Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silesius 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silesius 2016. Pokaż wszystkie posty

Replay - ze światem raz na zawsze. Podsiadło onewierszstand.

Magda zakłada pończochy samonośne

Jej ruchy są obiecujące jak tytuł tego wiersza,
to poruszenia zwierzęcia,
po którym już widać, że da się oswoić,
chociaż jeszcze biegnie i podrzuca głową.
Rozciąga pończochę, naciąga, puszcza
i gumka z koronką pewnie, po królewsku zaciska się na udzie.
Ten gest mówi: rozprawiłam się ze światem raz na zawsze.
O, słodyczy nieprawd! Wstaje i idzie, a światło czepia się
jej skóry. Tytuły jej e-maili też są obiecujące:
„Poszukiwacze złota”, „Z Tobą, o Tobie”,
„W czymś zupełnie innym”, „Przenoszenie uwagi”,
„Oddychanie” i ten „Bylibyśmy pierwsi”.
 

Powiedzcie dziennikarzom, że zdarzenia muszą się odstać.
Kiedy się kochamy, często nam się zdarza
długo patrzeć sobie w oczy i to daje światu jakiś
punkt zaczepienia. Gdyby jej uda oplotły moje biodra
jak korzenie kamień, gdybyśmy nie przestali, gdybyśmy
nie odpowiadali na pukania w sprawie zmiany ręczników,
gdyby nas nie znaleziono i gdyby się nie dało
oderwać nas od siebie, bylibyśmy pierwsi
.

Najgorsze jest to, że ona stale jest. Stoi i ręka po nodze, delikatnie, pod włos (którego nie ma, bo może Magda to nie tylko mżawka i światło, może Magda to gładkość?), ciągnie. A pończocha za ręką, opornie, choć ślisko, hop – układa się. Przez chwilę ścisk. Ciśnienie opada. Rozkłada wiotki ciężar. Leży i żyje, a i to tak łatwo można przerwać. (St)ale jest.

Były maile, a w nich sreberka, złotka – takie zlepki liter, którym do obrazu jest tak blisko jak do Żabki z każdej uliczki miasta (niezależnie od tego, gdzie mieszkasz, Czytelniku). Da się je przywołać – etykieta Magda. Może z nazwiskiem, ale po co , skoro Magda jest raczej jedna. Nawet, jeśli Magd byłoby kilka, w tym momencie – w momencie play włączanej obserwacji, kadr obejmuje tę naszą.

Później wstaje i idzie. 
Więc jeszcze raz. Stoi i ręka po nodze, delikatnie, pod włos (…)
Jest, bo została
obrazem, który da się odtwarzać, ciągle gwałcąc replay (języku postów, pozdrawiam!). To jest pierwsza zwrotka.
Gdybyśmy się zatrzymali jednak tylko przy niej, czy byłoby tak rzewnie? A skądże! Dobrze
jest mieć taką kobietę, która zakłada pończochy, jakby się rozprawiała z całym bożym światem. Dobrze mieć taką Magdę, o której jest w każdym zdaniu. Od której maile nie są pod Magdą. Przychodzą, gdy klikniesz odbierz. Przychodzi, gdy powiesz rozbierz. I tak dalej.
Sprawa się (od)stała. Więc zamiast i tak dalej, wspomnijmy tym podobne. Bo istnieją straty – choćby pieniędzy
w fontannach, do których się nie wraca. I w ludziach – te są podobno największe. A jak być z nimi na gładko? Łagodzić dobrym trybem. W końcu nostalgia jest łatwiejsza od twardego smutku. Bylibyśmy pierwsi – to prawie nadziejne. Bo gdyby nie jeden ruch, albo brak ruchu, to to by było już – prawie. Prawda? Bylibyśmy pierwsi?




Akwarelą - "Nice" Barbary Klickiej

Wiele jest w tym tomie znaków zapytania, a to by się zgadzało, bo skoro wiele jest znaków zapytania, to wiele pytań, wiele też spostrzeżeń i próśb, mało za to stwierdzeń, mało ekskatedry, wiele, bardzo wiele niezrozumienia świata. A przecież – pozwolę sobie na ekskatedralne stwierdzenie – niewiele jest rzeczy piękniejszych niż niezrozumienie świata.  W związku z tym tomik Klickiej przekonuje mnie, mówiąc szczerze, dużo bardziej niż cokolwiek o czym już tutaj pisałem.

To książka bardzo kobieca, co jest równie rzadkie, co ożywcze. Niewiele poetek pozwala sobie na bycie poetkami – większość jest poetami, tylko piszącymi o kobiecych sprawach. Klicka o kobiecych sprawach mało, za to prezentuje nam poezję damską w pełnym wymiarze i na każdej warstwie, kontynuując całkiem bogatą w polskiej literaturze tradycję, jak dotąd zakończoną na Poświatowskiej. Tradycję poezji delikatnej, czasem przesadnej, czasem przejmująco smutnej albo czułej, a przede wszystkim obrzydliwie, rozpaczliwie szczerej.

Trudno wybrać z Nic wiersze na których można te tezy zilustrować (och, jak wygodnie!), bo to zjawisko objawia się punktowo – w pojedynczych zdaniach, sformułowaniach, powtórzeniach. Przy całej subtelności tych utworów przeprowadza się tutaj brutalną, bezpardonową wiwisekcję rzeczywistości, której wyniki wcale nie są specjalnie pocieszające, bo ta wiwisekcja nie prowadzi do niczego (!), a zostawia stertę resztek. Rozgrzebanie istnienia ma swoją cenę.

Z kobiecością kojarzy się też kompozycja, przypominająca gradient. Klicka zaczyna mocnym otwarciem, silną refleksją, którą następnie stopniowo rozmywa, rozcieńcza coraz bardziej, żeby w środku zadać pytania, których wcale nie chce się usłyszeć, a zakończyć fałszowaną tuszem farbką, ledwo kryjącą papier. 

Nawiasem mówiąc, to kolejne skojarzenie, które przychodzi mi do głowy na myśl o Nicach – akwarela. Delikatne obrazowanie, stojące w sprzeczności do filozoficznie brutalnego obrazu świata, który się za nim kryje, tworzy wspaniały dysonans: 

Zatoka 
Morze wlało się przez otwarte okna.
Słona zatoko – jesteś miękka w środku,
jesteś miękka wszędzie; unieś do mnie biodra.
Unieś do mnie biodra i poć się na srebrno.  
Gdy zanurzam palce, pachniesz mgławicami,
pachniesz jak glony, które z Ciebie zdrapię,
żeby ci je oddać. Woda w twoim pępku,
cierpka przyjaciółko, w innej opowieści 
niosłaby mnie falą na jakieś przedmieście.
Ale spójrz – patrzę, gdy zamykasz oczy
i ciągle tu jestem. Ten flesz jest święty,
zakładko na piasku, po nim stąd wyjdziemy.

Mógłbym tak pisać jeszcze długo. Tak się często mówi: „to długa historia”, „długo by opowiadać” – i raczej unikam takich frazesów  – skoro nie ma się czasu mówić, to po co otwierać usta? W tym wypadku jednak muszę się złamać i napisać szczerze: to nie jest tom, o którym powinno się pisać w trzech tysiącach znaków. Dlatego skończę teraz, już, gdy w tekście jest drobny okruch tego, co chciałbym powiedzieć. 

Na after party zostają najmniej pijani (czyli o debiutanckiej książce Piotra Przybyły)


i żałoba. to będzie coś nowego. o dziwo, niesprawdzonego jeszcze
na naszych matkach, taka wycieczka last minute na plażę w Sopocie,
o ćwierć włosa UFO. jutro wiem, co usłyszę przez łoki toki. nic nie
wiesz o swojej pamięci, nawet jeśłi trzymasz tam zdjecia, cukierki
albo jeansy.

nic nie wiesz. powiedziała, gdy dotknąłem jej nabrzmiałego brzucha.
moja wpadka. kamieniu, naprawdę nie obwiniaj się o to.





Czy po Apokalipsie może być after party? Jasne, może - nawet morze i to Bałtyckie, które milczy, to znaczy szumi, plum, plum, plum.

Niesamowitości u Przybyły jest wiele. Nie są to jednak tony delikatnie pakowanych wzruszeń. Pakowane są niecodziennie, dziwacznie, wymyślnie. Do każdej torebki doczepiony jest schizofrenicznie zakręcony balonik. Kształty pudli, nietoperzy – ogólnie – wszelkich zwierzątek futerkowych, które wsadzilibyśmy raczej do folderu inne, niż do własnego pokoju. Wsadzamy jednak do pokoju. Jak? Czytając te wiersze.


Co musiało się stać, by powstał natłok piotrowej – właśnie – inności? Może to była jednak (i zgodnie z tytułem) apokalipsa?


Przybyła szczególnie, gdy czyta wiersze – a raczej – mówi je z pamięci w sposób bardzo, bardzo oryginalny (nie słyszałam jeszcze poety tak udającego – i to z powodzeniem – standupowca) nie wydaje się smutny. Po pierwszym wysłuchaniu, a  później – przeczytaniu, pomyślałam – zwariowany. Czułam, że bardzo udanie opisuje współczesne zmedializowanie, zwraca uwagę na dziwaczne odnośniki, że to pisanie jest tak trochę o popularnej teraz polskiej dżesikowatości, udziwnieniach, przesadach, o których aż tak nie pisali pozostali (jeszcze przy życiu) poeci. Tyle.


Po drugim – zmiana. Skoro poetę wydali i – nominowali do Nagrody, to może warto spróbować go zrozumieć. Ktoś musiał. Nie chcę wierzyć, ze wydawca i konkursowe jury mogliby wykazać się taką bezmyślnością – wydaniem bez zrozumienia. Więc próbuję sama, wieczorem, w pokoju. Wychodzą mi całkiem smutne rzeczy. Smutno, smutno, smutno. Czyli apokalipsa.


Zaakceptowałem stratę i mogę opowiadać o niej anegdotki, co nie mają końca, a tylko początek. Tak mówi podmiot, czy też – nazwijmy go inaczej – kryjacy się za ja wielbiciel wędzonej flądry.


Fragment potwierdza przypuszczenie niewesołości tomu. Moim niewprawnym okiem wyczuwam u Przybyły rozpad. Wyrazy dość często nie łączą się znaczeniowo. Nie wydaje się też ważne ich (czyste) rozumienie. Najbardziej istotny jest chyba właśnie emocjonalny wyraz słów – słów ułożonych w takiej, nie innej kolejności i sytuacji,  jak tu:


i synu, po pierwsze, musisz wiedzieć, co to jest smutek, nawet jeśli drag queen stojąca obok nas żuje pyszną gumę pod tytułem jezzi – to właśnie jest smutek, ale nie mów jej tego (…)”.


W czytaniu P.P nie chodzi najprawdopodobniej o samo rozbicie kodu – to nie jest typowy szyfr zgadnij co pomyślałem danym słowem, charakterystyczny – moim zdaniem – na przykład, dla Sendeckiego. Chodzi raczej o sytuacyjne wyczucie słowa, ułożenie go w ciało quasi emocjonalne, nienapisane, które bawi się na after party, bo najzwyczajniej nie ma już nic do stracenia. W końcu jest już po (nomen omen) końcu świata, więc można wszystko. Walące się postumenty, bazy opisywanego, mieszają się ze sobą; z przyszłością i przeszłością, tworząc zdziwaczałą dyskotekową kulę, pod którą – czasami tylko płacząc, śmieje się bohater; zapominający zwykle tylko o werandzie, bo o innych rzeczach niestety nie potrafi.