Najtrudniej jest tylko patrzeć. O "W" Marcina Sendeckiego

Zacznę od wiersza 39.

Wszystko inaczej,
chociaż trochę tak samo.

Teraz tylko tę mądrość oprawić.

I tu też mam problem. Bo W nie sposób ugryźć (zarówno epistemologicznie, jak i krytycznie) tak, jak zwykle gryzie się wiersze: gryzące, zmuszające do napisania o nich, do zajęcia pozycji. Tymczasem W jest książką-poematem dalece mniej gryzącym, niż choćby irytująco hermetyczne Lamety (do dziś czuję uraz do tej książki, bo czekałem na nią po Przedmiarze robót, który bardzo mi się podobał). Sendecki wpuszcza czytelnika do książki pełnej światła i niepewnych słów - dobieranych ostrożnie i precyzyjnie, i nie ma w tej poezji punktów zaczepienia czytelnika: to w gruncie rzeczy dość rzadko spotykane we współczesnej poezji wyznanie niewiary w słowo. Oczywiście nie samym Sendeckim poezja stoi i wątpliwość dotyczącą natury rozumienia z 1. wiersza oddalam, natomiast zawarte w tym otwierającym liryku polecenie popatrzcie (i powtórzone w 47., już z negatywną refleksją:

Nic nie widać.


Popatrzcie.


) sugeruje, że być może poeta postuluje nową formę obcowania z tekstem: powierzchowną, nieufną, poglądową. To dość paradoksalne, bo przy takim ujęciu książka powinna nazywać się O albo Na, zgodnie z regułą miejscownika dotyczącą tematu rozmowy lub powierzchni. Tymczasem jest W, które, rzecz jasna, ma się odnosić do wielu rozwinięć: W jak Warszawa, W jak Wiersz. Ale sugerujące też zagłębienie, którego ja tutaj nie wyczuwam: jeśli była jakaś forma zejścia głębiej, to była, ale nie jest. Wszystko inaczej, chociaż trochę tak samo.

Porzucam też flaneurowską interpretację z serii "poeta chodzi po mieście i przekuwa to, co widzi, w wiersz". Rzecz w tym, że nie przekuwa. W sprawia wrażenie rusztowania: jeszcze o nim napiszę z wiersza 28, (jeszcze o tym napiszę?) z 31.; wiersz 44:

To jest ważne, a tamto nieważne.
To nieważne, bo zdarzyło się mnie.

To, że tekst jest nieustannie w trakcie tworzenia, i że nie istnieje coś takiego jak ukończony tekst (wiersz, post, powieść, encyklopedia), to jasne: zawsze zapisując tekst, przygotowując do wysłania, sprawdzając literówki, zakłada się, że na pewnym etapie trzeba odpuścić. W jest zapisem tego stanu (co, paradoksalnie, może oznaczać, że książka jest na poziomie koncepcyjnym bardziej ukończona niż sama koncepcja): momentu kryzysowego pęknięcia, które nie daje się wypełnić słowem. Bardzo chcę wierzyć, w to, co teraz napiszę: literatura się nie wyczerpuje. Być może powinienem dołożyć to jakiś przymiotnik wartościujący, a może nie: nie uważam przecież W za książkę złą. Chcę widzieć w niej to, czego nie widać - a to już zarzut do mnie.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Nie klaszczę zbyt często. O "Literach" Tomasza Różyckiego.


Znalezione obrazy dla zapytania różycki litery
Mówią mi: A, A, A, A. Moim zadaniem jest klasnąć, gdy litera się zmieni. Taki test. Wszystko mam sprawne, lecz nie klaszczę zbyt często. Brawa są rzadkie. Jeśli litery zmieniałyby się co krótszy odstęp czasu, uderzenia ręką o rękę powtarzałyby się  - już nie ważne, ile razy - ale (podkreślam) częściej, nie powodując nieznośnej nudy.

Nie odmawiam "Literom" osadzenia w bieżącej ważnej tematyce, nie odmawiam warsztatu poecie, choć mam wrażenie, że w tym tomie, który stara się być śpiewny, płynny, zgrabnie frazujący, coś nie zagrało. Ktoś podaje ci czterolistną koniczynkę (na przykład Kapituła), ty się przyglądasz wnikliwie i co się okazuje? Okazuje się, że trzeci listek rozerwał się na dwa, ktoś mu się dostatecznie nie przyjrzał (zbytnie zaufanie temu, co widać na pierwszy rzut oka?). Więc zawód trochę. 

Rytmiczna śpiewna klarowność rozbijana jest przez twarde frazy, które ją zaburzają. Może to celowe - mi przeszkadza jednak w odpowiednim zanurzeniu w tekście. Bo jeśli płynność, opływowość, to lepiej cała. Mielizny tu nie pasują - brzmią jak usypywane sztucznie lub, zwyczajnie, niezbyt fortunnie dobrane. Co to za zabieg, który się ciągnie przez 99 wierszy? Może to zabieg na temat stylu, który ktoś polubi? Niekoniecznie musi się przecież lubić filmy z wartką akcją. Można doceniać powolne kadry zupełnie tak, jak podróż po oceanie ogromnym parowym statkiem (a na nim kołysze i kołysze, kołysze i kołysze - czy do znudzenia?). Nie przeczę, że podczas podobnej podróży może przydarzyć się kilka widoków, które chciałoby się mieć na zdjęciu, które uważnie się przybliża telefonicznym, czułym zoomem, o ile da się robić cokolwiek - ta choroba morska! Może to jest po prostu uparty ciąg liter wysyłany 99 razy aż się pojawi reakcja (jakakolwiek!), aż ktoś po drugiej stronie choć trochę się poruszy, aż zwróci uwagę, aż odpisze li jedną literą, aż coś odchrząknie, odpowie, że jeszcze po tej drugiej stronie jest, choć mogłoby się wydawać, że go nigdy nie było lub już długo, długo nie ma. Pytania się mnożą. Dlaczego ciągle ten zabieg? Co ma spowodować? Nie wiem. Wysnułam kilka przypuszczeń. Wyłączam się, wyciszam. Zamykam książkę. Zostawiam trochę liter.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Początek końca. O "Nie dam ci siebie w żadnej postaci" Tkaczyszyna-Dyckiego

XXVIII. Przyjazd z Pozezdrza 
ciotka która była kurierką z UPA
z niczym się nie zdradziła
nikogo nie wydała kiedy ją uwięziono

i wzięto na przesłuchanie 
babcia pokazywała mi tę piwniczkę
w Lisich Jamach z której ciotka wyszła
ślepa na jedno oko bo tak ją załatwili
kuzyni z akowskiej samoobrony 
i to ona w 1978 roku (przyjechawszy
do nas z Pozezdrza) zażąda
żebym rozmawiał z nią po ukraińsku
ale ja także dokonałem wyboru

Nikogo już nie zdziwi, że nowy, nominowany do Nagrody im. Szymborskiej tom Tkaczyszyna-Dyckiego gra na tych samych instrumentach, co wszystkie inne tomy Tkaczyszyna-Dyckiego: na melancholii, na tożsamości, na Wólce Krowickiej, matce-schizofreniczce, problemach z ukraińskimi korzeniami, na Norwidzie, co to był kochanką i kochankiem. Nie jest też niczym nowym teoria, że Dycki w istocie nie pisze tomów poetyckich, ale jeden wielki, długi poemat, zaczynający się w roku 1990 w Neni i innych wierszach (a sądząc po datach, umieszczanych czasem pod utworami, jeszcze wcześniej) i kończący się… no właśnie? Kiedy?

Nie wiadomo. Wiadomo, że kiedyś skończy; choćby przenosząc się do lepszego świata, poeta kiedyś musi skończyć (wybrzmiewa w moich słowach ton obsesyjny, wiem). I tutaj upatruję wyjątkowości Nie dam ci siebie w żadnej postaci: moim zdaniem, ta książka jest początkiem końca.

Tembr poetycki Dyckiego dochodzi do natężenia, w którym staje się nie tylko wstrząsający i wyjątkowy, ale wręcz miażdżący. Niszczycielski. Znów można powiedzieć, że nihil novi, że w Kochance Norwida, w Piosence o zależnościach i uzależnieniach też były teksty mocne, uderzające prosto między oczy – ale nie aż tak, nie w takim stężeniu. Schizofrenia, katastrofalna melancholia, cierpienie przekraczające dzisiejsze skale o wiele stopni, wszystko to eskaluje w wierszach Tkaczyszyna coraz bardziej, ujmowane czasem wprost, czasem metaforyzowane poprzez makabryczne doświadczenia z Ukrainy.

Jeśli miałbym szukać kompozycyjnych analogii, moim zdaniem jest to ten moment w poemacie, w którym Dante przekracza bramę piekła, Wacław odnajduje martwą Marię. Wskazuje na to też statystyczny rozkład tematyki: Dycki coraz ciaśniejsze kręgi zatacza wokół największego tematu swojej poezji, z każdej strony usiłując dotrzeć do jakiegoś niepojętego sedna; mówię oczywiście o języku. Języku, który dla nas – szeroko rozumianych ludzi młodych, wychowanych w spokojnej Europie – jest zabawą i medium, a dla Dyckiego staje się śmiertelnie poważną sprawą, do przesady poruszającym wyborem, którego dokonał w obliczu torturowanej, jednookiej ciotki.

XLIII. Piosenka o czystej postaci wiersza 
z antykwariatu przyniosłem
dwie książki poetyckie
więc wszystko już było wiersze
starzeją się wraz z nami 
choć upierałem się w Wólce
Krowickiej że pozostają
wiecznie młode i zawsze na swoim
wszystko już zaczerniliśmy 
i powiedzieliśmy sobie co najmniej
w chujnasób (dlatego nie udzielam
wywiadów) może ten oto tekst
przyśni się komu innemu i przetrwa 
w pierwszej czystej postaci
i nikt na tym nie straci

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Nic, czyli zastępcze rozważanie o czwartej nad ranem. Grzebalski.

Pierwszy raz o wierszu w nocy, albo tak rano, że nie wiadomo, jak to rano nazwać. Ranne rano?

Są takie ranki (ranne). Mieszkanie marzło (otwarte nazbyt na oścież). Wchodzę. Dmucham. Siedzimy – kurtka (czerwona) i koc (krata). Za(k)ratowani, zak(r)atowani. Otwieram, chybił trafił, i nic. Nic. Niedomiar. Grzebalski. Książka z pułki, potrzeba wiersza, trzeba się schować. Kupiłam zeszłorocznie, na Śląsku. Tam też pewnie nic – najpewniej noc, no(c).


Nic

Chodziło o miłość.
O miłość. Języki deszczu,
kiedy miłość. Słupy
dymu, kiedy miłość.
Sen jak mury, kiedy miłość.

Chodziło o miłość.
O miłość. Stopy o podłogę,
kiedy miłość. Ciało
w ciało, kiedy miłość.
Gzyms radości, kiedy miłość.

I nic. Dym w gardle.
Języki deszczu o asfalt.
Wiatr w usta, śnieg:tarcza
ciemności. Chodziło
O miłość. O miłość.

Jeśli nie chodzi miłość, chodzi o pieniądze, o jedzenie, uwagę, nutkę zemsty (więc znowu jakąś miłość). Jeśli jednak o nią, tak naprawdę – to już nie chodzi. Albo rzadko chodzi. Raczej biega. Szaleje,  prędko się toczy (z góry z radości albo inaczej – do pojemnych czarnych, ocznie mokrych dziur idealnie mieszczących smutnych ludzi w ilości jeden na dziurę i nigdy nie znajdziesz).

Emocjonuje niezależnie od treści – pusta czy pełna. Jeśli pełna, napełnia. Jeśli pusta, zapuszcza; puszcza usta – kąciki kleją się do brody – nie odkleisz. Zmienia, rozmienia na cząstki czas – wtyka do snów słodkie/słone słowa i słone/słodkie twarze. Waży uważność, mnie pamięć, składa w samoloty i jeśli nie wyjdzie, zostaje na długi czas: przypomina miną – nic się nie wydarzyło, nie chodziło  o miłość, albo – kradnąc prawie ostatni wers:

ciemności. Chodziło
o miłość.

Wysiedziane miejsce? Pasewicz.

Po przeczytaniu nowego Pasewicza, doszłam do wniosku – nic nowego.  Kolejny rok i kolejna książka – najwyraźniej spełniło się zapisane w Miejscu: zrobię to, co zawsze, rozgadam się i nie zatrzymam wcale (Blitzkrieg).  Jak zauważył Maciej Topolski, podczas krakowskiego spotkania z Autorem, Pasewicz niespecjalnie się zmienia. Przyjmuje formy, których możemy się spodziewać, sięgając po kolejną książkę. Nie mnie oceniać, czy to dobrze. Zauważam i staram się nazywać te zauważenia. Znów pojawia się nieskrępowana biologiczność przekazu – zatopienie myśli w ciele – w każdej, nawet najmniejszej,  komórce i – znowuż, obserwacyjność małych sytuacji – w ostatnich latach czule pielęgnowana, ze stałego miejsca w Miejscu – po lewej stronie, nieistniejącego od stycznia, baru.


Zatopione w ciele myśli są jego częścią tak, jak właściwe ciało jest ich zlepkiem. Stając się ciałem, język miejscowych wierszy, nabiera konkretnego kształtu, bardziej przystępnego zwykłemu bywalcowi pubów.  Ten kształt łatwiej nam poznać, bo jest możliwy do zaobserwowania, jest realny, jest ludzki. Od śledzenia ruchów i zachowań ciał, przechodzimy do wrażeń, które te ciała przywodzą, następuje nazwanie i stopniowe wynoszenie ich, w skndensowanej wierszem formie, na coraz bardziej uniwersalne poziomy rozumienia, które mogą ulec coraz szerszej interpretacji. Można zatrzymać się na poziomie obrazka z Estery 1 (pomagając sobie WBPiCAKową okładką) i dzięki wierszom odtwarzać, już nieczynne, wnętrze. Można iść dalej, pokluczyć chwilkę i znaleźć się wyżej o kilka stopni na poziomie fascynacji procesami, które zachodzą wewnątrz każdego, kto zajmuje miejsce przy stoliku.  Są pewnie tacy, którzy powiedzą, że Edward się zasiedział, że powinien się przejść, przewietrzyć. Że dosyć już mitochondriów, piwek, posiadówek, chłopców, dziewczyn i zwierzątek. Sama byłam bliska podobnemu przekonaniu. Zasiedzenie to kwestia poetyki, którą się obierze. Jak mówił ostatnio Pasewicz – to kwestia, po prostu, widzenia świata w określony, usystematyzowany (jeden) sposób.

Może właśnie  o to chodzi, żeby na tej naszej małej poetyckiej trawce, wysiedzieć sobie własną przestrzeń, którą będzie widać nawet, jeśli się już wstanie?

Poza tym, siedzenie w miejscu może być przyjemne, może być potrzebne, może być zwyczajnie ciekawe, albo – jak mówił kiedyś Jakobe Mansztajn i (w innej sytuacji) Wojciech Bonowicz, stać się świadectwem pracy myśli. Nie musi być epokowe, nie musi stanowić przełomu. Może być ciągiem dalszym obserwacji autora, który odcina się od powszechnego obecnie egotyzmu, zwracając uwagę na wszystko inne, co oprócz niego, jeszcze się rusza. 

Dla zaintereowanych i nieposiadających ksiażki, wrzucam Weronal, o którym miałam tu pierwotnie napisać (a było to zanim skłoniłam się do generalnych pospotkaniowych refleksji).

Weronal

Najpewniej od dźwięków, gdy zaczęły znaczyć,
gdy zlepiły się z tkanka i powietrzem, gdy
umówiły się ze światłem, że też będą świecić,
wziął się strach przed ciemnością

Dlatego zawsze masz jakąś latarkę,
może paść prąd i trzeba będzie pójść do piwnicy
albo do knajpy wpadną chłopcy,
którzy nie lubią dyskutować o cielesności języka,
walą w mordę po ludzku i narodowo.
Po ich wyjściu można dać sygnał,
że jeszcze się żyje.
Pstryk, latarko, pstryk, litero, pstryk, rozmowo.
Pstryk, krwinki czerwone i leukocyty
zdezorientowane rozmową,
schnące na szarym linoleum

Recenza nierecenzenta - J. Żabnicka, Ogrodnicy z Marly

Pani Dalloway 
Begonie, peonie, i tak
byś pewnie nurzał się w tych krągłościach
podawanych na język, ale
weszła jakaś kobieta, mówiąc, że
Ruchard napisał powieść. Bergamoty,
tuberozy – chrzęszczący w obłości
brzeszczot; nikt jej
nie rozumie. Frezje, irysy – bukiet
rozsypuje się, nie dotknąwszy nawet
dłoni – a co dopiero ust. 
Wiesz, odszedł
właśnie ktoś bardzo mi bliski. Chciałam
to wszystko opisać, ten świat, ale
zawiodłam.
Eustomy, słoneczniki – wszystko zaszło
za daleko, umarło. Przed końcem
powieści Richard wychylił się przez grań
parapetu, ty przekroczyłeś próg; to tylko
dzwonek u przeszklonych drzwi kwiaciarni z
widokami. Po drugiej stronie
czeka wędkarz po pas w rzece; pół
pusty, pół pełny – rzekłbyś. Ale te więzy
słów naprawdę były
dla ciebie.

Bardzo trudno jest z tomu Żabnickiej wybrać wiersze ilustrujące całą książkę, dlatego głównie, że jest to książka zwarta. Nie poemat, nie zbiór wierszy, ale właśnie „książka poetycka” i to staromodna tak, jak staromodne jest to nieco wytarte już określenie tomiku, którego nie powinno się dzielić na cząstki.

Mówi się tu o dużych rzeczach, wielkich rzeczach; o samotności, śmierci. Więcej o samotności, wbrew tytułowi, bo to książka, w której  odbiorca pełni funkcję dopełnienia, a nie równoważnego elementu schematu komunikacyjnego.  Często jest tu „ja”, jeszcze częściej „my” – jako ludzie, do innych wspólnot nikt się  nie przyznaje – rzadziej „ty”, nigdy „wy”. 

Powstająca w ten sposób przestrzeń o intymnym klimacie zagospodarowana jest z zaskakującą precyzją. Poznańska poetka nie podejmuje, jak większość twórców piszących w tych rejestrach, tematu przeżycia osobistego, a przeżywania osobistego, co w ostatecznym rachunku robi ogromną różnicę. Szuka się tutaj nie tego, co trudno opisać, ale to, czego w ogóle opisać się nie da, a co zazwyczaj zmuszało autora do wyżęcia języka jak mokrą szmatę, czyli sposobu jednostkowego postrzegania świata. Ośrodkiem zainteresowania jest „ja”, ale „ja” – patrzące, słuchające, wąchające, padające ofiarą inwazji świata nawet wtedy, kiedy kryje się za maskami, rolami i innej maści wybiegami poetyckimi.

Nie kuś mieniem 
Gdyby napadł cię
złodziej o skłonnościach
egzystencjalnych 
z czym więcej wróciłby do siebie?

I chociaż z żywą niechęcią odnoszę się do instytucji recenzji, w tym konkretnym wypadku nie umiem powstrzymać się od recenzenckiego wtrętu: właśnie przez język ta misterna konstrukcja się załamuje i sprawia, że książka pozostawia po sobie poczucie irytującego niedosytu. Jest to bowiem język współczesny, ale fałszowany staromodnością, archaicznością metafory, zblakłymi od częstego prania metodami maskowania podmiotu. Jest to język wyjątkowo nieprecyzyjny, niejasny, oplątany siecią półsłówek, co było wybaczalne kilkadziesiąt lat temu u najlepszych poetów swoich pokoleń, jednak dzisiaj staje się co najwyżej drażniącą manierą. Przez ten brak rozmachu (którego nie można mylić z minimalizmem środków) książka zostawia po sobie tylko słodką, eteryczną atmosferę samotnych wieczorów i zapatrzeń w horyzont, które zna każda osoba o sentymentalnej wrażliwości. 

Paradoksalnie, to jest właśnie zaleta Ogrodników z Marly – delikatność, rozumiana jako brak wyrazistej dykcji. Wśród poezji, która wali w łeb obuchem, może właśnie tego potrzeba? Trudno mi jednak wybaczyć ten brak zdecydowania, co chyba symptomatyczne jest dla całej naszej dekady. Jeśli zaś poetka celowo swoje obrazowanie sprała aż do granicy włókien – to jest poziom kunsztu, który docenić można dopiero po latach.

Na końcu - może należałoby w końcu podziękować wydawnictwu WPBiCAK za książki, które nam podsyła.

Róża żółta - Jeremi Przybora: onewierszstand.

Znów będzie wiersz o miłości i o kawiarni – o miłości w kawiarni, o czułości w kawiarni, o kolejnej wymyślnej, wymyślonej (?) historii.
Sprawa jest wybitnie niepatetyczna, więc może bardziej dojrzała niż niedojrzała? Państwo zrównani są pajączkową nitką.  I siedzą. Ja się im przyglądam. Przygląda im się też podmiot, więc się w niego ubiorę, na chwilę w niego zamienię.

Jestem Weronika i siedzę sobie w kawiarni. Pamiętam, że kiedyś z tatą kupiliśmy mojej cudownej pani od skrzypiec właśnie róże. Takie herbaciane, żółte. Pomyślałam wtedy że jak będę duża, może je dostanę, wyhoduję własne, albo jakoś kupię.
Najczęściej dostaję czerwone. Z innych kwiatków zdarzają się majowe konwalie, przegubiaste goździki, albo bukiety małych, polnych ze wstążeczką, którą potem wiążę na nocnej lampce. Wracając – od tamtego czasu nie dostałam żadnej herbacianej róży! Całkiem o nich zapomniałam! A teraz – do brzegu. Te kwiaty – niezależnie od koloru – mają pewne konotacje. Najbardziej niebezpieczne są czerwone. Pierwszy bukiet czerwonych, (mając z 15 lat) wrzuciłam gniewnie do bagażnika srebrnego peugeota i – już na niego nie patrząc, przytrzasnęłam. Czerwone róże się pamięta, dlatego wydawane są tylko na specjalne okazje. A inne – częściej: mniej wyrafinowanie, bardziej zwyczajnie. Czy to gorzej? Nie sądzę.


Udowodnijmy.

Podobno każda miłość ma taki czas, gdy jest już w miarę jasna i usystematyzowana. Wtedy, rosnąca wcześniej, hucząca namiętność, opada. Jak mówi autor tej teorii – Pan Sternberg, spadek namiętności nie oznacza końca miłości, końca związku. Miłość jest dojrzalsza, bardziej ugruntowana. Wtedy można siedzieć w kawiarni, chlipać zamówioną kawę (bo za gorąca!), i utrzymywać żywym bezruchem, cienką pajęczą nitkę, której nikt, oprócz mnie – podmiotu – w ogóle nie widzi. I to jest właśnie cenne – tak się ze sobą zasiedzieć, że się nie zauważy swojego zapadnięcia w pewien rodzaj nicości, nie zauważy się, że są tylko cienkie nitki i ręce, a ktoś – anioł miły i dobry – nas pielęgnuje; karmi, odkurza. Że jesteśmy w wierszu. Że, w ogóle, jest o nas wiersz. A w wazonie więdnie zapomniana herbaciana róża.




Onewierszstand: Michał Pranke - Fastryga

Fastryga  
td 

Najprawdziwsze miejsce, gdzie spotykają się fałsz oraz prawda:
to fałda, to fałda; orzekało kocie wybrzuszenie miasta, orzekało
ranne wynurzenie spod dna jak ta rdzawa zadra, ledwo cerowana, 
a już pękła, ale powoli: fastryga po nic, nić, która biegnie, a dokąd
nie pamięta, orzekała cegła i miasto zajęte jak pochodnia, biegło,
a dokąd nie pamięta, rygor, ścieg, a w efekcie nic, którego pewnie 
nie było, bo już nikogo nie było stać, żeby biec i ścigać się; ściec.

Właścicielem tego wiersza Michała Prankego, czyli poety – umówmy się – niezbyt znanego, debiutującego w zeszłym roku wyjątkowo trudną do zdobycia książką b, z której zresztą rzeczony utwór nawet nie pochodzi*, stałem się przypadkiem. Wpadł mi w ręce w okolicznościach dosyć skomplikowanych, które kiedyś wyjdą na jaw, ale na razie muszą pozostać, mówiąc patetycznie,  spowite mgłą tajemnicy. Nie są zresztą istotne. Istotne jest to, że wiersz dostałem i go nie oddam.

Nikt o zdrowych zmysłach nie odda białego kota, który na imię ma Murzyn i ja też nie oddam wiersza skonstruowanego z tak morderczą precyzją, zatytułowanego Fastryga. Utwór tak rozpoczęty powinien być, oczywiście, sfastrygowany, grubymi nićmi szyty, prujący się na zbiegach zwrotek; ten nie jest. Przeciwnie, rozwija się konsekwentnie jak rota piechoty w tuwimowskim poemacie o mieście (Łodzi [mieście przędzalni]).

Fraza Prankego kojarzy mi się – nie zamierzam kłamać – z Barańczakiem, który w podobny sposób eksploatował każdy element brzmieniowy języka polskiego, który w tym samym stylu i guście pakował ogromny ładunek znaczeniowy do jednego wersu (och, najprawdziwsze to przecież miejsce, gdzie spotykają się fałsz i prawda), który tak samo umiał użyć słowa WIELKIEGO, aby zmienić je w słowo małe, takie, które dotyka człowieka, a nie ludzkości.

Skaczę po skojarzeniach, bo ten tekst – to nie tyle komentarz, co raczej impresja na temat. Bo mnie ten wiersz wciągnął i wypluł i nie bardzo wiem, co mógłbym do niego dopisać, głównie chcę go czytelnikom pokazać, sprawdzić, czy innych też tak wsysa i miesza. Trudno nie czuć, że dotyka czegoś na styku, pomiędzy, jakiegoś ściegu ledwo na okrętkę zaciągniętego, który zszywa naszą rzeczywistość w całość, ale w każdej chwili może puścić, tak, że ściekniemy; i w dodatku po nic. Po nic ten tekst, jak mi się zdaje, tak jak wiersz jest po nic. Poetry makes nothing happen.

Wydawać by się mogło, że to naprawdę nie jest specjalnie istotne, że autora bloga coś ruszyło, dziabnęło sztychem między żebra, bo przecież nie każdego musi i pisanie o tym, że dziabnęło, to jak pisanie o wiośnie, że się zaczęła; ale szczerze mówiąc, jeśli nie jest ważne to, co mnie dziabnęło, to ja nie wiem, co jest w poezji ważne.

* - w związku z tym obrazek towarzyszący postowi proszę potraktować umownie. A jak ktoś tę książkę ma, to ja chętnie przygarnę.

Symulacja wspomnień. Symulacja znaczeń. Sendecki: onewierszstand.

Popatrzcie na teksty porozrzucane po stronie - dedykacja, motto i wiersz nr 47. 
Marcin Sendecki, W.
Skoro je zestawiam, to pewnie po coś. Rozpoczniemy od dedykacji . 

Czytając, wnioskuję, że W będzie miało coś ze śmierci i coś z przyjaźni, a może przyjaźni ze śmiercią, która się urodziła w 2016 roku, gdy przyjaciel – Tomek zaczął zamieniać się w wiersze? Wolne przypuszczenia. Takie czynić wolno. Bo poezja. Fantazjując, idźmy dalej – drugie w kolejce jest motto. 
Noc zaczyna się łączyć, dość klasycznie, ze śmiercią. OK, można i tak,  nie posądzajmy jednak Sendeckiego o płytkie i znane banały. Hop i głębiej – wczujmy się. Przecież wcale nie znamy nocy! Wymyka się naszym zdolnościom do pełnej percepcji rzeczy. Jak mamy o niej mówić, skoro by ją opisać, potrzebujemy światła, które tę noc rozprasza?! Poruszamy się po omacku – jasne, w nocy, jednak nie wiemy w czym poruszamy się rzeczywiście i czy można to nazwać przemieszczaniem się w niej, i czy w środku (?). Nazwa to jedno, poznanie to drugie. Używanie prawdziwego imienia rzeczy stwarza złudzenie pozornej kontroli nad nią. Jesteśmy w stanie ją zobiektywizować lecz nie zoperacjonalizować (zagrajmy słowami;wyraz pierwszy – obiekt jako rzecz, urzeczowić, opisać). Tak samo jest ze śmiercią.

Jak sobie z nią poradzić, skoro jest – jak noc – nieuchwytna? Trzeba by umrzeć, żeby się przekonać (wielu próbowało, wielu nie wyszło, zdolnym się zdarza, niezdolnym podobnie). Można w niej chodzić (znów) po omacku, obijać się o kanty, ślizgać po powierzchniach gładszych, ale się nie wie, dopóki się w nią nie wejdzie, póki się nią samą samemu nie stanie, póki jest jeszcze pewien rodzaj odwrotu. Nie da się opisać śmierciowego – śmiercionośnego niebytu inaczej niż przez byt, bo tylko to jest nam znane. Sendecki w W opisuje pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia, które – może co gorsza i o boże – nie muszą być prawdziwe. (Dorzuca też kilka komentarzy o pisaniu, o książce.) Te wydarzenia układają się w pamięć, wspomnienia, w pewną wieczność dla opisywanych, w u-wiecznienie (kolekcjonujmy wyrażenia na w – wierzę, że tytuł da się jakoś rozwinąć). Podmiot oswaja się ze śmiercią, korzystając z własnej pamięci, która nie zawsze wiąże się z prawdziwym przebiegiem zdarzeń. Pamięć konfabuluje, zapisując ich emocjonalne wersje, które na stałe wszywają się w nasze postrzeganie, doświadczanie świata. Jeżeli wpuścilibyście mnie do swojej pamięci, pewnie mało bym zrozumiała ze śpiących tam „zapisków”. Nie znałabym sytuacji, w których braliście udział, Waszych przyjaciół, dziewczyn, chłopaków, mężów, żon, wujków, cioć, rodziny. Zrozumiałabym, natomiast, uniwersalną część zapisu – odczucia, pewne jasne, klarowne fakty itp. Tak samo jest z korzystaniem z pamięci podmiotu w W – wiersze wydają się niezrozumiałe, bo są świadectwem czyjejś pamięci. Możemy ją obserwować, jednak nigdy nie stanie się dla nas w stu procentach do pojęcia. Jesteśmy w stanie przyjąć uniwersalności, ciekawe zapisy, skojarzenia, słowa. Dodatkowo dorzucamy własny nastrój i sposób percepcji świata, czyli – w zasadzie; tworzymy zupełnie nowy, odrębny zapis oparty tylko (!) na bazie pamięci podmiotu. Dużo się dzieje. Bardzo dużo. Przypatrzcie się temu, przypatrzcie się książce, wierszowi nr 47 i każdemu z 49. Każdy z nich ma koncept, a nowoczesny koncept to zawsze pewnego rodzaju intelektualna prowokacja. Jest kilka nowych projektów. Może coś o tym napiszę?*


tytuł tekstu: również z książki W: wiersz nr 33

* wiersz nr 31

Epifaniczny offtop. Trochę o dobrej literaturze, która mogłaby być poezją

Tak wyszło, że ostatni miesiąc to poetycka posucha w moim wykonaniu - nie przeczytałem, ani nie usłyszałem (choć było blisko) niczego na tyle ciekawego, żeby napisać coś o czymś nowym. Sięgam więc do Epifanii Jamesa Joyce'a, które jako rzecz nową kwalifikuje nowy przekład Adama Poprawy. W tym miejscu kończę odniesienia do książki, ponieważ recenzowanie (zaczynam się poddawać) przeze mnie czegokolwiek, co odnosi się do irlandzkiego pisarza, byłoby równie dobrym pomysłem, jak zapytanie Marcina "co tam panie w polityce".

Epifania to jedno z tych słów, których znaczenia nigdy nie jestem pewien. Ale przyjmijmy, licentia poetica, że epifania to rodzaj objawienia, olśnienia: poetycko nazwałbym to błyskiem sensu zza rogu rzeczywistości, ale może nie zagalopowujmy się tak daleko. Epifanie Joyce'a są jednak epifanią przekorną i koszmarną, bo nie wiemy, lub też - nie widzimy ich epifaniczności. Ot, historia na fragmencie obok (ostatnim w książce, co odnotowuję z przypisowskiego obowiązku): nie ma w niej nic ciekawego. Nic? Ha! No ale James Joyce bierze ten fragment rzeczywistości i robi z niego literaturę! Tyle tylko, że nie.

Nigdy nie kupowałem tego wytłumaczenia: jeśli to Pisarz pochyla się nad wyimkiem rzeczywistości, to nadaje mu sens (którego wcześniej tam nie było? (może więc wydobywa sens? (a może go tylko próbuje wydobyć?))). Dawno temu ktoś musiał tu generować naprawdę silny modernizm, a teraz odczuwamy efekty wtórne. - Właśnie - zgodził się przechodzący obok Stefan Dedalus. Może Pisarz więc z nas kpi? A może nie ma kogoś takiego jak Pisarz? Przecież w tym fragmencie widoczna jest jego ręka: skreślenia, wtrącenia, poprawki. Stajemy przed czymś, co nie jest objawieniem, ale czymś, co w ogóle jawi się nam mgliście: bo jest urwane, ale przecież uobecnione przez kaprys kogoś, kogo zwykło się nazywać jednym z najwybitniejszych pisarzy XX wieku.

Ale nie mogę od epifanii uciec: pragnę ją dostrzec, więc ją tworzę: widzę ją w głupim wtrąceniu (bo przecież zapis "Dublin, w aptece Hamiltona Longa" i "Dublin, [wtrącone: w aptece] Hamiltona Longa" to nie to samo, każdy to przyzna), widzę ją w słowie, które wykreślone wciąż tam jest, wreszcie - widzę ją w historii, która nie jest epifaniczna. I jestem w tym naiwny, bo kupiłem książkę pół roku temu i spróbowałem ją zrozumieć. Nie zrozumiałem - ale zachwyciłem się nią, bo od samego tytułu o to właśnie chodziło.

Poetka znikła w oddali: Młynarski onewierszstand.



Jedenaście na dziesięć osób wie, o kogo chodzi w poniższym wierszu. Zajmować się będę, zatem, jego całą resztą, choć i pewnie nie całą – bo ileż reszt się zmieści w dwóch tysiącach znaków? Na pewno będzie o cieple, miękkości spojrzeń, zdolnościach do obserwacji, do bycia poruszanym i do poruszania.
A jak poruszać? Jak to umieć? Porusza szczegół, porusza nowość, nieoczywistość. Trzeba być więc nowością, nieoczywistością, być szczegółem. Być takim poetą, który te wszystkie cechy zawrze w podmiocie i najlepiej (to dla fanów), jeśli choć trochę tym podmiotem jest.

Ostatnio dużo jeżdżę, bardzo dużo, więc czytam, żeby myśleć li tylko o tym, co mam w zdobionej, czarnej okładce na książki. W tramwaju numer 8 i autobusie 106, marcowo – Melancholia Bieńczyka. Opisywane tam aspekty melancholiczne, wiążą się, moim zdaniem bardzo mocno, z poezją Młynarskiego. Jak się okazuje, w miarę zgłębiania wspomnianej książki; dobrą maską dla melancholii jest ironia, pewne przejawy humoru, które – albo; na zasadzie depresyjnych masek, skrywają nieszczęście, albo – budzą dobroczynny dystans, odkrywający coraz to szersze perspektywy zdarzeń.

Zobaczmy jak to wygląda w wierszu, na żywo. Uwaga, włączam obrazy.
nr 1 - poetka dowcipna , psotna (…) wszyscy Ją świetnie znali, wszyscy Ją strasznie kochali.
nr 2 - w środku (…) straszliwie zziębnięta, (…) samotna.

Wyczuwam kontrast. Ba, on się nawet sam maluje! Melancholia to rzecz samotna, a nie psotna  – to refleksyjne przeglądanie się w sobie, kontemplowanie utraconego, które nigdy nie wróci. Związane jest z przyjmowaniem perspektywy dystansu, który pozwala zauważać szczegół, który każe go zgłębiać i opisywać, dając w ten sposób melancholikowi tymczasową wolność, złudzenie melancholicznego końca, który de facto, końca przecież nie ma.

Wydaje się, że każdy przywołany przeze mnie wyżej obraz przedstawia zupełnie inną poetkę – logiczne, prawie jasne. Idąc jednak dalej, próbując się przebić przez Bieńczykowe treści i lekko je parafrazując, trzeba przyznać wspomnianej poetce prawo do łączenia niejako dwóch poetek w sobie. Tej, która jest urocza, kochana, śmieje całkiem wdzięcznie i drugiej – czekającej na czułość, upijającej się – jeśli już – to pewnie na smutno. To wszystko jest jej. Melancholijna (ale) całość.

Co robi wspomnienie melancholii w takim wierszu? Znów zwraca uwagę na szczegół. Uczula na niego – nie szarpie. Dotyka delikatnie.
Zadam sobie końcowe pytanie – dlaczego sądzę, że w Poetce jest (po raz dziesiąty!) melancholia? Bo Młynarski pisze niemalże humorystycznie, zadaje kilka niby łatwych (acz ciężkawych) pytań, używa nieziemsko prostych słów, równo rymuje, patrzy miękko i czule. Dałoby się powiedzieć – przez wiersz się uśmiecha. Jeżeli karci, pytając, to subtelnie – wszystko w granicach (właśnie) uśmiechu. Robi rzecz bardzo ciekawą – zamyka historię dwóch obrazów Jednej nie tylko w jej historii, ale i we własnej – poety melancholijnego, który – zza maski – nad niebieskim jeziorem, wzdycha tak, że okular się mgli.

P.S.
Marcinie, dziękuję za Bieńczyka. Oddam niebawem!

szkic: Weronika Janeczko

#chwilaprzerwy na krytykę zaangażowaną. O wierszu Kopyta i wielu innych poetów

                
#kobane 

 przewijam pasek ze zdjęciami
odciętych głów dziewczyn
które nie miały większego wyboru
niż szybko nauczyć się strzelać
i włożyć mundur
z czerwoną gwiazdą
 
 
trwa medialna noc
ale płoną oblane benzyną
domy i ulice kobane
choć śpią lotnicy bogatych państw
korespondenci jedzą regeneracyjne
posiłki wolny świat mozolnie
walczy z terroryzmem
 
 
ruchliwy jest zwłaszcza wirtualny pasek
ale nie zerwie się na pomoc
mężczyznom i kobietom
staruszkom i dzieciom
otoczonym przez amerykańskie zdobyczne czołgi
leżącym na barykadach i
ubranym w niewłaściwe mundury
z czerwoną gwiazdą
 
 
czerwona może być tylko krew
blednie flaga tureckiej wiosny
kto wspomni przyszłej jesieni
bohaterkę arin mirkan
i tysiące bezimiennych
i nieistotnych
walczących z ludźmi wielkiej wiary
 
 w naszych oczach rośnie w ciemności
finał drżących kotłów ody do radości
przeraźliwie głuchy prostokąt
odbitego ekranu
 
 tak broni się kobane
pamiętaj
kobane
 

To zupełnie naturalne, że poezja podejmuje temat aktualnie toczonych wojen – siłą rzeczy najczęściej tych, które toczą się na Bliskim Wschodzie, względnie jeszcze bliższym wschodzie. Problem w tym, że poziom tematycznych refleksji, pojawiających się u tych słynnych poetów zaangażowanych, jest żenujący. Nie tylko u Szczepana Kopyta.

Kiedy w 2003 roku wojska Koalicji po miesiącu bombardowań wkraczały do Iraku, miałem 11 lat i przekaz z telewizora był prosty: są dobrzy [Amerykanie] i źli [Irakijczycy]. Dzisiaj, czternaście lat później, gdy zaczynam dzień od rundki po stronach Al-Jazeery, gadzinówkach IS i różnych twitterach najdziwniejszych bojówek, od Hamasu po PKK, ośmielę się stwierdzić: używanie kategorii dobra [jakiegokolwiek] i zła [czyjegokolwiek] w kontekście wojny jest najlepszym dowodem na to, że cywilizacja okcydentu niczego się nie nauczyła.

Jakiekolwiek ustalanie skrajnie relatywnych stosunków między stronami walczącymi w Syrii* jest jawną deklaracją: „nie mam pojęcia, o czym właściwie mówię”. W przytoczonym wierszu Kopyta nie ma żadnej próby rozwikłania moralnego węzła gordyjskiego, jest tylko próba ustosunkowania się do problemu, do którego stosunkować się osoba żyjąca w Polsce nie ma moralnego ani logicznego prawa.

Zamiast stygmatyzować samo zjawisko wojny, stygmatyzuje się – konsekwentnie i bez żadnej żenady – zjawisko multizrelatywizowanego przekazu medialnego, który sprawia, że jako obywatele spokojnego kraju w Europie mamy w ogóle jakokolwiek dostęp do tego, co dzieje się gdzieś tam, daleko. Nie bez powodu tytuł Kopyta jest hasztagiem; nie bez powodu w poezji zaangażowanej przewija się bez przerwy motyw ekranu, streamu, protestu internetowego i tak dalej. „Wirtualny pasek nie zerwie się na pomoc”.

Polskiej poezji AD 2017 nie przeraża to, co dzieje się w Kobane, Aleppo, Al-Bab, Homs, Iłowajsku, Mosulu czy Timbuktu, tylko przekaz medialny. Twittera obwinia się o wojnę, bo wojna jest przekazywaną bajką z youtuba, podobną do Kucyków Pony. A to źle – bo trzeba patrzeć [nie można nie patrzeć] i dobrze – bo można otoczyć się bańką medialną [i wtedy X to ci dobrzy]. Widok cudzego cierpienia. Wolelibyśmy nie wiedzieć. Efekt jest podobny do kuriozalnej i chyba nie do końca świadomej refleksji Słomczyńskiego z Latakii:  odczuwam dyskomfort nie dlatego, że tam ludzie giną, tylko dlatego, że ja tu sobie jem arbuza.

Jestem bezwzględnie przeciwny kategoryzowaniu w tak wygodnicki sposób.

*- Syrii, Afganistanie, Nigerii, Mali, Republice Środkowoafrykańskiej, Somalii, Myanmarze, Ukrainie, Meksyku, Sudanie, Pakistanie, Algierii, Burundi etc. etc.


            

Nożyce do jeży; Jurczak onewierszstand.

Jeże (zamiast erotyku)                                                   

Opowiadać o miastach jak o szklance wody?     
Mówienie językami jak gubienie pinu Są
powody i jest także niebo, które pozarasta
więc trzeba być nożycami: opowiadać

o miastach jak wykreślać przypisy z nieskończonej listy
(a czysty jest ton flow i szklanka): opowiadać o ustach
jak kroić porzeczkę na osiem (obraz
czyli lustro lub ekran A dotknij) potem zjeść ją na raz

Opowiadać o rzęsach jak o wojnie: starać (się? o?
język?) Płynny jak gubienie pinu jest
rytm i przester (tu traktat orzech i łupina:

pozwolić by przester pozarastał drogę)
A jeże są arbitralne taki mogę
język: o szklance wody opowiem ci jak o miastach


Wyznaję taką zasadę, że wiersze się czuje. Mają coś budzić (i tłukę o tym nieustannie) nawet,  jeśli są niezrozumiałe. A czemu niezrozumiałe? Bo konteksty (wyjdzie, że nie znam), bo znaczące w dwie strony przerzutnie (a co jeśli fantazja pójdzie za daleko?), bo wstyd, że się nie trafi z interpretacją (kłania się szkolna maniera i gra w co autor miał na myśli).

Zalałam Pamięć zewnętrzną. A miał być post o Jurczaku. Mogłabym zrobić sobie urlop, nie prasować uparcie książki, żeby wyschła, ale ogromnie bym chciała o tych Jeżach. Przeczytałam i ciągnie. Trudny jak nie wiem. Rozgryzam w domu, rozgryzam w tramwaju, znowu w tramwaju i znowu w domu. Kawa. Black (noc, swoją drogą, też za oknem).
Przepisałam wiersz do zeszytu (ołówek by zepsuł jeszcze wilgotną książkę), podkreślam, zaznaczam, czytam współlokatorce, pytam: co ci się myśli po tym? Odpowiada, że jej się myśli znak zapytania. To jest pierwsza rzecz, która pojawiła się też u mnie po Jeżach (zaraz obok chęci rozłożenia – dorozumienia wiersza).

Opowiadanie jest domeną każdego pisarza. Wycina zdarzenia, naświetla, zbliża. Co dzieje się jednak, jeśli pisarz próbuje opowiedzieć o nieopowiadalnym, albo o tym, co mieści się jedynie poza wierszem, co nie daje się pociąć, o kimś, kto nigdy nie da się rozebrać (na cząstki), poćwiartować? Zaczyna dziać się bezsens. Albo inaczej: może się zadziać.
Procedura najwyższego ryzyka. Jak wybrać (i którą) część nieopisywalnego, żeby je opisać? Jak wybrać część, żeby nakreślić całość? Jak zrobić coś z niczego? To są pytania z gatunku; Co było pierwsze – jajko czy kura? (Chuck Norris). Wydaje mi się, że właśnie to mi się myśli w kontekście tego wiersza. Jest o nieopisywalnym.

Najpiękniejszą, według mnie, reakcją na różne emocje jest brak słów, który łączy się z pewnym rodzajem mocniejszego czucia (takiego, które ma tendencję do wychodzenia oczami). Najpełniejszym uczuciem jest takie, którego nie da się opisać. Idźmy więc dalej; najpiękniejszym wierszem o miłości, będzie wiersz, który się bije z tym, co nieopisywalne i mimo wszystko, usilnie, próbuje o tym opowiedzieć. Jeże dotykają szalonego metapoziomu. Przenosimy się do nich zamiast do opowieści o rzęso – wojnach, bo jeże są arbitralne, w miarę łatwe, dotyczą same siebie, mogą zastąpić erotyk, który dotyka dość często co najmniej dwóch osób – a jak o nich pisać, skoro się nie wie do końca, czy im opowiedzieć o miastach jak o szklance wody, czy o szklance wody jak o miastach?

W sumie, może najlepiej wykreślić wszystko i zostawić gdzieś w kąciku duży znak
zapytania.

Safona i inni

Safona - Pieśń 81b 
Spleć, Dike, wiotkie gałązki
delikatnymi rękami
i przystrój bujne kędziory
zielonym pachnącym wieńcem!
Z radością patrzą Charyty
na strojne w kwiaty dziewczęta,
lecz nie obdarzą spojrzeniem
tych, które wieńców nie noszą. 

Antyczna Grecja. Monumentalne, śnieżnobiałe świątynie na klifach. Melorecytowane, patetyczne lamenty tragicznego chóru. Wielkie wojny złotego okresu, marmurowi ludzie i brązowe pancerze, legnący bohatersko w Termopilskim wąwozie, umięśnieni żołnierze i majestatycznie sunące okręty o purpurowych żaglach i rzędach wioseł. Tak?  Otóż nie.

Więc co? Brudne, śmierdzące miasta, pełne żebraków i uchodźców, ludzi chorujących na najokropniejsze zarazy? Ciemne, zasłonięte kamiennymi żebrami zaułki pełne śmiecia i ekskrementów? Bezsensowne rzezie o skrawki skalistej ziemi? Seksualne rozpasanie, prowadzące do najgorszych dewiacji, maskowane rozmowami o głupotach? Otóż nie. Obydwie te recepcje są spłycone ad absurdum.

Jak uczą podręczniki i Zbigniew Herbert, greckie świątynie nie były białe, tylko polichromowane. Ówczesne techniki produkcji barwników były bardzo prymitywne; dziś byle paleta RGB produkuje dziesiątki tysięcy odcieni dziesiątków tysięcy kolorów, co sprawia, że te brudne, gruzłowate, przydymione barwy na zachowanych zabytkach współczesnemu odbiorcy wydają się paskudne. Ale to w żadnym stopniu nie odejmuje greckim budowlom doskonałości geometrycznej.

Czasem wydaje się, że traktujemy antyk jak odrębny wymiar, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. W związku z tym sztukę grecką odbieramy jako coś w rodzaju egzotycznego eksponatu. Chyba tylko w teatrach – i to nie wszystkich – zachowała się tradycja traktowania greckiej tragedii poważnie. Ale komedię, dla odmiany, wymazano, skazano na niebyt, a to z racji jej obsceniczności i przeraźliwie niskiego z perspektywy XXI wieku humoru, rodem z najgorszego gimnazjum.

Mało kogo też obchodzi liryka starogrecka. Trudno do niej dotrzeć, trudno się ją czyta, trudno się nad nią pochylić. A przecież to takie same wiersze, jak te, które piszą ludzie dzisiaj: wiersze o śmierci, o miłości, o pieniądzach, o seksie, o polityce. Pozbawione może językowej wymyślności, w przekładzie w dodatku spłaszczone do poziomu monotonnych wyliczeń, ale jednak boleśnie aktualne. I przypominające, że to tylko dwa tysiące lat; że na osi czasu bliżej jest Kleopatrze do pierwszego iPhone’a niż do budowy piramid. Że nie zmieniliśmy się specjalnie przez ten czas.


Oczywiście, to truizm, pewnie. Ale ilu z państwa zajrzało ostatnio do jakiegoś tomu literatury starogreckiej?

Debiut po debiucie

Zeszłoroczna premiera debiutanckiego tomu Ryszarda Krynickiego każe zadać pytanie o znaczenie tak często używanego słowa jak debiut. To, że debiutem nie musi wcale być pierwsza opublikowana książka, nie jest wcale rzeczą nową: często uznaje się za debiut Wisławy Szymborskiej Wołanie do Yeti z 1957 roku, pomijając, jako powstałe w warunkach niesprzyjających prawdziwemu debiutowi, 2 poprzednie książki noblistki.

Warunków wydania pierwszego Pędu pogoni, pędu ucieczki w 1968 roku również nie można nazwać sprzyjającymi. Wiersze Ryszarda Krynickiego są chyba najbardziej niewdzięcznymi wierszami w historii literatury polskiej do cytowania: wiele wierszy zostało zmienionych przez cenzurę lub błędy wydawnicze. Poeta wracał więc wielokrotnie do swoich wierszy, wprowadzając poprawki i zmiany; były więc one faktycznie pisane latami.

W 2016 roku zadebiutował więc jeden z najważniejszych poetów XX wieku, autor kilkunastu książek. Znaczenie tego debiutu znakomicie podsumował sam autor, mówiąc: "trudno patrzy się na młodego poetę, którym kiedyś byłem". Debiut jest zatem i gestem podsumowania, i wyrażeniem pragnienia rozpoczęcia, które do tej pory było niekompletne. Jednym z najważniejszych wierszy, do których poeta wraca w czasie spotkań, jest wielokrotnie zmieniany i modyfikowany utwór Jednogłośnie, jednomyślnie, którego nie chcę interpretować: spróbuję jedynie zasugerować, jak można na ten wiersz patrzeć.

Szalenie istotna dla poezji Krynickiego jest kategoria niekompletności. Wiersze, szczególnie wczesne, są poszarpaną, szalenie splątaną siecią metafor, podwójnych znaczeń słów, cytatów, cudzych głosów, prawda splata się z fałszem, rzeczywistość - z propagandową atrapą rzeczywistości. Ich zawiłość jest odmienna od poezji Barańczaka: czystszej, ostrzejszej, wyraźniejszej. Wiersze Krynickiego znajdują się po mrocznej stronie języka; poezja Krynickiego jest brudniejsza, bardziej chropowata, ale przez to mi bliższa. Otwarcie wiersza Barańczaka wymaga rozplątania widocznych sieci; otwarcie wiersza Krynickiego wymagałoby ich zerwania, zniszczenia istoty wiersza, który uderza swoim trudną, szorstką, doskonale niekompletną idiomatycznością. 

Jednogłośnie, jednomyślnie

Z białego domu o różowych szybach. Nasz specjalny wysłannik donosi z białego domu o czerwonych
szyldach. Nasz specjalny wysłannik, kelner, donosi potrawy i trawi donosy. Donosy echa. Donośnym
głosem i głosem donosu: o armatach ukrytych w białych wierszach sieci, sieci
wszechświata, wszechświata wywiadu. Nasz specjalny wysłannik w sieci dziennikarzy i wywiadów
urojonej choroby. Zesłany na Syberię
(nowego) świata nasz specjalny wysłannik donosi, kto - jednogłośnie - wstrzymał się od
głosu ze względu na zły stan zdrowia i opieki społecznej, od głosu
sprzeciwu; oraz kto, jednogłośnie
czyli - jednym - głosem
pomylił kaganiec oświaty z oświatą kagańca, rewolucję z jednogłośną
(jednoręczną rezolucją); jednogłośnie ręcząc i
jednogłośnie głosząc, donosząc jednocześnie głos (nasz
specjalny) do wyborczej urny, do urny
z popiołów. Jednogłośnie? Jednoręcznie? Jakkolwiek unieść rękę w tym jawnym
tajnym głosowaniu
prasa
prasy
zmiażdży ci ją nazajutrz. Chociaż kościół inny i w nim jednogłośnie dzwonią na podniesienie
donosu. Donosu echa. Jednogłośnie, jednoręcznie, jednomyślnie, jednocześnie.

(II-VI 1968)