żałoba. to będzie coś nowego. o dziwo, niesprawdzonego jeszcze
na naszych matkach, taka wycieczka last minute na plażę w Sopocie,
o ćwierć włosa UFO. jutro wiem, co usłyszę przez łoki toki. nic nie
wiesz o swojej pamięci, nawet jeśłi trzymasz tam zdjecia, cukierki
albo jeansy.

nic nie wiesz. powiedziała, gdy dotknąłem jej nabrzmiałego brzucha.
moja wpadka. kamieniu, naprawdę nie obwiniaj się o to.





Czy po Apokalipsie może być after party? Jasne, może - nawet morze i to Bałtyckie, które milczy, to znaczy szumi, plum, plum, plum.

Niesamowitości u Przybyły jest wiele. Nie są to jednak tony delikatnie pakowanych wzruszeń. Pakowane są niecodziennie, dziwacznie, wymyślnie. Do każdej torebki doczepiony jest schizofrenicznie zakręcony balonik. Kształty pudli, nietoperzy – ogólnie – wszelkich zwierzątek futerkowych, które wsadzilibyśmy raczej do folderu inne, niż do własnego pokoju. Wsadzamy jednak do pokoju. Jak? Czytając te wiersze.


Co musiało się stać, by powstał natłok piotrowej – właśnie – inności? Może to była jednak (i zgodnie z tytułem) apokalipsa?


Przybyła szczególnie, gdy czyta wiersze – a raczej – mówi je z pamięci w sposób bardzo, bardzo oryginalny (nie słyszałam jeszcze poety tak udającego – i to z powodzeniem – standupowca) nie wydaje się smutny. Po pierwszym wysłuchaniu, a  później – przeczytaniu, pomyślałam – zwariowany. Czułam, że bardzo udanie opisuje współczesne zmedializowanie, zwraca uwagę na dziwaczne odnośniki, że to pisanie jest tak trochę o popularnej teraz polskiej dżesikowatości, udziwnieniach, przesadach, o których aż tak nie pisali pozostali (jeszcze przy życiu) poeci. Tyle.


Po drugim – zmiana. Skoro poetę wydali i – nominowali do Nagrody, to może warto spróbować go zrozumieć. Ktoś musiał. Nie chcę wierzyć, ze wydawca i konkursowe jury mogliby wykazać się taką bezmyślnością – wydaniem bez zrozumienia. Więc próbuję sama, wieczorem, w pokoju. Wychodzą mi całkiem smutne rzeczy. Smutno, smutno, smutno. Czyli apokalipsa.


Zaakceptowałem stratę i mogę opowiadać o niej anegdotki, co nie mają końca, a tylko początek. Tak mówi podmiot, czy też – nazwijmy go inaczej – kryjacy się za ja wielbiciel wędzonej flądry.


Fragment potwierdza przypuszczenie niewesołości tomu. Moim niewprawnym okiem wyczuwam u Przybyły rozpad. Wyrazy dość często nie łączą się znaczeniowo. Nie wydaje się też ważne ich (czyste) rozumienie. Najbardziej istotny jest chyba właśnie emocjonalny wyraz słów – słów ułożonych w takiej, nie innej kolejności i sytuacji,  jak tu:


i synu, po pierwsze, musisz wiedzieć, co to jest smutek, nawet jeśli drag queen stojąca obok nas żuje pyszną gumę pod tytułem jezzi – to właśnie jest smutek, ale nie mów jej tego (…)”.


W czytaniu P.P nie chodzi najprawdopodobniej o samo rozbicie kodu – to nie jest typowy szyfr zgadnij co pomyślałem danym słowem, charakterystyczny – moim zdaniem – na przykład, dla Sendeckiego. Chodzi raczej o sytuacyjne wyczucie słowa, ułożenie go w ciało quasi emocjonalne, nienapisane, które bawi się na after party, bo najzwyczajniej nie ma już nic do stracenia. W końcu jest już po (nomen omen) końcu świata, więc można wszystko. Walące się postumenty, bazy opisywanego, mieszają się ze sobą; z przyszłością i przeszłością, tworząc zdziwaczałą dyskotekową kulę, pod którą – czasami tylko płacząc, śmieje się bohater; zapominający zwykle tylko o werandzie, bo o innych rzeczach niestety nie potrafi.