Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagroda im. wisławy szymborskiej 2017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagroda im. wisławy szymborskiej 2017. Pokaż wszystkie posty

Skok przez płotki - parę słów o "Skoku w dal" Jerzego Kronholda

***   
Wybacz
jechałem
zbyt szybko
w obszarze zabudowanym
gdy wyskoczył
ten wyżeł
nie było ratunku
poszła chłodnica
widziałem w lusterku jak wił się
nie powiedziałem ci
ze strachu i że
uciekłem
że uciekam
przed tym
do dziś

Skok w dal okazał się książką wyjątkowo fortunną zarówno dla autora, jak i wydawcy, ponieważ zgarnął nominacje do większości liczących się nagród w kraju: Nike, Szymborskiej, Silesiusa, Miasta Warszawy – tylko Gdynia, pokazując kawał solidnego, historycznie chyba uwarunkowanego rozsądku, nie dała mu się uwieść.  Jest to o tyle niepojęte, że tomik nie prezentuje sobą chyba żadnej wartości, którą mógłbym kojarzyć z szeroko rozumianą dobrą poezją najnowszą.

Większość wierszy w Skoku w dal jest oparta na koncepcie; nie barokowym, ale lingwistycznym, rodem z lat 70. I można by pewnie wybaczyć tę anachroniczność, która w niektórych środowiskach staje się nawet poetycką modą, gdyby nie to, że te koncepty są najzwyczajniej na świecie słabe, żeby nie powiedzieć: cienkie jak wędkarski przypon. Bo naprawdę, oparcie wiersza na frazeologizmie „porywać się z motyką na słońce” w kontekście uprawy kwiatów pozostałych po zmarłej żonie, albo ujmowanie żałoby poprzez porównanie podmiotu do chrząszcza leżącego na grzbiecie nie sięga szczytów kreatywności, ani nawet pagórków pomysłu. Jest po prostu banalne. 

Aby oddać sprawiedliwość autorowi, można się zastanowić, czy ta banalność nie jest właśnie zaletą tomu; otóż nie. Banalność może być atutem, kiedy idzie w parze z rozbudowaną albo ciekawą, obrazową metaforyką, kiedy w wierszach „coś się dzieje”, kiedy bąbelkowa folia słowa uzupełnia pustawe pudełko konceptu, tak jak to ma miejsce np. u Katarzyny Fetlińskiej, albo – aby uniknąć oskarżenia o przeskoczenie trzech pokoleń – we wczesnych wierszach Krynickiego. Tymczasem liryki Kronholda są zupełnie zwyczajne. Kiedy oprze się wiersz z prymitywnym konceptem na uproszczonej do bólu metodzie pisarskiej, jedyne, co w nim pozostaje, to emocjonalna szczerość: ale to o wiele, wiele za mało.

Najgorsze jednak jest to, że Kronhold ewidentnie stwierdził, że z racji wieku/stażu/liczby wydanych książek/całokształtu twórczości/znajomości z Barańczakiem/czegokolwiek innego wszystko mu wolno. I okej, prawda to przecież, że starość ma swoje prawa nie gorsze od praw młodości; problem w tym, że autor przekracza granice nie poetyki, ale dobrego smaku. Mówię tu oczywiście o słynnym miłosnym wierszu o sikaniu (List), który na (znów) banalnym, ale za to skatologicznym koncepcie próbuje ugrać chyba jakiś skandal, w tym samym stylu, w którym próbują robić to poeci trzeciego obiegu, nadrabiający braki warsztatowe nadmiarem wulgaryzmów i niesmacznych metafor. Nie wspominając o tym, że w obliczu tego wiersza oskarżanie przez Kronholda Darka Foksa o pisanie „poezji klozetowej”, co miało miejsce w trakcie festiwalu Silesius, brzmi jak jakiś sardoniczny dowcip. 

Całe lato 
                                     Joannie Zach 
Całe lato pływałem
i pisałem mejle do ciebie
niekiedy wydawało się
że jest inaczej
że piszę do kogoś innego
a do ciebie płynę

A jeśli komuś w trakcie lektury tego tekstu przyszło do głowy, że przecież nie tak łatwo jest w tym wieku pisać wiersze trafiające w gusta młodych krytyków, i to jeszcze wiersze o sikaniu, odsyłam do najnowszego tomu Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, nota bene rówieśniczki Kronholda. Obydwa te argumenty szybko przestaną wydawać się zasadne. 


Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Najtrudniej jest tylko patrzeć. O "W" Marcina Sendeckiego

Zacznę od wiersza 39.

Wszystko inaczej,
chociaż trochę tak samo.

Teraz tylko tę mądrość oprawić.

I tu też mam problem. Bo W nie sposób ugryźć (zarówno epistemologicznie, jak i krytycznie) tak, jak zwykle gryzie się wiersze: gryzące, zmuszające do napisania o nich, do zajęcia pozycji. Tymczasem W jest książką-poematem dalece mniej gryzącym, niż choćby irytująco hermetyczne Lamety (do dziś czuję uraz do tej książki, bo czekałem na nią po Przedmiarze robót, który bardzo mi się podobał). Sendecki wpuszcza czytelnika do książki pełnej światła i niepewnych słów - dobieranych ostrożnie i precyzyjnie, i nie ma w tej poezji punktów zaczepienia czytelnika: to w gruncie rzeczy dość rzadko spotykane we współczesnej poezji wyznanie niewiary w słowo. Oczywiście nie samym Sendeckim poezja stoi i wątpliwość dotyczącą natury rozumienia z 1. wiersza oddalam, natomiast zawarte w tym otwierającym liryku polecenie popatrzcie (i powtórzone w 47., już z negatywną refleksją:

Nic nie widać.


Popatrzcie.


) sugeruje, że być może poeta postuluje nową formę obcowania z tekstem: powierzchowną, nieufną, poglądową. To dość paradoksalne, bo przy takim ujęciu książka powinna nazywać się O albo Na, zgodnie z regułą miejscownika dotyczącą tematu rozmowy lub powierzchni. Tymczasem jest W, które, rzecz jasna, ma się odnosić do wielu rozwinięć: W jak Warszawa, W jak Wiersz. Ale sugerujące też zagłębienie, którego ja tutaj nie wyczuwam: jeśli była jakaś forma zejścia głębiej, to była, ale nie jest. Wszystko inaczej, chociaż trochę tak samo.

Porzucam też flaneurowską interpretację z serii "poeta chodzi po mieście i przekuwa to, co widzi, w wiersz". Rzecz w tym, że nie przekuwa. W sprawia wrażenie rusztowania: jeszcze o nim napiszę z wiersza 28, (jeszcze o tym napiszę?) z 31.; wiersz 44:

To jest ważne, a tamto nieważne.
To nieważne, bo zdarzyło się mnie.

To, że tekst jest nieustannie w trakcie tworzenia, i że nie istnieje coś takiego jak ukończony tekst (wiersz, post, powieść, encyklopedia), to jasne: zawsze zapisując tekst, przygotowując do wysłania, sprawdzając literówki, zakłada się, że na pewnym etapie trzeba odpuścić. W jest zapisem tego stanu (co, paradoksalnie, może oznaczać, że książka jest na poziomie koncepcyjnym bardziej ukończona niż sama koncepcja): momentu kryzysowego pęknięcia, które nie daje się wypełnić słowem. Bardzo chcę wierzyć, w to, co teraz napiszę: literatura się nie wyczerpuje. Być może powinienem dołożyć to jakiś przymiotnik wartościujący, a może nie: nie uważam przecież W za książkę złą. Chcę widzieć w niej to, czego nie widać - a to już zarzut do mnie.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Nie klaszczę zbyt często. O "Literach" Tomasza Różyckiego.


Znalezione obrazy dla zapytania różycki litery
Mówią mi: A, A, A, A. Moim zadaniem jest klasnąć, gdy litera się zmieni. Taki test. Wszystko mam sprawne, lecz nie klaszczę zbyt często. Brawa są rzadkie. Jeśli litery zmieniałyby się co krótszy odstęp czasu, uderzenia ręką o rękę powtarzałyby się  - już nie ważne, ile razy - ale (podkreślam) częściej, nie powodując nieznośnej nudy.

Nie odmawiam "Literom" osadzenia w bieżącej ważnej tematyce, nie odmawiam warsztatu poecie, choć mam wrażenie, że w tym tomie, który stara się być śpiewny, płynny, zgrabnie frazujący, coś nie zagrało. Ktoś podaje ci czterolistną koniczynkę (na przykład Kapituła), ty się przyglądasz wnikliwie i co się okazuje? Okazuje się, że trzeci listek rozerwał się na dwa, ktoś mu się dostatecznie nie przyjrzał (zbytnie zaufanie temu, co widać na pierwszy rzut oka?). Więc zawód trochę. 

Rytmiczna śpiewna klarowność rozbijana jest przez twarde frazy, które ją zaburzają. Może to celowe - mi przeszkadza jednak w odpowiednim zanurzeniu w tekście. Bo jeśli płynność, opływowość, to lepiej cała. Mielizny tu nie pasują - brzmią jak usypywane sztucznie lub, zwyczajnie, niezbyt fortunnie dobrane. Co to za zabieg, który się ciągnie przez 99 wierszy? Może to zabieg na temat stylu, który ktoś polubi? Niekoniecznie musi się przecież lubić filmy z wartką akcją. Można doceniać powolne kadry zupełnie tak, jak podróż po oceanie ogromnym parowym statkiem (a na nim kołysze i kołysze, kołysze i kołysze - czy do znudzenia?). Nie przeczę, że podczas podobnej podróży może przydarzyć się kilka widoków, które chciałoby się mieć na zdjęciu, które uważnie się przybliża telefonicznym, czułym zoomem, o ile da się robić cokolwiek - ta choroba morska! Może to jest po prostu uparty ciąg liter wysyłany 99 razy aż się pojawi reakcja (jakakolwiek!), aż ktoś po drugiej stronie choć trochę się poruszy, aż zwróci uwagę, aż odpisze li jedną literą, aż coś odchrząknie, odpowie, że jeszcze po tej drugiej stronie jest, choć mogłoby się wydawać, że go nigdy nie było lub już długo, długo nie ma. Pytania się mnożą. Dlaczego ciągle ten zabieg? Co ma spowodować? Nie wiem. Wysnułam kilka przypuszczeń. Wyłączam się, wyciszam. Zamykam książkę. Zostawiam trochę liter.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Początek końca. O "Nie dam ci siebie w żadnej postaci" Tkaczyszyna-Dyckiego

XXVIII. Przyjazd z Pozezdrza 
ciotka która była kurierką z UPA
z niczym się nie zdradziła
nikogo nie wydała kiedy ją uwięziono

i wzięto na przesłuchanie 
babcia pokazywała mi tę piwniczkę
w Lisich Jamach z której ciotka wyszła
ślepa na jedno oko bo tak ją załatwili
kuzyni z akowskiej samoobrony 
i to ona w 1978 roku (przyjechawszy
do nas z Pozezdrza) zażąda
żebym rozmawiał z nią po ukraińsku
ale ja także dokonałem wyboru

Nikogo już nie zdziwi, że nowy, nominowany do Nagrody im. Szymborskiej tom Tkaczyszyna-Dyckiego gra na tych samych instrumentach, co wszystkie inne tomy Tkaczyszyna-Dyckiego: na melancholii, na tożsamości, na Wólce Krowickiej, matce-schizofreniczce, problemach z ukraińskimi korzeniami, na Norwidzie, co to był kochanką i kochankiem. Nie jest też niczym nowym teoria, że Dycki w istocie nie pisze tomów poetyckich, ale jeden wielki, długi poemat, zaczynający się w roku 1990 w Neni i innych wierszach (a sądząc po datach, umieszczanych czasem pod utworami, jeszcze wcześniej) i kończący się… no właśnie? Kiedy?

Nie wiadomo. Wiadomo, że kiedyś skończy; choćby przenosząc się do lepszego świata, poeta kiedyś musi skończyć (wybrzmiewa w moich słowach ton obsesyjny, wiem). I tutaj upatruję wyjątkowości Nie dam ci siebie w żadnej postaci: moim zdaniem, ta książka jest początkiem końca.

Tembr poetycki Dyckiego dochodzi do natężenia, w którym staje się nie tylko wstrząsający i wyjątkowy, ale wręcz miażdżący. Niszczycielski. Znów można powiedzieć, że nihil novi, że w Kochance Norwida, w Piosence o zależnościach i uzależnieniach też były teksty mocne, uderzające prosto między oczy – ale nie aż tak, nie w takim stężeniu. Schizofrenia, katastrofalna melancholia, cierpienie przekraczające dzisiejsze skale o wiele stopni, wszystko to eskaluje w wierszach Tkaczyszyna coraz bardziej, ujmowane czasem wprost, czasem metaforyzowane poprzez makabryczne doświadczenia z Ukrainy.

Jeśli miałbym szukać kompozycyjnych analogii, moim zdaniem jest to ten moment w poemacie, w którym Dante przekracza bramę piekła, Wacław odnajduje martwą Marię. Wskazuje na to też statystyczny rozkład tematyki: Dycki coraz ciaśniejsze kręgi zatacza wokół największego tematu swojej poezji, z każdej strony usiłując dotrzeć do jakiegoś niepojętego sedna; mówię oczywiście o języku. Języku, który dla nas – szeroko rozumianych ludzi młodych, wychowanych w spokojnej Europie – jest zabawą i medium, a dla Dyckiego staje się śmiertelnie poważną sprawą, do przesady poruszającym wyborem, którego dokonał w obliczu torturowanej, jednookiej ciotki.

XLIII. Piosenka o czystej postaci wiersza 
z antykwariatu przyniosłem
dwie książki poetyckie
więc wszystko już było wiersze
starzeją się wraz z nami 
choć upierałem się w Wólce
Krowickiej że pozostają
wiecznie młode i zawsze na swoim
wszystko już zaczerniliśmy 
i powiedzieliśmy sobie co najmniej
w chujnasób (dlatego nie udzielam
wywiadów) może ten oto tekst
przyśni się komu innemu i przetrwa 
w pierwszej czystej postaci
i nikt na tym nie straci

Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.