Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłumaczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłumaczenie. Pokaż wszystkie posty

Epifaniczny offtop. Trochę o dobrej literaturze, która mogłaby być poezją

Tak wyszło, że ostatni miesiąc to poetycka posucha w moim wykonaniu - nie przeczytałem, ani nie usłyszałem (choć było blisko) niczego na tyle ciekawego, żeby napisać coś o czymś nowym. Sięgam więc do Epifanii Jamesa Joyce'a, które jako rzecz nową kwalifikuje nowy przekład Adama Poprawy. W tym miejscu kończę odniesienia do książki, ponieważ recenzowanie (zaczynam się poddawać) przeze mnie czegokolwiek, co odnosi się do irlandzkiego pisarza, byłoby równie dobrym pomysłem, jak zapytanie Marcina "co tam panie w polityce".

Epifania to jedno z tych słów, których znaczenia nigdy nie jestem pewien. Ale przyjmijmy, licentia poetica, że epifania to rodzaj objawienia, olśnienia: poetycko nazwałbym to błyskiem sensu zza rogu rzeczywistości, ale może nie zagalopowujmy się tak daleko. Epifanie Joyce'a są jednak epifanią przekorną i koszmarną, bo nie wiemy, lub też - nie widzimy ich epifaniczności. Ot, historia na fragmencie obok (ostatnim w książce, co odnotowuję z przypisowskiego obowiązku): nie ma w niej nic ciekawego. Nic? Ha! No ale James Joyce bierze ten fragment rzeczywistości i robi z niego literaturę! Tyle tylko, że nie.

Nigdy nie kupowałem tego wytłumaczenia: jeśli to Pisarz pochyla się nad wyimkiem rzeczywistości, to nadaje mu sens (którego wcześniej tam nie było? (może więc wydobywa sens? (a może go tylko próbuje wydobyć?))). Dawno temu ktoś musiał tu generować naprawdę silny modernizm, a teraz odczuwamy efekty wtórne. - Właśnie - zgodził się przechodzący obok Stefan Dedalus. Może Pisarz więc z nas kpi? A może nie ma kogoś takiego jak Pisarz? Przecież w tym fragmencie widoczna jest jego ręka: skreślenia, wtrącenia, poprawki. Stajemy przed czymś, co nie jest objawieniem, ale czymś, co w ogóle jawi się nam mgliście: bo jest urwane, ale przecież uobecnione przez kaprys kogoś, kogo zwykło się nazywać jednym z najwybitniejszych pisarzy XX wieku.

Ale nie mogę od epifanii uciec: pragnę ją dostrzec, więc ją tworzę: widzę ją w głupim wtrąceniu (bo przecież zapis "Dublin, w aptece Hamiltona Longa" i "Dublin, [wtrącone: w aptece] Hamiltona Longa" to nie to samo, każdy to przyzna), widzę ją w słowie, które wykreślone wciąż tam jest, wreszcie - widzę ją w historii, która nie jest epifaniczna. I jestem w tym naiwny, bo kupiłem książkę pół roku temu i spróbowałem ją zrozumieć. Nie zrozumiałem - ale zachwyciłem się nią, bo od samego tytułu o to właśnie chodziło.

Co robił Frank O'Hara 17 lipca 1959 roku i dlaczego do dziś odczuwamy tego skutki

W lipcu 1986 roku ukazała się rzecz doniosła. Rzecz, bez której, jak twierdzi Wikipedia (ale przysięgam, to samo mam w notatkach z prowadzonych przez dr. Bronisława Maja zajęć z ewolucji poezji polskiej po 1968 roku), nie byłoby ani Świetlickiego, ani Sendeckiego, ani Barana, ani Podsiadły. No, może Podsiadło by był, on raczej jest tak w ogóle. Napięcie pewnie sięga zenitu i ekran wam zaczyna pękać, więc pozwólcie, że je rozładuję: w lipcu 1986 roku ukazał się 7 numer miesięcznika "Literatura w świecie".

Badum tss.

Jeżeli wygooglacie "niebieski numer", to znajdziecie trochę historii; ja tego oszczędzę. Grunt, że Piotr Sommer i spółka wpuścili do polskiej poezji coś dziwnego, co nazywa się "szkołą nowojorską" (podobno termin ten nie funkcjonuje nigdzie poza Polską, ale to nie tylko ten termin tak ma). Nazwiska takie jak John Asbery, Allen Ginsberg, Frank O'Hara, Charles Reznikoff zagościły, co prawda ze sporym opóźnieniem, w polskim świecie poetyckim. Piotr Sommer jest personą w ogóle niezwykłą, ale równie niezwykłe są jego tłumaczenia: niezwykłe, bo dobre, a to wcale nieczęsta rzecz w przypadku poezji. W przypadku poniższym, przyznam, że tłumaczenie podoba mi się nawet bardziej, niż oryginał.

Dzień, w którym umarła Lady Day [The Day Lady Died]

Frank O'Hara rozmawia przez telefon
Jest 18:20 w Nowym Jorku pewien piątek
trzy dni po rocznicy zburzenia Bastylii, aha
jest rok 1959 i wychodzę żeby znaleźć pucybuta
bo o 7:15 wysiadam w Easthampton
z tego o 4:19 a potem idę prosto na kolację

i nie znam ludzi którzy dadzą mi jeść

idę po parnej ulicy zaczyna prażyć słońce
i zjadam hamburgera i piję koktail mleczny i kupuję
szpetnie wydanych PISARZY TRZECIEGO ŚWIATA
żeby zobaczyć co tam
ostatnio słychać u poetów w Ghanie
wchodzę do banku
i pannie Stillwagon (usłyszałem kiedyś że ma na imię Linda)
nawet raz w życiu nie przyjdzie na myśl sprawdzić moje saldo
i u GOLDEN GRIFFINA kupuję Patsy małego Verlaine'a
z rysunkami Bonnarda chociaż właściwie myślę o
Hezjodzie w tłum. Richmonda Lattimore albo o nowej
sztuce Brendana Behana albo o Le Baleon lub Les Negres
Geneta, ale nic, trzymam się już Verlaine'a po tym

jak niemal poszedłem się przespać z dylematem

a dla Mike'a wchodzę po prostu do Monopolowego
na PARK LANE i proszę o butelkę Stregi i
wracam skąd przyszedłem na 6-tą Avenue
i do kiosku w Ziegfield Theatre i od
niechcenia proszę o karton Gauloise'ów i karton

Picayune'ów, i o NEW YORK POST z jej twarzą na wierzchu

i pot już leje się ze mnie i myślę o tym jak
w 5 SPOT oparłem się o drzwi kibla
gdy ona nad klawiatura szeptała Mal Waldronowi
piosenkę i wszystkim i mnie na chwilę zamarł oddech

Żeby nie robić posta historycznoliterackiego, parę słów o tym, co mnie frapuje. Po pierwsze, Dzień... to klasyczny przykład o'harowskiego "I do this, I do that" - chyba nie muszę tłumaczyć, na czym polega ta metoda pisarska. Ale to jest rzecz naprawdę niezwykła: wzięcie jakiegoś wyimka rzeczywistości, standardowych czynności: przesiadek w komunikacji miejskiej, wszamania burgera, wizyty w banku, kupowania papierosów, myślenia o sztuce - i zrobienia z tego doświadczenia wstrząsającego. Pewnie pomaga w tym fakt, że pointa tego wiersza jest bez wątpienia najlepszą pointą napisaną kiedykolwiek, ale sama m o ż l i w o ś ć, dziś być może oczywistość, napisania w ten sposób, zmienia wszystko: poezja nie musi być li tylko o uniwersaliach, wielkich ideach, pisana przez wielkich ludzi, którzy mają nam do przekazania myśli na lodówkę, poezja staje się w takich wierszach zapisem żywego życia. A wiecie, co jest w tym najlepsze? Że wcale nie trzeba w tym grzebać. Nie ma niepotrzebnych metafor. Nie ma dzikich, stylistycznych wycieczek. Nie ma nic, poza codziennością... no dobrze, nie zapędzajmy się tak daleko. Jest trochę więcej. Jest napisanie tej codzienności, przeoczanej i nieuchronnie dążącej do tego momentu, w którym oblewa nas zimny pot.

Pewnie nie mam racji, bo wcale ten O'Hara nie jest taki rewolucyjny. No jasne, że nie. Na skalę światową wystarczy wziąć, bo ja wiem, Verlaina, ale fakt faktem, mało kto dzisiaj czytuje symbolistów czy innych młodopolan do poduszki. Polska poezja powojenna, która lubiła żywić się II wojną światową, traumą, holokaustem, bólem, cierpieniem (co zresztą zupełnie zrozumiałe), a później była wyrazem buntu przeciwko językowi (uogólniam), mogła po lipcu 1986 roku stać się czymś nowym. I to było cholernie cenne.